Pokazywanie postów oznaczonych etykietą katastrofa UFO. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą katastrofa UFO. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 11 grudnia 2011

UFO: Incydent z Kecksburga

UFO: Incydent z Kecksburga

Kecksburg UFO Incident
Rekonstrukcja wyglądu obiektu z Kecksburga

              Jednym z mniej znanych incydentów z UFO w roli głównej jest zdarzenie, które miało miejsce w Kecksburgu w amerykańskim stanie Pensylvania 9 grudnia 1965 roku. Tego dnia wieczorem zaobserwowano wielką ognistą kulę przelatującą po niebie nad sześcioma stanami w USA oraz nad Ontario w Kanadzie. Obiekt pozostawił za sobą długą smugę, a niedługo później mieszkańcy stanu Pennsylvania usłyszeli głośny huk. Kilka dni później media donosiły o upadku meteoru.
              Mieszkańcy małej miejscowości Kecksburg utrzymywali jednak, że w pobliskim lesie doszło do upadku jakiegoś nieznanego obiektu. Donoszono o obserwacji lądującego obiektu oraz ciągnącej się za nim smudze dymu. Mieszkańcy Kecksburga natychmiast zaalarmowali władze. Na miejsce ściągnięto straż pożarną. Strażacy donosili później, że znaleźli w lesie obiekt w kształcie żołędzia, wielkości dużego Volkswagena. Według relacji strażaków, obiekt posiadał wygrawerowane napisy w nieznanym języku, przypominające egipskie hieroglify. Na miejscu prawie natychmiast zjawiło się wojsko, które ogrodziło i zabezpieczyło teren dookoła znaleziska. Mimo, iż widziana była ciężarówka wywożąca z lasu jakiś duży ładunek, wojskowi uparcie twierdzili, że "nie znaleziono absolutnie nic".

Kecksburg UFO Incident

              Przedstawiciele Armii oświadczyli później, iż obiekt w rzeczywistości był dużych rozmiarów meteorem, nie uciszyło to jednak spekulacji co do pochodzenia obiektu. Pojawiło się kilka teorii próbujących wyjaśnić jego pochodzenie. Według jednej z nich, były to szczątki radzieckiego bezzałogowej sondy kosmicznej Wenera 4. Inna teoria głosiła, że obiekt był pochodzenia pozaziemskiego.
Kecksburg UFO Incident
Rekonstrukcja wyglądu obiektu z Kecksburga

              Sprawa incydentu z Kecksburga do dziś budzi zainteresowanie. W 2003 roku kanał telewizyjny Sci Fi Channel zasponsorował naukowe badanie obszaru lasu pod Kecksburgiem oraz notatek dokonanych przez członków Stowarzyszenia na rzecz Wolności Informacji (Coalition for Freedom of Information). Najbardziej znaczące było odkrycie uszkodzenia drzewa, datowanego na 1965 rok, w miejscu w którym miał wylądować obiekt. Odkrycie dostarczyło fizycznego dowodu potwierdzającego fakt, iż faktycznie w tym miejscu wylądował jakiś obiekt (jednakże niektórzy naukowcy sugerowali, że uszkodzenie drzewa mogło powstać w wyniku oblodzenia). Prócz uszkodzonego drzewa nie znaleziono jednak nic więcej. Naukowcy badający ten obszar wykluczyli upadek meteoru - po meteorycie niewątpliwie pozostałby duży krater, nie mówiąc o uszkodzeniach roślinności.
Kecksburg UFO Incident
Rekonstrukcja wyglądu obiektu z Kecksburga

              W 2003 roku Amerykańska Agencja Kosmiczna opublikowała około 40 stron dokumentów na temat incydentu z Kecksburga, nie wniosły one jednak nic nowego do sprawy. Istnieją jednak zapiski w Błękitnej Księdze Sił Powietrznych, mówiące, że trzy zespoły zostały wysłane w celu zbadania tajemniczego upadku pod Kecksburgiem. Jednak także z Błękitnej Księgi dowiadujemy się, że "nie znaleziono nic".
              W grudniu 2005 roku NASA wypuściła oświadczenie, w którym tym razem stwierdzono, że obiekt z Kecksburga był "rosyjskim satelitą". Rzecznik NASA, Dave Steitz, stwierdził w oświadczeniu, że zapiski poczynione w trakcie badania obiektu zaginęły. Oświadczenie NASA przeczy oficjalnym tłumaczeniom Sił Powietrznych, jakoby obiekt z Kecksburga był meteorem.
              Wciąż jednak istnieją wątpliwości co do faktycznego pochodzenia obiektu. Główny naukowiec NASA, Nicholas Johnson, stwierdził w wywiadzie w 2003 roku, że według mechaników badających obiekt w 1965 roku żadna z jego części nie została wykonana przez człowieka. Johnson stwierdził także, że w tym dniu nie zaobserwowano żadnego satelity wchodzącego w ziemską atmosferę.
              Doszło nawet do procesu sądowego mającego wymusić na NASA odtajnienie dokumentów dotyczących incydentu z Kecksburga. Podczas procesu Steve McConnell, oficer łącznikowy NASA, powiedział, że przynajmniej dwa pudła dokumentów dotyczących tego incydentu zaginęły bez śladu, zaś Steve Gordon, główny badacz tego zdarzenia, który badał to zdarzenie przez wiele lat, stwierdził: "Nie mam wątpliwości, że rząd wie o wiele więcej, niż ujawnił społeczeństwu".

Opracował: Ivellios

"UFO: Incydent z Kecksburga" na Paranormalium

Upadek UFO w Somalii

Upadek niezidentyfikowanego obiektu latającego w Somalii (21 marca 2007)

UFO              W pobliżu miejscowości Buulo Burde w Somalii zauważono tajemniczy obiekt przypominający wyglądem UFO lub satelitę. Tubylcy opisują, że obiekt spadł 21 marca w rejonie odległym o około 40 kilometrów od Buulo Burde (około 220 km od stolicy Somalii, Mogadishu). Według informacji przekazanych przez tamtejsze Radio Shabelle, obiekt zajmuje obszar o powierzchni stu metrów kwadratowych.

"Wieczorem w ostatnią środę nad naszymi głowami przeleciało duże urządzenie i chwilę później usłyszeliśmy głośny huk", powiedział Ilyas Ali, wieśniak mieszkający w pobliżu miejsca upadku obiektu.

Ilyas mówił o urządzeniu, że za dnia lśni, nocą zaś oddaje światło i wydaje dziwne odgłosy przypominające nieznