Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ufologia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ufologia. Pokaż wszystkie posty

piątek, 16 marca 2012

UFO nad USA w 1952 roku

UFO nad USA w 1952 roku - latające spodki, czy efekt zjawisk pogodowych?

UFO nad Salem
Zdjęcie wykonane latem 1952 roku przez pracownika straży przybrzeżnej, przedstawiające UFO nad Salem w stanie Massachusetts w USA

              Na całym świecie co jakiś czas dochodzi do obserwacji fenomenu UFO. Jednym z ciekawszych takich przypadków w historii jest pojawienie się niezidentyfikowanych obiektów latających w USA w latach 50 – tych XX w.
              Niespełna sześćdziesiąt lat temu Ameryką wstrząsnęła niespodziewana fala UFO pojawiających się na rodzimym niebie. Wiele z nich zaobserwować można było na wschodnim wybrzeżu kraju, a część nawet w okolicach Białego domu w Waszyngtonie. Czy były to pojazdy pozaziemskie, których załoga chciała nawiązać kontakt z Ziemianami, czy może całą sprawę można wytłumaczyć np.: zjawiskami pogodowymi?
              12 lipca 1952 roku nad miastem Salem w stanie Massachusetts, doszło do niecodziennej manifestacji tajemniczych świateł pojawiających się na niebie. Całe zdarzenie zaobserwowane zostało przez dość duża rzeszę ludzi, w tym przez pilotów samolotów pasażerskich przelatujących w okolicach. Dziwne obiekty zarejestrowane zostały również przez naziemne radary na lotniskach, zarówno cywilnych, jak i wojskowych. W celu zidentyfikowania dziwnych świateł w powietrze poderwano samoloty F-94, lecz gdy tylko zdążyły one zbliżyć się do swego celu, UFO błyskawicznie zniknęło. Świadkowie obserwujący fenomen z ziemi opisywali obiekty jako pomarańczowe kule ognia, lub klastry czerwonego i białego światła. Sprawą osobiście zainteresował się sam prezydent Truman, który zażądał od sił powietrznych wyjaśnienia tej zagadki.
              28 Lipca dwóch generałów ze sztabu amerykańskich sił powietrznych, zwołało konferencję prasową w Pentagonie. Według nich, światła, które zostały zaobserwowane 12 Lipca, to nic innego jak wynik zjawisk pogodowych, polegających na uwiezieniu warstw ciepłego powietrza pod warstwą powietrza zimnego. Według nich proces taki może wywołać zjawiska świetlne widoczne nie tylko gołym okiem, ale również rejestrowalne przez radary lotnicze. Z dalekiej odległości światła mogą sprawiać wrażenie latających kul.
              Takie wyjaśnienia nie zadowoliły wszystkich. Wielu obserwatorów zwraca uwagę, iż operatorzy radarów byli zaznajomieni z różnymi zjawiskami pogodowymi i jest mało prawdopodobne, by popełnili takie pomyłki. Niestety do dziś nie udało się znaleźć odpowiedzi, która rozwiewała by wszelkie wątpliwości w tej sprawie. Jednakże historia UFO próbujących wylądować na trawniku przed Białym Domem przyczyniła się do zwiększenia świadomości Amerykanów w kwestii „latających spodków” i możliwości istnienia cywilizacji pozaziemskich.


Na podstawie: The Guardian

"UFO nad USA w 1952 roku - latające spodki, czy efekt zjawisk pogodowych?" na Paranormalium

Samolot pościgowy Mustang P-51 kapitana Mantella

Tajemnicza katastrofa samolotu kapitana Mantella

Thomas Mantell
              Kroniki zawierające raporty z obserwacji niezidentyfikowanych obiektów latających zawierają wiele zagadek, których nie udało się do tej pory rozwiązać. Jednym z najbardziej znanych i najdłużej badanych wydarzeń z udziałem UFO jest tajemnicza katastrofa lotnicza kapitana Thomasa Mantella.

              Historyk David Michael Jacobs stwierdził, że przypadek Mantella podzielił odbiór manifestacji UFO na dwie koncepcje : społeczną i rządową. Wcześniej, mass-media zazwyczaj traktowały raporty o obserwacjach UFO jako relacje ?charakterystyczne dla sezonu ogórkowego?. Zauważył on, że "faktem jest, iż tragiczna śmierć człowieka w wyniku spotkania z domniemanym latającym spodkiem spowodowała natychmiastowy wzrost społecznego zainteresowania owym zjawiskiem. Od teraz, nowa, dramatyczna perspektywa każe Nam myśleć o UFO w sposób następujący: Oni nie tylko mogą pochodzić spoza Ziemi, ale też mogą być naszymi potencjalnymi wrogami".
W dalszej części artykuł będzie przeplatany fragmentami zapisu rozmów między pilotami eskadry dowodzonej przez Mantella a wieżą kontrolną.

Katastrofa

              25-letni kapitan Thomas Mantell był doświadczonym pilotem. Spędził w powietrzu wiele swojego życia, ponad 2160 godzin. Miał na swoim koncie wiele odznaczeń, między innymi medal za udział w Bitwie o Normandię podczas II Wojny Światowej.
              7 stycznia 1948 roku kontrolerzy lotów na lotnisku w Fort Knox w stanie Kentucky (USA) otrzymali od patrolu przestrzeni powietrznej informację o niezidentyfikowanym obiekcie latającym. Jedne źródła mówią o trzech okrągłych błyszczących obiektach, inne podają, że obiekt był tylko jeden, którego kształt przypominał dysk z wypukłą kopułą. Obiekt przelatywał nieopodal jednego z miast stanu Kentucky (źródła wymieniają miejscowości Maysville, Louisville i Madison). Zaobserwowany przedmiot miał około 90 metrów średnicy i nadlatywał znad miasta Owensboro, po czym leciał w stronę miejscowości Irvington. Według innej wersji, podanej przez wieżę kontrolną Fort Knox, "latające spodki były wielkości gmachu Pentagonu, miały średnicę około 80 metrów i przybyły ze Związku Radzieckiego".
Thomas Mantell
Kapitan Thomas Mantell
              Bez względu na rozmiar obiektu, samo jego pojawienie na niebie niemalże w samym sercu USA, i to w dodatku tak blisko Fortu Knox (gdzie przechowywane są wszystkie zapasy złota USA), wywołało istną panikę.
              O godzinie 13:45 sierżant Quinton Blackwell zauważył obiekt będąc w jednej z wieży kontroli lotów w Fort Knox. Obserwacji tej dokonali również dwaj inni kontrolerzy. Dowódca bazy, pułkownik Guy Hix opisał przedmiot jako "bardzo jasny" i "[mierzący na] około jedną czwartą wielkości pełni księżyca. Przez lornetki obiekt wydawał się posiadać w swojej dolnej części jakąś czerwoną linię. Pozostawał pozornie nieruchomy przez około półtorej godziny".
              Niedługo potem obiekt dostrzegła zaalarmowana w międzyczasie przez Fort Knox załoga podległego tej bazie lotniska Godman Field.
              W powietrze wystartowały cztery Mustangi P-51. Pilotem jednego z nich oraz dowódcą eskadry był kapitan Mantell. Sierżant Blackwell przez cały czas pozostawał w kontakcie radiowym z pilotami. Zapis rozmów między pilotami a bazą Fort Knox został utrwalony na taśmie magnetofonowej.

15:00 Mantell: Jeszcze nic nie widzę. Skręcam w kierunku Ohio River Falls.
15:02 Mantell: Widoczność dobra. Jeszcze nic nie widać. Wysokość 9400 stóp [2865 metrów]. Idę w górę.
15:07 Hendricks: Kończy mi się paliwo. Proszę o zezwolenie na lądowanie.


              W jednym z samolotów kończyło się paliwo i pilot, podporucznik Hendricks, musiał szybko wylądować. Kapitan Sił Powietrznych Edward J. Ruppelt (pierwszy przewodniczący Projektu Błękitna Księga) uważa, że jeśli chodzi o słowa Mantella, to między kontrolerami lotu panuje pewna rozbieżność: jedni mówili, że Mantell opisywał przedmiot jako "metaliczny i o dużych rozmiarach", inni jednak twierdzili, że kapitan Mantell nigdy nie wypowiedział takich słów.
               W samym pościgu za niezidentyfikowanym obiektem Mantellowi towarzyszyło dwóch pilotów. Obaj zeznali później, że widzieli przedmiot, był on jednak na tyle mały i niewyraźny, że nie byli go w stanie zidentyfikować. Mantell ignorował sugestie pilotów, którzy proponowali wyrównać wysokość, by móc lepiej przyjrzeć się ściganemu obiektowi.

15:09 Mantell: Wysokość 10 400 stóp [3170 metrów]. Jeszcze nic.
15:11 Mantell: Już jest. W kształcie dysku. Olbrzymi. Trudno ocenić. Jakieś 70 metrów średnicy. Górna część obiektu ma pierścień i kopułę. Wydaje się, że błyskawicznie obraca się wokół pionowej osi. Wysokość 10 500 stóp [3200 metrów].
15:12 Hammond: Widzę też. Fotografuję. Mantell idzie prosto na niego. Obiekt jest dobre 1500 metrów nade mną. Próbuję podejść bliżej. Włączył się także lewy pilot.
15:14 Mantell: Jeszcze 900 metrów. Lecę niemal dwukrotnie szybciej. Dogonię go w każdym wypadku. Wygląda jak z metalu, błyszczy. Otacza się jasnym, żółtym światłem. Zmienia kolor. Czerwony. Pomarańczowy.
15:15 Mantell: Odległość nie więcej jak 350 metrów. Przyśpiesza. Próbuje uciec. Skręca w górę pod kątem 45 stopni.
15:16 Hammond: Mantell prawie go dosięgnął. Już tylko parę metrów. Dysk leci prędzej. Nie dogonię go. Mantell zniknął w chmurach. Proszę o zgodę na lądowanie.
15:17 Clemmons: Nie dam rady. Proszę o zezwolenie na lądowanie.

Thomas Mantell
Szczątki samolotu kapitana Mantella

              Jednemu z pilotów, podporucznikowi Albertowi Clemmonsowi (niektóre źródła podają nazwisko Clements), kończył się tlen. On i drugi z pilotów, podporucznik Hammond, zakończyli pościg na wysokości 6900 metrów, Mantell jednak leciał dalej.

15:18 Mantell: Przedmiot jest gigantyczny. Ma nieprawdopodobne przyspieszenie. Teraz...

              W tym momencie łączność radiowa nagle się urwała i przez prawie godzinę los kapitana Mantella był nieznany. Posiadany przez Mantella zapas paliwa pozwalał mu zaledwie na kilkanaście minut lotu. Jego samolot nie powrócił jednak do bazy. W Godman Field podjęto więc decyzję o wszczęciu akcji poszukiwawczej. Krótko po godzinie 16:00 natknięto się w odległości 130 mil od Madison na rozproszone na przestrzeni wielu kilometrów szczątki samolotu Mustang P-51.

Sam obiekt, który jeszcze przed chwilą ścigał kapitan Mantell, zniknął z pola widzenia około godziny 15:50.

              I tu właśnie, na katastrofie samolotu i na akcji poszukiwawczej, kończy się udokumentowane oficjalne sprawozdanie tragedii. Zaczynają się coraz bardziej sensacyjne, momentami niemiłosiernie bezsensowne domysły. Nie wiadomo do końca, które z tych wersji są oparte na autentycznych faktach, a które są jedynie produktem "fantazyjnej twórczości" ich autorów.

Różne wersje, różne wyjaśnienia

              Wersja podana przez wieżę kontroli lotów w Fort Knox głosi, że w chwilę po tym, gdy Mantell osiągnął wysokość 7600 metrów, z powodu braku tlenu stracił przytomność, a jego samolot zaczął gwałtownie spadać. Samolot rozbił się nieopodal gospodarstwa rolnego w miejscowości Franklin w stanie Kentucky.
              Niemiecki badacz, Johannes von Buttlar, twierdzi, że znaleziono ciało kapitana Mantella, i że strzałki na jego zegarku "zatrzymały się na godzinie 15:18" (tę niepotwierdzoną wersję jako pewnik podaje między innymi anglojęzyczna Wikipedia oraz niektóre serwisy ufologiczne). Najbardziej prawdopodobne jednak wydaje się, iż ciała Mantella w ogóle nie odnaleziono. Siła eksplozji mogła być na tyle duża, że ciało pilota po prostu przestało istnieć.
              Według badacza UFO, Morrisa Jessupa, samolot Mantella eksplodował na tak wiele części, że każdy ze znalezionych fragmentów nie przekraczał wielkości pięści, przy czym wszystkie były "podziurkowane jak rzeszoto". "Przyczyna mogła być tylko jedna", podaje Jessup. "Samolot zbytnio zbliżył się do latającego spodka i trafił w pole zjonizowanego powietrza".
              Następna wersja pochodzi od niejakiego inżyniera Scotta, który podobno na chwilę przed katastrofą znalazł się na lotnisku Godman Field. Według niego, ostatnie zarejestrowane na taśmie słowa Mantella brzmiały: "Wielki Boże, on jest gigantyczny, ma okna!". Według Scotta, w momencie, gdy nagranie dotarło do opinii publicznej, słowa te zostały skasowane bądź też wycięte.
              Jeszcze inna wersja wydarzeń głosi, że szczegółowe badanie wypadku przeprowadziła wieloosobowa komisja składająca się z naukowców oraz specjalistów wojskowych pod przewodnictwem astronoma, profesora Liddella. Komisja doszła do wniosku, że Mantell zaatakował ścigany przez siebie obiekt, a sam obiekt przyjął atak i zniszczył samolot. Orzeczenie tej komisji nigdy nie ujrzało światła dziennego.
Mustang P-51
Samolot pościgowy P-51 Mustang

              Kolejną wersję wydarzeń podał szwedzki naukowiec, Karol Benedicks (późniejszy prezydent Szwedzkiej Akademii Nauk). Wprawdzie w chwili katastrofy kapitana Mantella nie było mowy o żadnej burzy, profesor Benedicks stwierdził jednak, że burza, w czasie której mogą powstawać pioruny kuliste, nie musi sięgać aż do ziemi. Mogła się ona rozegrać w górnych warstwach atmosfery, a piorun liniowy, który przyczynił się do powstania pioruna kulistego, mógł wystrzelić między chmurami tak wysoko, że jego grzmot w ogóle do ziemi nie dotarł. W ten właśnie sposób powstał olbrzymi (ponad siedemdziesięciometrowy!) piorun kulisty, który, pojawiwszy się nagle wśród chmur, spowodował atak całej eskadry samolotów pościgowych P-51...
              Obiekt ścigany przez Mantella miał kształt dysku z kopułą, obracał się wokół własnej osi i sprawiał wrażenie metalowego. Benedicks wytłumaczył tylko tą ostatnią cechę: "kula gazowa stanowiąca piorun kulisty ma powierzchnię tak gładką, że odbija światło słoneczne podobnie jak metalowe lustro". Obiekt goniony przez Mantella w pewnym momencie zaczął przed nim wyraźnie uciekać - według Bartelsa "był to tylko pozór jakiejś inteligentnej reakcji". "Pędzący naprzód samolot wytwarza przed sobą ssanie, czyli powoduje rozrzedzenie powietrza. Jest to równoznaczne z ochłodzeniem i zmniejszeniem ciśnienia. Dzięki temu kula pioruna od strony pościgu wybrzusza się i szybko schładza, co wywołuje lokalne, gwałtowne spalanie się wodoru z tlenem w reakcji której powstaje para wodna, która siłą odrzutu oddala kulę pioruna od ścigającego samolotu". Mimo tego mechanizmu "kula i samolot wleciały w jakieś miejsce między chmurami (tu Bartels nie wyjaśnia, w jaki sposób do takiej sytuacji mogło dojść, mimo iż kula coraz szybciej oddalała się od samolotu), co spowodowało ochłodzenie się całej masy gazu piorunującego poniżej 3500*C". Fakt ten wywołał potężną eksplozję, która rozniosła samolot i pilota na strzępy, jednak nie została z ziemi ani dostrzeżona, ani usłyszana, ponieważ rozległa się zbyt wysoko.
              Inny naukowiec, profesor Menzel, wysunął teorię, jakoby Mantell ścigał tzw. pozorne słońce (zjawisko powstające czasem w górnych warstwach atmosfery, gdy przy czystym niebie promienie Słońca odbijają się w drobnych kryształkach lodu, tworząc odbicie "drugiego słońca"). Takie pozorne słońce może efektywnie naśladować jakiś lecący obiekt, ponieważ dopóki samolot leci w dobrym kierunku, "drugie słońce" znajduje się stale w tym samym położeniu względem samolotu (w tym wypadku przed nim). To tłumaczenie jednak bardzo szybko upadło wobec wymowy faktów - Mantell przez pewien czas wyraźnie zbliżał się do ściganego obiektu, ten jednak w pewnym momencie zaczął się od niego oddalać, i to w dodatku pod kątem 45 stopni. Zupełnie niewytłumaczalna staje się w tej sytuacji obserwacja drugiego pilota podporucznika Hammonda, który widział obiekt z innej strony, przed Mantellem. Na dodatek, Mantell w pogoni za obiektem skrył się w chmurach, co już w ogóle wyklucza możliwość zaobserwowania tego typu zjawisk atmosferycznych.
              Astronom, dr J. Allen Hynek wysunął hipotezę, że obiektem ściganym przez kapitana Mantella mógł być w rzeczywistości balon meteorologiczny typu Skyhook. W tamtych czasach balony meteorologiczne tego typu stanowiły część tajnego projektu wojskowego. Były one wykonane z aluminium i miały około 30 metrów średnicy. Ponieważ istnienie takich balonów było wówczas ściśle tajne, ani Mantell ani też obserwatorzy z wieży kontroli lotów nie mogli zidentyfikować tego obiektu jako balonu. Późniejsze dochodzenie, przeprowadzone przez badaczy z Projektu Znak, wykazało jednak, że projekt z balonami meteorologicznymi został uruchomiony 7 stycznia 1948 roku w Clinton County w stanie Ohio, około 240 kilometrów na północny wschód od Fort Knox. Badacz UFO, Philip Klass, argumentował jednak, iż balon meteorologiczny mógł zostać przywiany przez wiatr.
              Wersja Hyneka również upadła - balony meteorologiczne nie potrafią nagle wznosić się do góry pod kątem 45 stopni. Ponadto wkrótce po opublikowaniu tej teorii amerykańskie centrum wywiadu (Air Technical Intelligence Center) podało oficjalnie do wiadomości, iż w dniu, w którym doszło do katastrofy samolotu Mantella, nad terytorium wypadku nie mógł się znajdować ani jeden balon meteorologiczny typu Skyhook.
Dochodzenie przeprowadzone przez Projekt Znak

              Całą sprawę zbadał Projekt Znak (ang. Project Sign, grupa powołana przez Amerykańskie Siły Powietrzne w celu badania przypadków obserwacji UFO). Choć zespół badawczy nigdy nie doszedł do jakichś konkretnych wniosków, niektórzy badacze orzekli, że Mantell błędnie zidentyfikował planetę Wenus oraz, próbując się do niej zbliżyć, stracił przytomność z powodu braku tlenu na dużej wysokości. Wniosek ten został jednak później zmieniony, ponieważ astronomowie pracujący w ramach Projektu Znak stwierdzili, że o tamtej porze dnia planeta Wenus była na niebie zupełnie niewidoczna. Przyczyna katastrofy samolotu kapitana Mantella pozostaje więc wciąż nieznana - w aktach sprawy określono ją jako "nieznaną siłę powietrzną".
              Według wielu badaczy zjawiska UFO, należy zwrócić uwagę na fakt, że mimo iż kapitan Mantell był doświadczonym pilotem, to samolot Mustang P-51 stanowił dla niego nowość. Brak doświadczenia w pilotowaniu takiego samolotu mógł stanowić ważny czynnik podczas katastrofy.

Podobne relacje

              W tym samym, 1948 roku z podobnymi niezidentyfikowanymi obiektami latającymi zetknęli się dwaj inni piloci amerykańscy. 1 października pilot George Gorman natknął się na taki obiekt, przelatując Mustangiem P-51 nad Fargo w północnej Dakocie. Pilot nawiązał kontakt z lotniskiem i zameldował gotowość do lądowania. Obsługa odpowiedziała, że będzie mógł wylądować, ale dopiero po wylądowaniu innego samolotu (typu Piper Cub), który znajdował się jeszcze w powietrzu. Gorman, przyjrzawszy się obiektowi, stwierdził, iż pod żadnym względem nie przypomina on samolotu. Chcąc się przekonać, co to takiego, zaczął ścigać obiekt, po pewnym czasie jednak zrezygnował i bezpiecznie wylądował na lotnisku.
              18 listopada inny pilot, o nazwisku Combs, natknął się na podobny obiekt niedaleko lotniska Andrews Field koło Waszyngtonu. Combs próbował wylądować, jednak "ognista kula", która pojawiła się przed jego samolotem, zasłaniała mu widok. Po niemal dziesięciu minutach "przymusowego pościgu" Combs zastosował jedyną "broń", jaką dysponował - skierował w stronę obiektu wszystkie zamontowane na samolocie reflektory. Manewr okazał się nadzwyczaj skuteczny - kula na początku odsunęła się na bezpieczną odległość, a zaraz potem błyskawicznie odleciała.

Nierozwiązana zagadka

              Zagadka katastrofy samolotu kapitana Mantella wciąż pozostaje nierozwiązana. Wciąż pojawiają się coraz to nowsze teorie próbujące ją wyjaśnić. Prawdopodobnie minie jeszcze długi czas, zanim dowiemy się, co tak naprawdę stało się tego feralnego dnia.
              W 1956 roku Kapitan Amerykańskich Sił Powietrznych i nadzorca Projektu Błękitna Księga, Edward J. Ruppelt, napisał, że wypadek kapitana Thomasa Mantella był jednym z trzech "klasycznych" przypadków spotkań z UFO w 1948 roku, które pomogły zdefiniować zjawisko UFO w społecznej świadomości oraz przekonać specjalistów z Sił Powietrznych, że UFO jest prawdziwym, fizycznym zjawiskiem.

Opracował: Ivellios

Zapis rozmów za: Lucjan Znicz, "Goście z kosmosu?: Nieznane obiekty latające", tom 1, KAW, Gdańsk 1980

"Tajemnicza katastrofa samolotu kapitana Mantella" na Paranormalium

środa, 4 stycznia 2012

UFO i święte miejsca

UFO i święte miejsca. Mistyczne przeżycia z udziałem Obcych

Ilustracja              Na początku lat siedemdziesiątych XX wieku liczne grupy metafizyczne zaczęły urządzać pielgrzymki do starożytnych świętych miejsce na całym świecie. Wkrótce powstały biura podróży specjalizujące się oferowaniu wyjazdów mających na celu przyciągnięcie osób poszukujących duchowego oświecenia, zamiast egzotycznych miejsc, trwających dwa tygodnie. Wielu z tych duchowych pielgrzymów wróciło, by opisać dramatyczne obserwacje UFO unoszących się nad świętymi miejscami.

              Moja żona Sherry i ja wierzymy w nie, ponieważ sami zaobserwowaliśmy UFO w Petrze; w starożytnym mieście Nabatean w Jordanie; w inkaskiej metropolii Machu Picchu w Andach; nad Wielką Piramidą w Gizie; nad Sfinksem; nad mistycznym miastem Luksor w Egipcie; nad Masadą, fortecą znajdującą się na Pustyni Judejskiej; nad gruzami Esseny w Kumranie; nad piaszczystymi, wietrznymi obszarami Sedony w Arizonie (USA); nad potężnymi świątyniami Kahunów na Hawajach; nad Świątynią Słońca w Cuzco w Peru; nad Górą Nebo, miejscem pogrzebu Mojżesza; nad starożytnymi inkaskimi uzdrawiającymi źródłami w Tambo Machay; nad olbrzymim torowiskiem na pustyni Nazca; nad świętym peruwiańskim miastem Ollantaytambo; nad plemiennymi obiektami medycznymi w Santa Fe (stan Kalifornia) i w rejonie południowozachodniego Four Corners a także nad starożytnym przedindiańskim klasztorem odkrytym ostatnio na prywatnej posesji poza obszarem Sedony.

Wyższa Świadomość
              Poza obserwacjami działalności UFO w tych świętych miejscach kilku pielgrzymów duchowych twierdziło również, że przeżyli osobiste mistyczne spotkanie z inteligencjami z innego świata. Dla wielu z tych doświadczonych ludzi kontakt podczas spotkania w tych świętych miejscach z cudzoziemską lub międzywymiarową inteligencją stanowi wstęp do wyższej świadomości. Ich współdziałanie z inteligencją, która wcześniej istniała daleko poza ich normalnym doczesnym światem zwykłych oczekiwań, z impetem obudziło ich świadomość, aby rozważać nieprawdopodobne aspekty wszechświata.
              Doświadczeni deklarują, że na pewnym poziomie wszechświata istnieje Siła, która miesza i łączy każdego z nas z innymi - jak również wszystkie inne istoty żywe. Na pewnym poziomie świadomości każda żywa komórka kontaktuje się ze wszystkimi innymi żywymi komórkami. Doświadczenie z UFO, jak utrzymują niektórzy, może stanowić we wszechświecie inną metodę kontaktu z aspektami własnego "ja" oraz innymi żywymi organizmami w kosmosie.
              W ostatnich latach odkryto, że hologram jest wykonalną analogią ilustrującą pojęcie jedności rzeczy. Co jest najbardziej niezwykłe w hologramie, to to, że każda z jego części zawiera informacje o całości, tak jak DNA w każdej komórce ciała zawiera plan całej jego struktury fizycznej. Podzielenie hologramu na połowę, świecenie przez niego oraz cały przedmiot odtworzone są w trzech wymiarach.
              Ktoś postawił postulat, że cały wszechświat może być pojedynczym hologramem. Może to być również informacja o całym kosmosie zawarta w każdej jego części. Tak samo może być w przypadku ludzi. Możemy być rozwiniętymi obrazami aspektów istniejących w wyższej rzeczywistości.

UFO jako symbol
              W Całości i w Ustalonym Porządku fisyk David Bohn z Uniwersytetu Londyńskiego nakłania współczesnych ludzi, aby uświadomili sobie, że dzisiejszy pogląd na świat staje się niekompletny, szczególnie w naukach, a także w naszej codzienności. Wysiłek nauki w dzieleniu świata na gwiazdy i atomy oddalił nas od natury. W swoim zamiłowaniu do dzielenia wszystkiego na rasy, państwa, grupy etniczne, partie polityczne i klasy gospodarcze, rozpadliśmy się z jakiejś całości.
              Być  może istnieje Wyższa Inteligencja, walcząca od wieków o połączenie naszego gatunku w Całość, Jedność. Byc może okrągły kształt UFO jest symbolem całości życia we wszechświecie.
              Od czasów starożytnych najstarsi członkowie plemion, dchowni i zakony religijne pracowały nad rozwinięciem tradycji duchowości, by dostarczyć inspiracji dla życiowych wyzwań. Rytuały i obrządki były tak zaplanowane, by ujawnić pewne prawdy, wyjaśnić różne tajemnice i przedstawić procesy, przez które mogłoby zostać zapoczątkowane osiągnięcie wyższej świadomości. Duchowo znaczenie zapoczątkowania leży w śmierci egoistycznej, fizycznej jaźni i jej odrodzeniu w boskim, transcedentalnym porządku.
              W niektórych świętych tradycjach taka specjalna wiedza i zdolność były trzymane w tajemnicy i były wykorzystywane wyłącznie do inicjacji. Inni wielcy nauczyciele skupiali swoje energie na pobudzaniu uśpionych uczuć duchowych swoich uczniów, powodując tym samym oświecenie poprzez doświadczenie mistyczne. Ci mądrzy mistrzowie byli świadomi tego, że indywidualne mistyczne doświadczenie było katalizatorem, który rozbudzał inicjację Wewnętrznego Głosu, który mówił o uczuciu Jedności ze Wszystkim, Co Istnieje, oraz mądrości mówiącej, że w każdej duszy mieszka Wielka Tajemnica.
              Wielu wielkich duchowych nauczycieli deklarowało, że to zapoczątkowanie może zostać nadane szczeremu poszukiwaczowi przez byty istniejące na wyższych planach życia. UFO, które ukazują się nad świętymi miejscami, mogą łączyć starożytne symbole zapoczątkowania z erą kosmosu. Wśród obrazów mogących podnosić kogoś na wyższy poziom świadomości są następujące obrazy:
Wielka Piramida i SfinksEgipskie ikony
              Sfinks, stworzony przez najstarszych kapłanów, reprezentuje majestatyczne połączenie głowy ludzkiej, byczego ciała, lwich łap i orlich skrzydeł, symbolizujących jedność królestw natury. Te same cztery zwierzęta występują w pozaziemskich bytach w wizji Ezechiela, który widział koło w kole; są one również czterema składowymi elementami mikro- i makrokosmosu - wodą, ziemią, powietrzem i ogniem, według założeń nauki ezoterycznej.

Odpowiedzią na starożytną zagadkę Sfinksa - Co pierwsze porusza się na czterech nogach, potem na dwóch, następnie na trzech? - jest człowiek, boski pośrednik zawierający w sobie wszystkie elementy i siły natury. Osiąganie wyższej świadomości ze Sfinksem uczy inicjacji, pokazuje, jak ludzka natura rozwija się z natury zwierzęcej i rozwija "orle skrzydła", by podróżować do innych wymiarów wyższej rzeczywistości.
              Wielu nauczycieli duchowych sądzi, że Wielka Piramida była świętym miejscem, w którym przeprowadzano święte inicjacje, nie zaś grobowcem członka egipskiej rodziny królewskiej, i że sarkofag w Sali Królewskiej był pośrednikiem zmartwychwstania nowicjusza do Światła.
              W ostatnich latach w pobliżu Wielkiej Piramidy miało miejsce wiele obserwacji UFO oraz odbyło się wiele metafizycznych konferencji i wielu duchowych poszukiwaczy leżało w starożytnym sarkofagu, by dokonać kontaktu z istotami pozaziemskimi lub międzywymiarowymi, które miały zbudować piramidę jako pewnego rodzaju kosmiczną zabawkę edukacyjną, mającą na celu pobudzenie powstającego ludzkiego procesu myślowego.

Postaci biblijne
              Tajemniczy prorok Eliasza, posłaniec Boga, który nie znał swoich rodziców, przyszedł znikąc, by wzywać siły ciemności, i który wrócił do nieba w płomiennym rydwanie, reprezentuje pewien rodzaj świadków UFO o wielkiej mądrości na temat innych światów i wielkiej determinacji. Dla wielu kontaktowców UFO Eliasz stał się duchowym mentorem, zaś w niektórych przypadkach jego istota służy jako przewodnik łączący ich z ich własnym duchowym przewodnikiem.
              Melchizedek, Król Salem, kapłan Elohim, zainicjował Ojca Abrahama ze złotym kielichem wypełnionym winem. Jezus z Nazaretu również był duchownym Zakonu Melchizedeka. Wielu świadków UFO wyznaje wiarę, że istoty, które oni spotkali, przybyły na Ziemię, by uczynić wiecznym Zakon Melchizedeka. Te istoty, jak wielu sądzi, przechowują złoty kielich Melchizedeka, symbol najwyższej transformacji duchowej i boskiej inspiracji i dają zapewnienie, że Boskie Życie istniejące ponad duszą mieszka w każdym z nas.
              Od czasów starożytnych obraz węża trzymającego swój ogon w pysku i stającego się żywym kołem reprezentował nieunikniony cykl uniwersalnego życia. Faktem jest, że wielu świadkom UFO styczność z gadzimi istotami stwarzała małą trudność. W ludzkiej historii wąż uosabiał mądrość, zaś ogromna liczba wczesnych zwiastunów kultury była przedstawiana pod postacią gadów. Dzięki tym wężowatym cudzoziemskim inteligencjom, jak mówią świadkowie UFO, byli oni w stanie wyobrazić sobie wszechświat jako żywą całość obdarzoną inteligencją, duszą i wolą. Wszechświat istnieje, ale odbicie niewidocznego układu sił kosmogenicznych i królestw duchowych, klas i gatunków, które przez wieki przemieniły się w materię, spowodowało ewolucję życia.

Dziecko Ludzkie, Dziecko Boże, Gwiezdny Krzyż
              Wielu świadków UFO nalega, że cudzoziemskie inteligencje,z którymi oni się kontaktowali, czciły znak krzyża i to krzyż jest symbolem przenikliwych uniwersalnych nauk. Pradawna Doktryna Świętego Słowa głoszonego przez Krysznę w Indiach, przez kapłanów Ozyrysa w Egipcie, przez Pitagorasa w Grecji i przez proroków Izraela wyjawia wielką tajemnicę Dziecka Ludzkiego i Dziecka Bożego.
              W hinduskich, egipskich i greckich inicjacjach termin "Dziecko Boże" oznaczał, że świadomość zidentyfikowała się z Boską Prawdą i wolą zdolną do manifestowania tego. Uniwersalny symbol Dziecka Ludzkiego jest jednym z czterech grających w formie krzyża główną rolę.
              Ten starożytny znak duchowej transformacji znany był duchownym Egiptu, zachowany został przez Esseńczyków i był czczony przez synów Jafeta jako symbol ziemskiego i niebieskiego ognia. Rdzenni amerykańscy medycy i inni nowicjusze widzieli Krzyż z Gwiazdą będący symbolem równowagi, całości Wielkiej Tajemnicy, obrazu Niewypowiedzianego Bycia, który objawiał się w Kosmosie.

Inicjacja
              Starożytni mistrzowie przewidzieli czas, kiedy wielka gromada przyziemnej ludzkości przejdzie na wyższy wymiar świadomości, by zacząć nowy cykl rozwoju. Jak widzimy od lat pięćdziesiątych XX wieku, jednym z głównych przesłań kontaktowców z UFO jest przeprowadzenie Homo sapiens na wyższy stan wibracyjny i przeniesienie do wyższego wymiaru.
              Zarówno starożytni mędrcy jak i współcześni świadkowie UFO stoją na stanowisku, że w serii cykli, które tworzą planetarną ewolucję Ziemi, cały rodzaj ludzki pewnego dnia rozwinie intelektualne, duchowe i transcedentalne zasady, które wcześniej zostały zamanifestowane tylko w Wielkich Inicjacjach. Taki rozwój może wymagać wielu tysięcy lat i prawdopodobnie spowoduje niewyobrażalne zmiany w całkowitym położeniu rodzaju ludzkiego. Najwyższy cel duchowej transformacji ma powielić w duszy boską doskonałość. Tylko kiedy duchowi poszukiwacze będą mogli powiedzieć, że nabyli boską wolność i pokonali los, staną się prawdziwymi prorokami, widzami, uzdrowicielami i inicjatorami. Tylko ci przestrzegający duchowej dyscypliny mogą nauczać innych. Tylko ci, którzy stali się wolnymi, mogą uwolnic innych.
              W książce "Healing States" Alberta Villoldo i Stanleya Krippera szaman Don Eduardo mówi o prawdziwym znaczeniu inicjacji:

"Inicjacja oznacza gotowość do wzięcia na siebie odpowiedzialności za planetę i do służenia ludzkości".
"Inicjacja pomaga odtworzyć związek między sobą a starożytnym rodowodem świadomości".
"Inicjacja nie jest promocją. Jest tylko początkiem wielkiej pracy, która następuje po inicjacji".
"Inicjacja jest w zasadzie powitaniem ducha osoby, której świadomość została rozbudzona".

Jak podkreśla Don Eduardo, inicjacje mają miejsce przez cały czas: "Inicjacje mogą mieć miejsce w drodze do supermarketu lub na szczycie Himalajów. Najskuteczniejsze inicjacje... nadawane są z rąk mistrzów, którzy pracują bezpośrednio z 'innego świata'. Te inicjacje mogą miec miejsce w naszych snach lub podczas medytacji, albo też zupełnie niespodziewanie... kiedy najmniej się ich spodziewamy. W końcowej analizie jednak dokonujemy wyboru, by zainicjować samych siebie".

Brad Steiger, FATE lipiec 2006
Tłumaczenie: Ivellios

"UFO i święte miejsca. Mistyczne przeżycia z udziałem Obcych" na Paranormalium

wtorek, 20 grudnia 2011

UFO czy owady?

UFO czy owady?



              W latach sześćdziesiątych XX wieku naukowiec z zamiłowania, Norton Novitt z Denver w Kolorado (USA), zainteresował się hipotezą o mylnym uznaniu za UFO rojów świecących owadów. Pomysł podsunęła mu obserwacja dwóch świecących mrówek w locie. Pozorne ich świecenie było spowodowane odbiciem światła słonecznego.
              Niektóre gatunki mrówek odbywają masowe loty godowe w określonych porach roku. Roje owadów mogą liczyć nawet kilka milionów osobników. Często przybierają rozmiary tak znaczne, że można je wziąć za świetliste kule na niebie, jeśli jest pod dostatkiem światła słonecznego odbijanego od roju owadów. Nie sposób jednak wyjaśnić w ten sposób przypadków kiedy świecące niezidentyfikowane obiekty latające obserwowano nocą. Czy na pewno?
              Jak pisze Robert Chapman w swojej książce Unidentified Flying Objects (1968), Novitt zastanawiał się, czy to możliwe, by latające mrówki same wytwarzały swego rodzaju światło (a nie tylko odbijały światło słoneczne). Chcąc poddać próbie tę prowokacyjną hipotezę, przymocował uskrzydlone mrówki do piłeczki pingpongowej połączonej przewodem z generatorem prądu stałego, umieszczonym w zaciemnionym pokoju. Po uruchomieniu prądnicy mrówki zaczęły świecić jasnym światłem. Eksperyment, choć niewątpliwie ciekawy, może wydawać się bezowocny, ponieważ w świecie przyrody (jak oschle zauważa Chapman, komentując przedsięwzięcia Novitta) nikt przy zdrowych zmysłach nie podłącza mrówek do prądu!

              Warto jednak zwrócić uwagę na okoliczność, że mrówki często odbywają loty godowe wkrótce po burzy z piorunami, a zatem wtedy, kiedy powstają bardzo silne atmosferyczne pola elektryczne. To prawdopodobne, że w takich warunkach roje istotnie mogą świecić na tyle intensywnie, by można je było zaobserwować po zmroku. Nie należy więc wykluczyć, że niektóre z doniesień o UFO są inspirowane widokiem latających mrówek.
              Ta sama prawidłowość dotyczy niewątpliwie rojów ciem. W artykule opublikowanym w periodyku "Applied Optics" w 1978 roku znawcy zachowań owadów, Phiłip CaUahan i R.W. Mankin ze Stanów Zjednoczonych, udzielili niezależnie od siebie poparcia przypuszczeniom Novitta. Ujawnili, że efekt świecenia można uzyskać, umieszczając kanadyjskiego pasożyta jodeł, motyla Choristoneura fumiferana, w polu elektrycznym. Dzięki temu odkryciu potwierdzili, że w warunkach silnego naładowania powietrza elektrycznością owady są zdolne do emitowania światła. Oczywiście pojedynczy owad świeci bardzo słabo. Jeśli jednak zważyć, że stada takich motyli mogą mieć nawet 96 kilometrów długości i 24 kilometry szerokości, można się domyślać, że cały rój będzie wydzielał znaczne ilości światła - wystarczająco dużo, by wziąć go za lśniące UFO. Jak zauważyli CaUahan i Mankin, wiele spotkań z rzekomymi niezidentyfikowanymi obiektami z kosmosu przypada na czas, kiedy motyle odbywają swoje masowe wędrówki.

Dr Karl Shuker
Fragment książki Tajemnicze zjawiska na Planecie Ziemia

"UFO czy owady?" na Paranormalium

niedziela, 11 grudnia 2011

Czy UFO-ludki mieszkały na Marsie?

UFO na Marsie?



              Całkiem niedawno na Marsie odkryto wodę istniejącą na głębszych pokładach gruntu. Może to oznaczać tylko jedno - na Marsie istniało niegdyś życie! Marzec 2004 roku był jednak najbardziej poruszającym okresem dla miłośników kosmicznych tajemnic.
              7 marca 2004 roku lądownik Opportunity skierował swoją kamerę na oddaloną o 227 9400 000 km jasną gwiazdę, na dziennym niebie Marsa. Przedmiotem obserwacji było Słońce, częściowo przysłonięte przez ciemne ciało o nieregularnym kształcie. Okazało się później, iż owym ciałem jest jeden z marsjańskich księżyców - Phobos, a kamera zarejestrowała zaćmienie Słońca. Obserwacja ta, poza swoją niezwykłością, pozwoliła skorygować dane orbity tego księżyca.
              Nazajutrz drugi z lądowników, Spirit, przygotowując się do nocnej hibernacji w temperaturze -120* C, zarejestrował coś, od czego osłupieli pracujący na Ziemi specjaliści: jednolita biaława barwa nieba została wyraźnie przecięta jasną kreską. Błędu nie stwierdzono, zaś same zjawisko nie dało się zinterpretować w sposób jednoznaczny.

Przedstawiono dwa wyjaśnienia.
Według pierwszego, obiektem, który zarysował się na niebie, był meteor, który wszedł w chłodną atmosferę Marsa i upadł na jego powierzchni. Żaden jednak z lądowników nie zarejestrował wstrząsu gruntu - a powinien.
Według drugiego, wokół Marsa na orbitach parkingowych stacjonuje aż siedem (!!!) różnych statków kosmicznych, z którymi w niejasnych okolicznościach utracono kontakt. Przykładem rosyjska sonda Phobos-2 czy amerykański Mars Polar Lander.

Obiekt przeleciał w czasie 15 sekund 4* na nieboskłonie, nie mogło zatem chodzić o rosyjskie sondy. Wykluczono wszystkie statki kosmiczne, oprócz amerykańskiego Vikinga-2 - jednak linia utworzona przez ten statek byłaby znacznie dłuższa.
Czym zatem był tajemniczy obiekt zarejestrowany przez kamerę Spirit'a? Meteorem, sondą ziemską? A może statkiem kosmicznym wysłanym z innego świata w celu śledzenia efektów naszego zainteresowania Czerwoną Planetą? Tego być może nigdy się nie dowiemy - nadal jednak szukamy odpowiedzi.

              Znany polski badacz Robert Leśniakiewicz wysnuł tezę, że obiekt zarejestrowany przez Spirit to statek Obcych, którzy zbliżyli się do niego celem dokładniejszego przyjrzenia się temu lądownikowi. Tym razem nie rozkręcali go (jak to robili z innymi sondami, przy okazji je psując...), ograniczyli się tylko do przyjrzenia się mu. Czujniki nie zarejestrowały żadnego ruchu, ponieważ lądownik był wówczas w stanie hibernacji i cała aparatura była wyłączona - Obcy mogli go sobie dowoli oglądać.
              Na tym możnaby właściwie zakończyć całą sprawę, gdyby nie fakt, iż w węgierskim czasopiśmie "Szines UFO" (nr 2/2005) znany badacz, publicysta i historyk kosmonautyki István Nemer opublikował artykuł, z którego wynika, że UFO widywano na Marsie co najmniej siedmiokrotnie!
              Analizując zdjęcia przesłane przez rosyjski Phobos-2 przedstawiające Phobosa odkryto kolejną zagadkę: do tego księżyca zbliżało się coś długiego i cienkiego. Obiektu sfotografowanego 25 marca 1989 roku do dziś nie udało się zidentyfikować.
              16 września 2003 roku amerykańska sonda Mariner-9 przekazała kolejne zdjęcia Phobosa. Na jednym z nich, nieopodal niewielkiego kraterku, sterczał w górę regularny obiekt w kształcie trójkątnego graniastosłupa.
              Czyżby właśnie na Phobosie znajdowały się drzwi do Innego Świata? A może obiekt sfotografowany przez Mariner-9 to pomnik wystawiony przez Obcych, pierwszych zdobywców tego ciała niebieskiego?

Opracował: Ivellios
Na podstawie informacji "Nieznanego Świata"

"UFO na Marsie?" na Paranormalium

Szóste słońce Majów

UFO ostrzega

              Fascynująca relacja o pojawieniu się UFO pochodzi z okolic wulkanu Popocatepetl, który przez długi czas uważano za wygasły. Przez trzy lata kontrola ruchu powietrznego obserwowała obiekty latające w kierunku wulkanu i z powrotem, aż wreszcie wszczęto dochodzenie w sprawie nagłego wzrostu aktywności UFO w tym rejonie.
              Okazało się, że wulkan wcale nie byt wygasły i istniało zagrożenie rychłego wznowienia jego aktywności. W lutym 1994 roku z wulkanu zaczął wydobywać się dym, a w grudniu tego samego roku Popocatepetl gwałtownie wybuchł, zasypując pyłem miasto Puebla. Na szczęście udało się uratować mieszkańców dzięki całkowitej ewakuacji. Ludność nigdy nie zapomniała o fakcie, że to zwiększona aktywność UFO skierowała uwagę badaczy na wulkan. Niektórzy zaczęli uważać UFO za swego rodzaju zbawiciela.
              Wielu mieszkańców Meksyku wskazuje na jeszcze wymowniejsze - pochodzące sprzed setek lat - świadectwo tego, iż w 1991 roku miał miejsce powrót "gwiezdnych podróżników". Majowie, twórcy starożytnej meksykańskiej kultury, spisali wiele przepowiedni, z których jedna brzmi następująco: W erze szóstego słońca wszystko, co zakopane, będzie odkryte, prawda stanie się nasieniem życia, a synowie szóstego słońca będą tymi, którzy podróżują wśród gwiazd".
              Udowodniono, że przepowiednia ta ma związek z obecnymi obserwacjami UFO w Meksyku, ponieważ określenie "szóste słońce" odnosi się do całkowitego zaćmienia słońca w 1991 roku, kiedy to w miastach Puebla, Meksyk i Tepeji pojawiły się cztery identyczne, metaliczne pojazdy UFO. To zaćmienie słońca miałoby być szóstym słońcem Majów, oznaczającym nową epokę - epokę prawdy.

"UFO ostrzega" na Paranormalium

UFO w okolicach Woroneża w Rosji

UFO w pobliżu stacji radiolokacyjnej w okolicach Woroneża w Rosji

Woroneż              W stacji radiolokacyjnej „Tałowaja” pod Woroneżem należącej do moskiewskiego centrum kierowania ruchem powietrznym pracują ludzie, od których zależy bezpieczeństwo lotów samolotów cywilnych. Urządzenia radiolokacyjne „Tałowoj” kontrolują 720 tysięcy kilometrow kwadratowych nieba.
              Od pewnego czasu, wśród okolicznych mieszkańców zaczęły roznosić się wieści o obserwacjach nieznanych obiektów latających, które pojawiają się w pobliżu urządzeń.

Nieznane obiekty latające nad Tałowoj – co się udało zarejestrować

- Na początku oczywiście nikt nie wierzył w te opowieści – opowiada pracujący od 28 lat na stacji inżynier Aleksandr Zakurdajew. – Kilka lat temu przygotowywaliśmy teren do postawienia nowego elementu naszej stacji. Robiłem zdjęcia dokumentujące postęp prac i przesyłałem je do biura w Moskwie, które nadzoruje naszą działalność. To stało się 11 września 2001 r. Około godziny 15. robiłem zdjęcia aparatem cyfrowym . Fotografowałem hangar, część terenu, przy okazji „utrwalając” fragment nieba. W domu przegrałem zdjęcia do komputera. Obecny przy tym mój syn Andrzej od razu coś zauważył – „Popatrz tato, coś ty tam sfotografował!” – spojrzałem na fotografię – na niebie widać było coś zupełnie nieoczekiwanego, wyglądało jak UFO.

Od tamtej pory pracownicy stacji radiolokacyjnej z uwagą patrzyli w niebo. Dwa lata później ponownie udało się sfotografować coś zagadkowego…

              12 maja 2003 r. Aleksander Zakurdajew znów dokumentował postęp prac. W ciągu 12 sekund wykonał serię 4 zdjęć, na których niespodziewanie pojawiły się obiekty. Na kolejnych zdjęciach już tego nie zarejestrowano..

- Wszystkie zdjęcia zostały wykonane w kierunku północno-wschodnim od naszej stacji – mówi Zakurdajew – nie jestem w stanie ocenić gabarytów ani prędkości przemieszczania się tych obiektów. Nie mam ich z czym porównać. Jest jeszcze jedna interesująca sprawa – niedawno zrobiono o nas reportaż dla telewizji. Jak realizatorzy obejrzeli dokładnie nagrany materiał, zauważyli biały przypominający kwadrat obiekt, który niezwykle szybko przemieszczał się pomiędzy urządzeniami.

Spotkań z dziwnymi obiektami było w tej okolicy sporo. W październiku 2004 r. przygoda spotkała innego pracownika stacji – Jurija Niżniewiasowa. Jadąc do pracy samochodem był świadkiem przelotu na małej wysokości świecącej kuli.

- Oczywiście, że nigdy nie wierzyłem w UFO – mówi inż.Niżniewiasow – ale teraz sam zetknąłem się z tą zagadką.

Komentarz ufologa
- To typowy latający talerz – powiedział ufolog z Woroneża, Henryk Siłanow - Tam, gdzie jego obraz był zamazany, obiekt był w ruchu, tam, gdzie mamy do czynienia z wyraźnym – talerz wisiał bez ruchu nad stacją radiolokacyjną. Mogę ocenić jego wielkość na 5-7 metrów średnicy. Prawdopodobnie obiekt znajdował się w odległości około pół kilometra od stacji. To typowe miejsce do spotkania UFO. Te obiekty bardzo często pojawiają się w okolicach elektrowni, linii energetycznych, oczywiście interesują się także ziemskimi urządzeniami strategicznymi.

Leonid Szifrin

Tekst polski: Fundacja NAUTILUS
Źródło:
Foto: Andrzej Archipow
http://www.moe.kpv.ru/view/text.shtml?16022

"UFO w pobliżu stacji radiolokacyjnej w okolicach Woroneża w Rosji" na Paranormalium

Ufonauci - historia księdza Wiliama Gili

Ufonauci - historia księdza Wiliama Gili

UFO              Kim były istoty, które z pokładu wiszącego nad ziemią pojazdu machały rękami w odpowiedzi na pozdrowienia ludzi? Skąd przybyły i czego tu chciały?
              Boainai jest wioską położoną nad brzegiem rzeki Mase w Nowej Gwinei. Na terenie wsi znajduje się Misja Wszystkich Świętych kierowana przez duchownego anglikańskiego, wielebnego ojca Williama Gilla. Pracował tu od trzydziestu lat, a jego podstawowym zajęciem była działalność oświatowa. W wywiadzie udzielonym dziennikarzom australijskim ojciec Gili stwierdził, że zanim zdarzyły się te wypadki, sądził, iż UFO "są wytworem wyobraźni albo jakimiś zjawiskami o charakterze elektrycznym".


              Aż nadszedł czerwcowy wieczór 1959 r. i razem z trzydziestoma siedmioma osobami, uczniami misji i nauczycielami, ojciec Gili był świadkiem czegoś, co całkowicie zmieniło jego poglądy na sprawę UFO.
              Było to około 18.30. Niebo było czyste, ale zbierały się już deszczowe chmury. Ojciec Gili wyszedł właśnie na dwór z jadalni i spojrzał w niebo, żeby zobaczyć czy wzeszła już planeta Wenus. Wenus była na niebie, ale było tam też cos znacznie dziwniejszego: bardzo jasny, iskrzący się statek latający. Ksiądz Gili mówi:
...miałem właśnie skręcić za róg domu, kiedy cos na niebie przykuło mój wzrok i spojrzałem w górę w kierunku zachodnim. Zobaczyłem pod kątem około 45° to olbrzymie światło. Sądziłem, że niektórzy ludzie mogą sobie cos takiego wyobrażać, ale nigdy nie ja. A to się właśnie stało. Zawołałem Erica Kodawarę i powiedziałem: "Co widzisz tam w górze?!" Powiedział: "Zdaje się, że to jest swiatło". A na to ja: "Idź i powiedz nauczycielowi Stevenowi Moi. Każ mu przyjść szybko". Eric zebrałtylu ludzi, ilu tylko mógł i wszyscy staliśmy i wpatrywaliśmy się w to. Później podeszliśmy bliżej, na boisko, a zjawisko trwało dalej. Mam je opisane. Zdecydowałem się wówczas bardzo szybko na wzięcie notatnika i ołówka; napisałem, że jeżeli coś ma się zdarzyć, zdarzy się teraz i z pewnością jutro obudzę się i będę myślał, że to był sen, że nie widziałem tego naprawdę. Jeżeli zapiszę, to będę przynajmniej wiedział, że nie śniłem.

              Obiekt wyglądem przypominał wielki dysk o średnicy około 13 m u podstawy i 7 m na szczycie. Miał okrągłą nadbudówkę, a na niej jeszcze jedną okrągłą, znacznie mniejszą, która wydawała się pełnić rolę mostka kapitańskiego. Od spodu były cztery "nogi" skierowane parami ukośnie w dół. Wydawały się być przymocowane na trwałe i przypominały nogi statywu.
              Obiekt zniżył się i zawisł nad ziemią jakieś 100-150 m. Kiedy cała misja stała, patrząc z rozdziawionymi ustami na to cudo widniejące nad ich głowami, z wnętrza Latającego Spodka wyszli... ludzie. Pojawili się na szczycie dysku, stojąc na mostku kapitańskim. Ich liczba zmieniała się: było ich czterech, później dwóch, potem jeden, potem trzech, następnie znowu czterech... Ze środka pokładu wychodził promień niebieskiego światła.
              Ludzie na pokładzie byli pochyleni do przodu, czasem prostowali się, czasem spoglądali w dół w kierunku patrzących, ale interesowało ich tylko to, co działo się na pokładzie. Przyglądający się im z dołu mieli wrażenie, że istoty z Latającego Spodka coś naprawiają. Niebieskie światło, jak promień skierowanego w niebo reflektora, zapalało się i gasło...
              Zaczęto dawać sygnały latarką. Najwyraźniej w odpowiedzi obiekt zaczął poruszać się ruchem wahadła. Kiedy skierowano nań światło latarki, obiekt najpierw uniósł się, a potem zaczął opadać i znalazł się bardzo nisko nad ziemią. Wszyscy myśleli, że za chwilę wyląduje, ale nie zrobił tego i wszyscy byli bardzo rozczarowani...
UFOOjciec Gili stwierdza: Kiedy jeden z ludzi znajdujących się na pokładzie przechylił się przez cos, co wydawało się poręczą i zdawał się patrzeć na nas -uniosłem rękę nad głowę i pomachałem. Figurka zrobiła to samo! Jak kapitan statku, który macha do kogoś na przystani. Samej poręczy nie widziałem, ale figurka stała w takiej pozycji, która sugeruje istnienie poręczy. Widzieliśmy z dołu, że człowiek ten był wychylony. W pewnej chwili Anamias, nauczyciel, zamachał nad głową obiema rękami i dwie postaci na górze również zamachały oburącz nad swoimi głowami. Potem Anamias i ja zamachaliśmy ponownie i wszystkie postaci odmachały nam. Nie ma żadnych wątpliwości, że odpowiadały w ten sposób na nasze sygnały dawane rękami.

Uczniowie misji byli zaskoczeni, ale i zachwyceni. Mali chłopcy wykrzykiwali i gestami zapraszali istoty do zejścia na dół, ale one nie zeszły.
              Długotrwała obserwacja Latającego Spodka i pracujących na jego pokładzie istot poprzedzona była licznymi, wcześniejszymi doniesieniami o dziwnych latających światłach na niebie. Pod wpływem tych relacji ojciec Gili napisał list do przyjaciela kierującego sąsiednią misją, list, w którym jeszcze powątpiewał:

Drogi Dawidzie,
Spójrz na te niezwykłe dane. Jestem prawie przekonany do teorii "odwiedzin". Nie mam żadnych wątpliwości co do istnienia tych rzeczy..., ale mój prosty umysł ciągle domaga się naukowego dowodu, zanim będę mógł uwierzyć, że prawdopodobnie UFO są czymś więcej, niż jakąś formą zjawisk elektrycznych lub czymś związanym z wybuchami bomb atomowych... Zbyt trudno jest mi to wszystko zrozumieć; wolę poczekać, aż jakiś bystry chłopak złapie coś takiego, żeby można było to pokazywać w Martin Square...
Twój wątpiący William


Po obserwacji istot, z którymi wymieniane były pozdrowienia, drugi list był już inny.

Drogi Dawidzie,
Życie jest dziwne, nieprawdaż? Wczoraj napisałem do Ciebie list, wyrażając opinie o UFO. Teraz, po niespełna 24 godzinach, zmieniłem w pewnym sensie swoje poglądy. Ostatniej nocy obserwowaliśmy przez około 4 godziny działalność UFO i nie ma wątpliwości, że był on kierowany przez jakiegoś rodzaju istoty. Chwilami było to absolutnie zapierające dech. Oto sprawozdanie. Proszę, prześlij je dalej, ale pamiętaj o zachowaniu wielkiej ostrożności, gdyż nie mam kopii...
Cześć
Przekonany Bill


Nic tak dobrze nie wpływa na zmianę przekonań, jak zobaczenie czegoś na własne oczy.


Thomas de Jean
Fragment książki Księga tajemnic i rzeczy niezwykłych, PANDORA, Łódź 1991

"Ufonauci - historia księdza Wiliama Gili" na Paranormalium

wtorek, 6 grudnia 2011

Zagadka piktogramów

Zagadka piktogramów rozwiązana?


              Nareszcie poznaliśmy największą, nieodgadnioną do tej pory tajemnicę wszechświata. Wyjaśniło się pochodzenie piktogramów, czyli ogromnych znaków w zbożu pozostawionych latem na polu w podbydgoskiej Strzyżawie. Wreszcie są dowody, że to kosmici, odciskając piktogramy, pokazali nam, jak naprawdę zbudowany jest atom. A to jest przecież najmniejsza i najważniejsza cząstka, na której zbudowany jest wszechświat!
Ale to nie koniec sensacji!


prof. Michał Gryziński

              Atom według modelu odciśniętego przez UFO w zbożu wygląda tak, jak wymyślił nasz nieżyjący polski uczony prof. Michał Gryziński. -W latach 70. Amerykanie wysłali w kosmos model atomu według norweskiego geniusza Nielsa Bohra. Teraz kosmici pod Strzyżawą odesłali poprawiony wzór. On wygląda jak model naszego wielkiego rodaka - przekonuje inżynier Stanisław Pałka (57 l.) z Warszawy, badacz energii plazmowej.
Prof. Gryziński w latach 60. opracował własną teorię budowy atomu. Nie taką, jak obowiązujący model Bohra, w którym elektrony krążą wokół jądra. Według prof. Gryzińskiego elektrony zachowują się bardziej jak zabawka jo-jo. Przybliżają się i oddalają od jądra.


Ufolog Robert Bernatowicz

              Cóż wynika z tych naukowych ustaleń? Cała dotychczasowa wiedza ludzkości o budowie wszechświata jest zwykłą pomyłką! Nawet słynne równanie Einsteina E=mcz nie jest prawdziwe! Fizykę trzeba napisać na nowo, w oparciu o model atomu Gryzińskiego.
Tymi wyjątkowo odkrywczymi informacjami inżynier Pałka podzielił się najpierw z ufologami, czyli badaczami cywilizacji pozaziemskich. Ufolog Robert Bernatowicz (37 l.), szef Fundacji Nautiius, nigdy nie wątpił w autentyczność piktogramu ze Strzyżawy. Jego wiarę dowodami wzmocnił inżynier Pałka.
- Pokazał mi okładkę książki profesora. Był tam model atomu. Patrzyłem jak zahipnotyzowany, bo znałem ten kształt! To był piktogram ze Strzyżawy! - opowiada zaskoczony ufolog. Jest pewien, że kosmici znakami w zbożu dali sygnał, że prof. Gryziński genialnie trafił w sedno. I że to właśnie od atomu Gryzińskiego, a nie Bohra, powinniśmy zaczynać nasze wędrówki w poznaniu wszechświata.

Przedruk z: FAKT
Many thanks for Martha

"Zagadka piktogramów rozwiązana?" na Paranormalium

sobota, 3 grudnia 2011

UFO w Polsce

Stary Folwark

              Począwszy od 24 czerwca 1947 roku, którą to datę uznano za świt "współczesnej ery" UFO, czyli z okresu ostatnich blisko pięćdziesięciu lat najmniej obserwacji "Dziennych Dysków" z terenu Polski, pomijając schyłek lat czterdziestych, pochodzi z lat sześćdziesiątych. Z owego dziesięciolecia, które notabene w powojennej historii nie tylko naszego kraju wyróżniły masowe, często określane jako kontestacyjne, wystąpienia młodzieży z 1968 roku, znamy zaledwie trzynaście obserwacji UFO - sześć obserwacji nocnych i siedem dziennych. W przypadku jednej z obserwacji nocnych z 1 lipca 1961 roku zdołano także wykonać zdjęcie tajemniczego obiektu, co jednak w niczym nie zmienia ogólnej sytuacji w kwestii prowadzonych prac weryfikacyjnych, a jedynie dowodzi, że potrafimy je utrwalać nie tylko w naszej pamięci. Uwagę zwracają natomiast dwa inne znamienne fakty, a mianowicie całkowity brak zgłoszeń z lat 1962-1963 (podobny brak wystąpił jedynie w latach 1950-1952) oraz to, że wśród tej nikłej ilości "doświadczeń z UFO" nie ma ani jednego bliskiego spotkania, podczas gdy w latach pięćdziesiątych na ogólną liczbę 50 obserwacji było ich aż pięć (10%), w tym dwa CE-III z 1954 i 1959 roku.
              To wszystko oczywiście jeszcze nie dowodzi, że w latach sześćdziesiątych takowych zdarzeń w ogóle w Polsce nie było. Niemniej w świetle ilości obserwacji z lat wcześniejszych i późniejszych (z lat siedemdziesiątych znamy 186 "doświadczeń z UFO" - w tym 43 bliskie spotkania - przy czym aż 153, czyli 82,2% z nich, pochodzi z dwóch ostatnich lat owego dziesięciolecia) okres lat sześćdziesiątych należałoby uznać pod tym względem za niemal martwy. Czym w tej sytuacji tłumaczyć odnotowanie zaledwie trzynastu, i to wyłącznie dalekich, obserwacji UFO w bądź co bądź długim okresie dziesięciu lat? Nie będąc całkowicie pewnym znaczenia manifestacji tego zjawiska w najbliższym otoczeniu człowieka trudno jest zająć w tej sprawie jednoznaczne stanowisko. Można co najwyżej przyjąć, że tak niewielka ilość zgłoszeń z tak długiego okresu czasu z określonego obszaru jest de facto odzwierciedleniem ogólnego spadku częstotliwości manifestacji tego fenomenu. Jeśli tak jest rzeczywiście, jeśli uznamy, że nikła ilość obserwacji znamionuje niemal całkowity zanik widocznych oznak obecności tego zjawiska w dającym się ogarnąć naszymi zmysłami "wycinku" rzeczywistości, to co sądzić o owych zaledwie kilkunastu dalekich i wielce enigmatycznych manifestacjach Nieznanego? Czy fakt ich wystąpienia w tak małej ilości przypadków może oznaczać, że one także posiadają jakieś znaczenie w całokształcie zjawiska, lecz z braku dostatecznej wiedzy i ograniczoności zmysłów, nie potrafimy jak na razie dociec całej specyfiki tychże - głównie dziennych - manifestacji? Rysujące się tutaj możliwości badawcze, głównie pod kątem analizy stwierdzanych w obecności UFO zjawisk świetlnych, przedstawiłem w artykułach "Zjawiska świetlne - zwykła cecha NOLi" oraz "<Ogniste kule> kluczem do tajemnic NOLi".
              Powołując się wyłącznie na wydawałoby się nie mające większego znaczenia nocne manifestacje kulistych UFO, wskazywałem tam, że być może mamy do czynienia z penetracją polegającą na badaniu widma elektromagnetycznego otoczenia w zakresie emitowanego przezeń (w tym wypadku przede wszystkim przez organizmy ożywione) promieniowania podczerwonego, którego człowiek nie jest w stanie postrzegać. Dowodziłem przy tym, że takie spojrzenie na nocne manifestacje UFO pozwala wnioskować, iż stanowią one istotne uzupełnienie dla pozostałej grupy bliskich spotkań, w szczególności najbardziej znaczących CE-III, podczas których dochodzi również do badania ludzi wewnątrz obiektów latających (tzw. "wzięcia"). W tak rysującej się niemalże jednoznacznej sytuacji w zasadzie wszystkie manifestacje UFO (to znaczy poczynania ich załogantów, czyli nieznanych istot) winny stanowić pewną zamkniętą całość. W analogiczny sposób należałoby więc traktować z gruntu najmniej liczną, aczkolwiek wnoszącą inny zakres istotnych informacji o tym zjawisku, grupę manifestacji UFO, jaką stanowią obserwacje Dziennych Dysków. Pozostając przy danych ilościowych opublikowanych w magazynie UFO (2/1994), na ogólną liczbę 513 przypadków "doświadczeń z UFO" (pomijając dość istotny fakt, że być może niewielki ich procent nie dotyczy obserwacji "prawdziwych" UFO), zaledwie 87, czyli niecałe 17% z nich, to obserwacje z kategorii Dziennych Dysków. Taką tendencję (bez względu na rozpatrywany obszar i okres czasu) notuje się także w innych krajach. Jeśli i w tym przypadku uznamy, że owa stosunkowo mała liczba DD, podobnie jak inne pod wieloma względami wyróżniające się kategorie "doświadczeń z UFO", stanowi potwierdzenie wspomnianej hipotezy o sprawdzaniu widma promieniowania EM otoczenia, czyli jak by nie patrzeć, zarazem potwierdzenie pewnej niezbywalnej cechy (tu: obiektywnego charakteru) zjawiska jako takiego, będziemy mieli zarazem odpowiedź na pytanie, dlaczego dziennych manifestacji UFO jest tak niewiele.
               Po prostu oznaczałoby to, że w całokształcie zagadnienia UFO manifestacje w warunkach nocnych (brak spolaryzowanego światła słonecznego) są dlań daleko bardziej istotniejsze niż manifestacje w warunkach dziennych. Abstrahując tymczasem od charakteru omawianego zjawiska, czyli obiektywnych uwarunkowań, jakim ów fenomen niewątpliwie podlega, należałoby z kolei wskazać, dlaczego manifestacje dzienne w ogóle istnieją? Zwykłą ciekawość, zważywszy na pewne cechy związane z ogólnie pojętą "percepcją" tego zjawiska, dzięki którym może ono nie ujawniać swojej obecności, podczas gdy istoty "widzą" otoczenie, należy z góry odrzucić. Znikomej liczby dziennych manifestacji zjawiska (przyjmujemy wstępnie na podstawie znamiennej cechy, jaką jest przyciąganie uwagi człowieka w każdych okolicznościach, że odnotowano i zgłoszono niemal wszystkie, jakie w ogóle miały miejsce) nie można tłumaczyć tym, że pochłonięci licznymi zajęciami ludzie przez większą część dnia przebywają w zamkniętych pomieszczeniach i niewiele uwagi poświęcają temu, co się dzieje na niebie. Takie wytłumaczenie niczego nie wyjaśnia, bowiem znaczna część ludności, jak choćby robotnicy i rolnicy, wykonuje prace wymagające przebywania na otwartej przestrzeni przez niemal cały dzień. Muszą zatem istnieć jakieś inne uwarunkowania i zachodzi duże prawdopodobieństwo, że jest to związane z potrzebami, jakie nieznanym istotom narzucają ich warunki bytowania, w znacznej mierze uwarunkowane na kontakt z człowiekiem i to w ściśle określonych, najlepiej nocnych warunkach. W tej dość jasno rysującej się sytuacji znaczenie większości dziennych manifestacji, które stanowią niewielki procent wszystkich odnotowywanych "doświadczeń z UFO", należałoby odczytywać jako konieczne, aczkolwiek do pewnego stopnia przypadkowe, kontakty z człowiekiem, do których dochodzi tylko dlatego, że nadarzają się ku temu wyjątkowo dogodne warunki i sprzyjające okoliczności.
              Do tych ostatnich należą niewątpliwie psychofizyczne cechy danej osoby i prawdopodobnie w dużej mierze od nich zależy, czy w warunkach dziennych obserwacja zakończy się dla obu stron spotkaniem dalekim, czy też "wzięciem" na pokład UFO. Należy przy tym wspomnieć o dwóch dość istotnych sprawach, które zdają się potwierdzać słuszność tego wniosku. Po pierwsze, określenie dziennych obserwacji UFO mianem "Dziennych Dysków" nie oznacza, że w ciągu dnia, tj. od wschodu do zachodu słońca, pojawiają się jedynie klasyczne "latające spodki" zwane także "dyskami". Podobnie jak w warunkach nocnych, także w ciągu dnia odnotowywane są różne kształty UFO, na przykład "cygara" i "kule". O ile jednak te ostatnie z reguły pojawiają się w warunkach nocnych, to w ciągu dnia dominują obserwacje "dysków". Przykładowo z końca lat czterdziestych (1947-1949) znamy dwie obserwacje dzienne i o dziwo w obu przypadkach obserwowano "Dzienne Dyski". W latach pięćdziesiątych na 16 obserwacji dziennych w 10 przypadkach widziano "dyski". Natomiast w latach sześćdziesiątych na 7 obserwacji dziennych, aż pięciokrotnie oglądano klasyczne "latające spodki", przy czym w przypadku dwóch pozostałych mowa była o "świetlistym trójkącie", którego źródła nie dostrzeżono (mógł to być "dysk"), oraz o przelocie "srebrzystej kuli", co również może wskazywać na obiekt dyskoidalny, który przemieszczał się pod kątem do powierzchni ziemi i prawdopodobnie widziano jedynie jego okrągły spód. Z kolei w tym samym okresie czasu, tj. w latach 1947-1969, na ogólną liczbę 33 obserwacji nocnych w ogóle nie odnotowano NOLi w kształcie "spodka", natomiast z całą pewnością w 11 przypadkach, w tym dwukrotnie w latach sześćdziesiątych, widziano obiekty kuliste.
               Z kolei druga sprawa, o której wspomniałem już wcześniej, wiąże się z podejmowaniem często przypadkowego (z braku jednoczesnego badania widma EM) kontaktu z ludźmi w warunkach dziennych, co nie napotyka na specjalne trudności, bowiem załoga UFO (nawet wtedy gdy człowiek nie widzi obiektu) postrzega zdarzenia zachodzące w najbliższym otoczeniu i w każdej chwili może ujawnić swoją bliską obecność w celu dokonania "wzięcia". Obserwatorzy odnoszą wtedy wrażenie, że latający obiekt pojawił się nagle "wprost z pustej przestrzeni". Dowodzą tego okoliczności i przebieg takich zdarzeń, jak dzienna obserwacja radarowa na Morzu Liguryjskim (CE-I z 18.06.1984 roku), która prawdopodobnie z uwagi na nie sprzyjające okoliczności nie zakończyła się bliskim spotkaniem, bądź bliskie spotkanie na Morzu Bałtyckim (CE-II z 23.08.1979 roku), w trakcie którego doszło do przeprowadzenia badań załogi kutra, przedstawionych w UFO, nr 4/91 i 4/92. Można zatem przypuszczać, że wszystkie "doświadczenia z UFO", niezależnie od kształtu obiektu, nieodmiennie wiążą się z próbą osiągnięcia ściśle określonego celu, przy czym w przypadku UFO w kształcie "dysku" próby badań ludzi ograniczane są do minimum. Być może również dlatego, że ten typ obiektu, dobrze przystosowany do lądowania na ziemi, używany jest przede wszystkim do pobierania próbek gleby itp., najczęściej w ustronnych miejscach bez ryzyka spotkania człowieka. Wśród manifestacji UFO z kategorii "Dziennych Dysków" mogą więc istnieć również takie, z przebiegu których trudno wywnioskować, dlaczego w ogóle miały one miejsce. Swego czasu sam byłem świadkiem takiego właśnie zdarzenia. W zamieszczonej w pierwszym numerze magazynu UFO, który nosił wtedy nazwę NOL, notce biograficznej podano, że jako jedyny z polskich badaczy UFO, miałem okazję obserwować "przez kilka minut w towarzystwie kilku osób Nieznany Obiekt Latający, który pojawił się koło Starego Folwarku nad jeziorem Wigry". Jak wielu innych obserwatorów UFO, którzy nigdy nie słyszeli o tym tajemniczym zjawisku i nie zdawali sobie sprawy z tego, że każdy szczegół może być ważny, autor także nie odnotował wówczas tak podstawowych informacji, jak data i czas zaistniałego zdarzenia. Na szczęście, dzięki temu, że były to nietuzinkowe wakacje, choćby z uwagi na przepiękną okolicę i moc wrażeń z udanego spływu kajakowego, zachowały się z nich niezatarte wrażenia i liczne materiały.
              W tej sytuacji, po wielu latach, a było to w roku 1977, można było z łatwością ustalić, że obserwacja miała miejsce 26 sierpnia 1966 roku około godziny 17.00, a więc około półtorej godziny przed zachodem słońca. Ponieważ niebo było wyjątkowo pogodne, a widoczny obiekt tkwił niemal w zenicie z lekkim (około 10o) odchyleniem na północny wschód, jaskrawo świecące słońce nie przeszkadzało w prowadzeniu obserwacji. Tajemniczy, tkwiący nieruchomo na tle niebieskiego firmamentu obiekt był doskonale widoczny. Odtworzenie okoliczności tak niecodziennego wydarzenia nie sprawiało większych trudności. Po upalnym, obfitującym w wiele wrażeń dniu grupa około dziesięciu osób w wieku od 18 do 30 lat odpoczywała na trawniku na terenie ośrodka kempingowego w odległości około 50 metrów od brzegu jeziora Wigry. Momentu pojawienia się obiektu nie zauważył nikt. Pierwszą osobą, która go spostrzegła, był leżący na trawie mężczyzna, która zwrócił nań uwagę pozostałych, pytając: "Patrzcie, tam nad nami, co to jest?" Wszyscy z ciekawością spojrzeli w górę we wskazanym kierunku. Po chwili wywiązała się rozmowa, a właściwie gorąca dyskusja na temat pochodzenia tego zagadkowego obiektu. Po wielu latach nie sposób odtworzyć jej w każdym szczególe, niemniej z różnych stron padały przypuszczenia na temat zabłąkanego balonu bądź jakiejś innej powietrznej sondy, jednak do ostatecznych rozstrzygnięć nie doszło. Prawdopodobnie nikt nie był do końca przekonany, czym był obserwowany obiekt.
              Wszelkie przykłady jego ziemskiej natury bądź jakiegoś związku z działalnością człowieka były kolejno odrzucane, głównie dlatego, że mijały długie minuty obserwacji, a obiekt wciąż tkwił zupełnie nieruchomo. Użyłem trybu przypuszczającego, ponieważ mogło być tak, że któraś z osób wiedziała, z czym mamy do czynienia, lecz z sobie wiadomych powodów nie zamierzała podzielić się tym z innymi. W każdym razie niewiedza na temat pochodzenia obiektu u większości albo wszystkich osób utrzymała się do końca obserwacji, co mogło oznaczać, że żaden ze świadków nigdy wcześniej nie słyszał o "latających spodkach". Nikt nie użył podobnego sformułowania, chociaż niewykluczone że padła jakaś uwaga na temat innych cywilizacji z Kosmosu w odniesieniu do obserwowanego obiektu. Prawdopodobnie jednak nic takiego nie nastąpiło, zważywszy na ogromne zaskoczenie związane z końcowym fragmentem obserwacji, gdy obiekt zaczął się oddalać. Obserwowano jeden srebrzysty obiekt, którego zewnętrzne krawędzie na tle jasnoniebieskiego nieba były bardzo wyraźnie widoczne. Oznaczona na rysunku krawędź "K" nie była dokładnie widoczna, bowiem autor dobrze pamięta, że cała powierzchnia obiektu sprawiała wrażenie jednolicie płaskiej, przez co wydawał się on być "masywny". Natomiast różny profil krzywizn dolnej i górnej krawędzi wskazywał, że miał on kształt i tkwił w pozycji, jak to przedstawiono na rysunku. Innymi słowy, obiekt widoczny był częściowo z boku i od dołu; kąt widzenia wskazuje strzałka obok. Innych szczegółów w wyglądzie zewnętrznym nie zaobserwowano, bowiem nikt takowych spostrzeżeń wówczas nie zgłaszał. Jasność i kolor obiektu na początku i na końcu obserwacji były takie same. Po trzech lub czterech minutach, gdy obiekt w dalszym ciągu tkwił nieruchomo, autor podobnie jak większość osób położył się na trawie, gdyż w pozycji stojącej przy podniesionej głowie (obiekt tkwił niemal w zenicie) ból mięśni szyi stawał się nieznośny.
              Wkrótce potem, po około pięciu lub sześciu minutach od momentu jego zauważenia, zaczął się on kołysać na zmianę wzdłuż osi podstawy A(1-1) i B(2-2) i bardzo wolno przemieszczać się po łuku z punktu 0 do 0''. Przy jego pozornej średnicy porównywalnej do jednogroszowej monety (po ostatniej denominacji) oglądanej z odległości około 2 metrów owe prostopadłe ruchy w zasadzie były ledwo dostrzegalne. Można było o nich wnioskować na podstawie zmiany położenia krawędzi (kąta nachylenia) oraz całego obiektu w stosunku do słońca; w trakcie przemieszczania się po łuku (odległość 0-0' wyniosła około pięć pozornych średnic obiektu) prawdopodobnie przyjmował on pozycję pionową zwracając się podstawą w kierunku słońca, gdyż w tym czasie odbite promienie słoneczne kilkakrotnie raziły w oczy obserwatorów tego zdarzenia. Autor odczuł to osobiście dwa lub trzy razy, przymykając powieki przy rażącym blasku. Obiekt poruszał się po łuku (0-0''-0) przez około 2 minuty, czyli bardzo powoli, po czym ponownie znieruchomiał na kilka lub kilkanaście sekund. Wyglądał wtedy jak na początku obserwacji, z czego można wnioskować, że być może jego przemieszczenie się, a co za tym idzie ukierunkowane na obserwatorów błyski, było zamierzone. Powtarzam: być może. W każdym bądź razie, wkrótce po zatrzymaniu się w punkcie "0", obiekt ten bez żadnego przyspieszenia ruszył z wielką prędkością w kierunku północno-wschodnim.
              Po około pięciu, najwyżej ośmiu sekundach zniknął malejąc na tle nieba na wysokości około 10 stopni nad horyzontem, jakby "wtopił się w niebo". Odlot obiektu był więc gwałtowny i można by rzec, odbywał się bez zwiększania prędkości w idealnie prostej linii, a zatem prawdopodobnie na stałej wysokości nad ziemią. Linię horyzontu tworzył oddalony od miejsca obserwacji o kilka kilometrów, porośnięty lasem przeciwległy brzeg jeziora, a więc w zasadzie był to horyzont naturalny. Niestety, nie znając ani wysokości, na jakiej tkwił obiekt, ani jego rzeczywistej średnicy, nie sposób obliczyć prędkości, z jaką odleciał. Znając jednak wielkość średnicy pozornej (około 2-4 mm) i przyjmując, że w rzeczywistości wynosiła ona od 8 do 10 metrów, każdy może się pokusić o przeprowadzenie odpowiednich obliczeń. Choćby orientacyjnie, niewątpliwie warto się przekonać, czy jego prędkość wynosiła pięć czy też dwadzieścia, a może jeszcze więcej kilometrów na godzinę? W każdym razie i bez tych obliczeń nietrudno stwierdzić, zważywszy na jego wygląd i fakt, że przez wiele minut tkwił on nieruchomo i w pewnym momencie wrócił po łuku do poprzedniej pozycji, po czym w oszałamiającym tempie zniknął w oddali, że nie był on ludzkim wytworem, co oznacza, że owego popołudnia nad Starym Folwarkiem widziano UFO. Wracając do postawionego wcześniej pytania, z przebiegu całego zdarzenia nie sposób wywnioskować, dlaczego obiekt ten pojawił się owego dnia w tamtej okolicy. Można by snuć na ten temat różne przypuszczenia, przy czym jedno można raczej na pewno z góry odrzucić, a mianowicie możliwość, że bezpośrednio przed oraz w trakcie opisanej obserwacji doszło w najbliższej okolicy do bliskiego spotkania jego załogi z człowiekiem.
              Do takiego przypuszczenia skłania fakt, że nigdy jeszcze nie zdarzyło się, aby po takim zdarzeniu nieznane istoty (UFO) pozostawały w pobliżu choćby przez krótką chwilę, i to na widoku. Mogło się jednak zdarzyć, że pewien typ bliskiego spotkania z udziałem załogi tego obiektu odbył się wcześniej w innym rejonie. Nie można na przykład wykluczyć, że tego samego dnia, powiedzmy o godzinie 11.00, ów obiekt mógł być widoczny nad Niemcami (DD), Boliwią (NL - z uwagi na różnicę czasu i położenie geograficzne tego kraju byłaby to obserwacja nocna) lub Kubą, i że miało tam miejsce bliskie spotkanie I, II a nawet III stopnia. Niestety, w istniejącej sytuacji, bez ścisłej współpracy na tym polu z organizacjami rozsianymi po całym świecie, z których nawet nie wszystkie prowadzą ewidencję tego typu zdarzeń, o takie ustalenia jest niezmiernie trudno. Trzeba też zdawać sobie sprawę, że z pewnością nie wszyscy uczestnicy, zwłaszcza bliskich spotkań typu wzięć, zgłaszają tak niecodzienne przeżycia. To dodatkowo komplikuje całą sprawę i zapewne upłynie jeszcze sporo czasu, zanim doczekamy się pełnego uregulowania tych procedur, co może nastąpić jednak tylko w wypadku powszechnej zgody na prowadzenie stałych i rzeczowych badań naukowych w tym kierunku. Niestety, instytucjonalna nauka nie kwapi się zbytnio do zainicjowania takich badań. Zważywszy jednak, że coraz więcej instytutów naukowych usiłuje zgłębić tajemnicę zjawisk psychotronicznych, zwłaszcza towarzyszącej zjawisku UFO telekinezy i jasnowidzenia, tylko patrzeć, jak rozpoczną się pierwsze, nieśmiałe próby badania również z gruntu najważniejszego dla tego całego zagadnienia fenomenu UFO.

Dane zostały uzyskane od Kazimierza Bzowskiego, kierownika Grupy Badań UFO z Warszawy

Artykuł pochodzi ze strony www.ufo.nano.pl

"Stary Folwark" na Paranormalium

Szkoła UFO w Rosji

 Rosyjscy badacze otwarli "Szkołę UFO" dla fascynatów zjawisk paranormalnych

              Rosyjscy ufolodzy otwarli szkołę, w której uczą ludzi, co robić, jeśli napotkają UFO oraz gdzie szukać istot pozaziemskich.
Szkoła UFO
               Zamieszanie spowodowane obserwacjami UFO w Togliatti w środkowej Rosji zaczęło się ubiegłego lata, gdy na polach za miastem pojawiły się kręgi w zbożu. Ogromne piktogramy w trawie przyciągnęły tuziny dziennikarzy i setki ciekawskich.
              W odpowiedzi na oczywiste żądania, miejscowi badacze UFO zdecydowali się na utworzenie szkoły, w której ludzie poznawaliby zjawiska paranormalne. Popularność istot pozaziemskich w Togliatti czyni z tej miejscowości idealnym miejscem dla takiej instytucji - podal w czwartek lokalny dziennik.

Wiemy o kilku miejscach w Togliatti, w których obserwacje UFO są bardzo częste, powiedziała przewodnicząca Komisji Ufologicznej Togliatti Tatiana Markowa w wypowiedzi dla dziennika "Ploszad Swobody".
Zbadaliśmy kilka najpopularniejszych tras przelotu latających spodków. Często odwiedzaliśmy miejsca, w których widziano UFO i zarejestrowalismy zjawiska, które widzieliśmy, mamy na przykład dużo materiałów filmowych przedstawiających tak zwane trójkąty belgijskie, które często goszczą nad naszym miastem.
              W szkole UFO specjaliści wygłaszają dla studentów wykłady na temat różnych typów anomalii, odpowiedniego zachowania w razie kontaktu z UFO i podstawowych wskazówek co do obserwowania UFO. Gdy przerobiona zostanie cała część teoretyczna, studenci wyjdą w teren, by praktykować swoje umiejętności.

Pod koniec kwietnia zabierzemy naszych studentów ze szkoły, by obserwować UFO, powiedziała Markowa.

Dodała jednak: Jakkolwiek nie zamierzamy zabierać ze sobą tłumów amatorów na obserwacje UFO tylko po to, by zaspokoić ich ciekawość. Oczekujemy, że nowicjusze poszerzą naszą mapę miejsc obserwacji UFO.

Źródło: MosNews, www.mosnews.com
Tłumaczenie: Ivellios

"Rosyjscy badacze otwarli "Szkołę UFO" dla fascynatów zjawisk paranormalnych" na Paranormalium

Junior majora Marcel o Roswell

Roswell: syn majora Marcela ujawnia prawdę

              W 1986 roku, leżąc na łożu śmierci, odchodzący major Jesse Marcel powiedział swojemu synowi: "Musisz przekazać światu prawdę o Roswell. Gdy wojsko nie będzie już trzymać na smyczy ciebie i twojej rodziny, proszę, ujawnij wszystko!".
              Major Jesse Marcel był głową wywiadu w Bazie Armii Powietrznej znajdującym się w Roswell w stanie Nowy Meksyk w USA. 7 lipca 1947 roku major Marcel został wysłany w celu zbadania doniesień o upadku niezidentyfikowanego obiektu na ranczu znajdującym się 120 kilometrów na północny zachód od bazy. Po zbadaniu miejsca upadku Marcel pojechał do domu, aby pokazać rodzinie to, co znalazł. Jesse Junior miał wtedy zaledwie 11 lat, ale żywo zapamiętał podekscytowanie ojca i widział i dotykał foliowatych materiałów, które według słów jego ojca rozrzucone były dookoła wraku. Był to lśniący i cienki papier, nie dało się go jednak rozerwać ani pociąć. Jesse Junior zachował w pamięci również to, jak jego ojciec próbował kawałki papieru poskładać. Była tam również długa na kilkanaście centymetrów belka pokryta hieroglificznym pismem i znakami. To naprawdę był przedmiot nie z tego świata.
              Po powrocie do bazy, przełożony majora Marcela, William "Butch" Blanchard polecił Marcelowi przesłanie materiału do Wright Patterson Air Base w Dayton, a następnie zatrzymanie się w Fort Worth w Teksasie w celu pokazania dziwnego odkrycia generałowi Rogerowi Ramey, dowódcy ósmego pułku Sił Powietrznych. Gdy Ramey dowiedział się, że Blanchard wydał komunikat prasowy stwierdzający odkrycie "latającego spodka" i że materiały zostały wysłane do Wright Patterson Air Base, natychmiast się wściekł i czym prędzej zwołał konferencję prasową. Marcel został sfotografowany z resztkami balona meteorologicznego w ręku i został zmuszony do przyznania w mediach, że resztki balona to jedyne, co odkryto w Roswell. Od tego momentu, wbrew tuzinom kolaborujących świadków z miejsca upadku, majora Marcela zmuszono do utrzymywania tego kłamstwa przez resztę życia.

Major Jesse Marcell podczas konferencji prasowejSłowa ojca nękały Jesse Marcela Juniora przez prawie dwadzieścia lat. Gdy nadeszła jego emerytura, gdy służyl w Iraku w 2004 roku, Jesse Junior zdecydował się rozpocząć pisanie. Po kilku miesiącach amerykańskie wojsko nie mogło już zmusić ani jego, ani też jego rodziny, do utrzymywania tajemnicy. Jesse Junior pamiętał zakłopotanie ojca, gdy ten został zmuszony wmawiać światu, że przedmiot, który zbadał, był tylko balonem meteorologicznym. Słynne zdjęcie jego ojca, klękającego i trzymającego resztki balonu meteorologicznego, było niesprawiedliwością, którą rodzina Marcela musiała cierpieć przez prawie sześćdziesiąt lat.

              Teraz, w momencie wydania książki "The Roswell Legacy", Jesse Junior wreszcie dochodzi swoich praw, a świat nareszcie pozna prawdę. Wraz ze wstępem napisanym przez znanego ufologa, Stantona Friedmana, ta książka rozwieje wszelkie wątpliwości.

"Świat czekał bardzo dlugo na ujawnienie prawdy o Roswell. Prawda stanowi doskonały środek leczniczy dla fałszywych proklamacji. Odzyskanie rozbitego spodka w Roswell jest jednym z najważniejszych przypadków w historii ufologii. Potrzebujemy więcej informacji od osób bezpośrednio włączonych w tą sprawę, a ta książka dostarcza dużo ważnego, nowego materiału", mówi Stanton Friedman.

www.mmdnewswire.com, czerwiec 2007
Tłumaczenie: Ivellios

"Roswell: syn majora Marcela ujawnia prawdę" na Paranormalium

Walter Haut o Roswell

Roswell: Co widział porucznik Walter Haut?

              Ponad sześćdziesiąt lat temu na jednej z pustyń USA miało miejsce zdarzenie, które do dziś budzi kontrowersje. Początkowo o tym wypadku donosili przedstawiciele armii USA, szybko jednak wycofali się z tego, twierdząc, że do żadnego upadku obcego obiektu nie doszło. Od tego momentu zdarzenie z Roswell stało się jedną z największych i najpilniej strzeżonych tajemnic USA.
Jesse Marcel
Major Jesse Marcel pokazuje w biurze materiał przywieziony z miejsca upadku tajemniczego obiektu. W latach osiemdziesiątych Marcel stwierdził, że materiał widoczny na zdjęciu nie jest tym, który przywieziono z miejsca upadku.

              Człowiekiem, który polecił podać do wiadomości publicznej informację o upadku UFO, był komandor mającej siedzibę w Roswell grupy 509, pułkownik William Blanchard. Tym, który kilka godzin później nakazał zdementować te informacje, był generał Roger Ramey, komandor 8 grupy z lotniska Fort Worth w Teksasie. Autorem obydwu notatek prasowych i osobą, która przekazywała wszystkie informacje środkom masowego przekazu, był oficer prasowy, porucznik Walter G. Haut. Jest on obecnie uznawany za jednego z najważniejszych świadków w sprawie incydentu z Roswell.
              Porucznik Walter G. Haut (1922-2005) w swojej pierwszej książce na ten temat ("The Roswell Incident") twierdził on, iż nie widział na własne oczy obiektu z Roswell, a jedynie przekazywał notatki prasowe. W kolejnej jednak publikacji ("UFO Crash at Roswell") wydaje się jednak zmieniać zdanie, twierdząc, że choć nie był naocznym świadkiem, to jednak usłyszał od pułkownika Jesse Marcela dokładny opis obiektu. Stwierdza tak również w wydanym w 1993 roku oświadczeniu, którego tłumaczenie umieszczam poniżej:

OŚWIADCZENIE Z 14 MAJA 1993
Przedrukowane zostało w książce: Karl Pflock, "Roswell in Perspective", 1994

Nazywam się Walter G. Haut

Mój adres to XXXXXXXX

Obecnie jestem na emeryturze.

W lipcu 1947 stacjonowałem w Bazie Sił Powietrznych w Roswell, pracując jako Urzędnik ds. Środków Masowego Przekazu. Około godziny 9:30 rano w dniu 8 lipca odbyłem rozmowę z pułkownikiem Williamem Blanchardem, dowódcą bazy, który stwierdził, że w jego posiadaniu znajduje się latający talerz UFO lub jego części. Powiedział, że pochodzi on z położonego na północny zachód [od Roswell] rancza oraz że oficer wywiadu, major Jesse Marcel, przekaże materiał drogą lotniczą do Fortu Worth.

Pułkownik Blanchard polecił mi napisać notatkę prasową dotyczącą operacji i dostarczyć ją do redakcji gazet oraz dwóch rozgłośni radiowych nadających w Roswell. Twierdził, iż chciał aby lokalne media otrzymały sposobność do przekazania tej informacji jako pierwsze. Udałem się najpierw do stacji radiowych KGFL oraz KSWS, a następnie do redakcji gazet "Daily Record" i wreszcie "Morning Dispatch".

Nazajutrz przeczytałem w prasie wypowiedź generała Rogera Ramey'a z Fortu Worth, jakoby przedmiot był balonem meteorologicznym.

Wierzę, iż pułkownik Blanchard widział materiał, ponieważ mówił przekonująco na temat tego, co to było. Niemożliwe było, aby pomylił go z balonem meteorologicznym. Nie istnieje możliwość, jakoby major Marcel również się mylił.

W 1980 roku major Jesse Marcel powiedział mi, że materiał widoczny na fotografii wykonanej w biurze generała Ramey'a nie był tym wydobytym ze szczątków [pojazdu].

Jestem przekonany, że odnalezione szczątki stanowiły pewien typ pojazdu z przestrzeni kosmicznej.

Nie otrzymałem jakiejkolwiek zapłaty za napisanie tego oświadczenia, prawdą jest również, iż są to fakty, które zapamiętałem najdokładniej.

Podpisano: Walter G. Haut
14 maja 1993

Podpis świadka:
M. Littell

Jesse Marcel
Pierwsza strona gazety "Roswell Daily Record" z informacją o odnalezieniu niezidentyfikowanego obiektu latającego niedaleko Roswell. Kilka godzin po ukazaniu się tej wiadomości armia amerykańska ją zdementowała, wyjaśniając, iż znaleziony obiekt to balon meteorologiczny

              Wkrótce po wydaniu tego oświadczenia Haut wraz z Maxem Littellem i Glennem Dennisem otworzył Międzynarodowe Muzeum i Centrum Badań nad UFO (International UFO Museum and Research Center).
              Prawdziwą burzę wśród badaczy i fascynatów ufologii wywołał Haut swoją wypowiedzią podczas wywiadu udzielonego Dennisowi Balthaserowi i Wendy Connors w 2000 roku (z zastrzeżeniem aby wywiad opublikowano dopiero po jego śmierci). Stwierdził wówczas, iż osobiście oglądał pojazd "pochodzenia pozaziemskiego" oraz znalezione w jego wnętrzu ciała załogi oraz iż brał udział w spotkaniu sztabu zajmującego się tą sprawą, na którym dyskutowano nad zatuszowaniem całego wydarzenia. Wówczas zapadła decyzja o zdementowaniu podanej wcześniej wiadomości o upadku pozaziemskiego obiektu. W trakcie wywiadu Haut wyrażał jednak swoją wiedzę bardzo niejasno, miał problemy z odtworzeniem wydarzeń i nie był w stanie przytoczyć dokładnych dat, nazwisk ani innych szczegółów. Jak mówi Frank Warren, jeden z badaczy, którzy oglądali nagrany wywiad, "często się powtarzał i zaprzeczał sobie i zdawał się przy co najmniej jednej okazji nie być świadomym zmian".

"Być może celowo unikał odpowiedzi na pytania i odpowiadał jedynie cząstkowo po powtórnych próbach uzyskania odpowiedzi", stwierdził Dennis Balthaser w pisemnym wywiadzie udzielonym serwisowi INFRA (dawny NPN). "W pisemnym pośmiertnym oświadczeniu opublikowanym niedawno i spisanym rzekomo w 2002 jest on bardzo dokładny w swych oświadczeniach. Wywołuje to kilka pytań, na przykład o to, kiedy je spisano, czy dokonał on tego sam, kto zadawał pytania i kierował komentarzami itd."
Walter Haut
Porucznik Walter Haut (zdjęcie z 1995 roku)

              W grudniu 2002 roku spisał i opieczętował oświadczenie, w którym podał więcej szczegółów dotyczących pojazdu, miejsca jego upadku, ciał załogi i tuszowaniu sprawy. Zastrzegł przy tym, że oświadczenie będzie mogło zostać opublikowane dopiero po jego śmierci (zgodnie z przysięgą, którą złożył wiele lat wcześniej w obecności pułkownika Blancharda). Haut zmarł w 2005 roku, oświadczenie zaś opublikowano po raz pierwszy w 2007 roku:
                                                                                    
OPIECZĘTOWANE OŚWIADCZENIE Z ROKU 2002
Opublikowane po raz pierwszy w książce: Tom Carey & Donald Schmitt, "Witness to Roswell", 2007

DATA: December 26, 2002
ŚWIADEK: Chris Xxxxxx
NOTARIUSZ: Beverlee Morgan

Nazywam się Walter G. Haut

Urodziłem się 2 czerwca 1922

Mój adres to 1405 W. 7th Street, Roswell, NM 88203

Obecnie jestem na emeryturze.

W czerwcu 1947 stacjonowałem w Bazie Sił Powietrznych w Roswell w stanie Nowy Meksyk, pracując jako Urzędnik ds. Środków Masowego Przekazu. Weekend między 4 a 6 czerwca spędziłem w mojej prywatnej rezydencji około 10 mil na północ od bazy, która znajdowała się w południowej części miasta.

Powiadomiono mnie, iż ktoś zgłosił znalezienie szczątków zestrzelonego pojazdu w poniedziałek 7 czerwca przed południem, kiedy to wróciłem do pracy. Powiadomiono mnie również, iż Major Jesse A. Marcel, szef wywiadu, został wysłany na miejsce przez komendanta, pułkownika Williama Blancharda, w celu zbadania szczątków.

Późnym popołudniem tego samego dnia dowiedziałem się, że pojawiły się doniesienia pochodzące od ludności cywilnej mówiące o podobnym zdarzeniu na północ od Roswell. Większą część dnia spędziłem na wykonywaniu moich zwykłych obowiązków, słysząc niewiele, jeśli w ogóle, na temat tych wydarzeń.

Rankiem we wtorek 8 czerwca pojawiłem się na rutynowym spotkaniu zespołu o 7:30. Prócz mnie byli tam również Blanchard, Marcel; kapral kontrwywiadu kapitan Sheridan Cavitt; pułkownik James I. Hopkins, oficer operacyjny; podporucznik Ulysses S. Nero, oficer uzupełnień; oraz szef Blanchard'a, brygadier generał Roger Ramey z bazy sił powietrznych Carswell w Fort Worth oraz szef jego zespołu, pułkownik Thomas J. Dubose. Głównym tematem dyskusji było opisywane przez Marcela i Cavitta ogromne rumowisko znalezione w Lincoln County, około 75 mil na północny zachód od Roswell. Blanchard dostarczył ponadto wstępną analizę dotyczącą drugiego miejsca ok 40 mil na północ od miasta. Na stole znajdowały się próbki pobrane ze znalezionego tam wraku. Były one niepodobne do jakiegolokwiek materiału, jaki kiedykolwiek w życiu widziałem. Kawałki przypominające metalową folię, cienkie niczym papier i do tego niezwykle trwałe, oraz kawałki pokryte niezwykłymi znakami na całej swojej długości przekazywane były z ręki do ręki, przy czym każdy je oglądający wygłaszał własną opinię na ich temat. Nikt nie był w stanie zidentyfikować pochodzenia szczątków.

Jedną z rzeczy, o których dyskutowaliśmy w trakcie tego spotkania było to, czy powinniśmy lub nie przekazać opinii publicznej informację o dokonanym znalezisku. Generał Ramey zaproponował pewien plan, który jak mniemam pochodził od jego szefostwa w Pentagonie. Uwaga opinii publicznej powinna zostać odwrócona z najważniejszego miejsca na północ od miasta i skierowana w inne miejsce. Zbyt wielu cywilów było zamieszanych w tą sprawę, a prasa zdążyła już o wszystkim poinformować. Nie poinformowano mnie na temat sposobu, w jaki mogłoby to zostać dokonane.

Około godziny 9:30 rano pułkownik Blanchard zadzwonił do mojego biura i podyktował notatkę prasową na temat znajdującego się w naszym posiadaniu latającego dysku, pochodzącego z rancza znajdującego się na północny zachód od Roswell, oraz że Marcel przekazał materiał do właściwego sztabu. Moim zadaniem było wysłać notatkę prasową do stacji radiowych KGFL i KSWS oraz do redakcji gazet "Daily Record" i "Morning Dispatch".

Wkrótce po wysłaniu notatki kabel telefoniczny rozgrzał się do czerwoności, moje biuro zostało zasypane telefonami z całego świata. Na moim biurku wyrosła góra wiadomości, zaś pułkownik Blanchard zasugerował, żebym zamiast obsługiwać całe zainteresowanie sprawą lepiej poszedł do domu i "schował się".

Zanim opuściłem bazę, pułkownik Blanchard zabrał mnie do Budynku 84 [AKA Hangar P-3], hangaru B-29 znajdującego się po wschodniej stronie pasa startowego. Zbliżywszy się do budynku spostrzegłem, iż był on bardzo silnie strzeżony tak na zewnątrz, jak i wewnątrz. Gdy wszedłem do środka, pozwolono mi przyjrzec się z bezpiecznej odległości przedmiotowi znalezionemu na północ od miasta. Miał on około 3,6 do 4,5 metra długości, szerokość była nieco mniejsza, wysokość wynosiła ok 1,8 metra, a pojazd był zbliżony kształtem do jaja. Oświetlenie było słabe, jednak powierzchnia obiektu wydawała się być wykonana z metalu. Nie zauważyłem okien, iluminatorów, skrzydeł, części ogonowej ani podwozia.

Również z pewnej odległości, dostrzegłem kilka ciał przykrytych brezentowym płótnem. Spod przykrycia wystawały jedynie głowy, nie mogłem rozpoznać u nich jakichś cech szczególnych. Głowy wydawały się być większe niż normalnie, a kontur widoczny pod płótnem sugerował rozmiar ciała 10-letniego dziecka. Później w swoim biurze Blanchard uniósł rękę na wysokość jakichś 1,2 metra, chcąc pokazać wysokość ciał.

Poinformowano mnie, iż ciała wydobyte z wraku pojazdu umieszczone zostały tymczasowo w kostnicy.

Zostałem również poinformowany, iż wrak nie był "gorący" (to znaczy radioaktywny).

Po powrocie z Fort Worth, Major Marcel opisał mi przewóz fragmentów wraku do biura generała Ramey'a i po powrocie z sali map odnalezienie szczątków balonu meteorologicznego i latawca radarowego, gdy nie było go w sali. Marcel był bardzo zdenerwowany tą sytuacją. Nigdy więcej nie mówił na ten temat.

Miałem możliwość co najmniej raz odwiedzić jedno miejsc [upadku nieznanego obiektu] w trakcie porządkowania terenu przez wojsko. Powróciłem do bazy z niektórymi ze szczątków, które później pokazałem w moim biurze.

Zostałem poinformowany, że dwa oddzielne zespoły badawcze będą przyjeżdżały w te miejsca każdego miesiąca w celu wykonania okresowych badań w poszukiwaniu jakichkolwiek pozostałych dowodów.

Jestem przekonany, iż to, co oglądałem, było pewnego typu pojazdem, a jego załoga pochodziła z innego świata.

Nie otrzymałem jakiejkolwiek zapłaty za napisanie tego oświadczenia, prawdą jest również, iż są to fakty, które zapamiętałem najdokładniej.

Podpisano: Walter G. Haut
Grudzień 26, 2002

Podpis świadka:
Chris Xxxxxxx


              Szczególnie ostatnie oświadczenie Hauta jest uznawane za jeden z najważniejszych ujawnionych dokumentów dotyczących zdarzenia z Roswell. Biorąc jednak pod uwagę stan Hauta w 2000 roku trudno uwierzyć w to, że był on w stanie samodzielnie napisać tak obfity w szczegóły dokument.

Opracowanie artykułów i tłumaczenie oświadczeń: Ivellios
Wypowiedzi badaczy zaczerpnięte z publikacji serwisu INFRA.org.pl

"Roswell: Co widział porucznik Walter Haut?" na Paranormalium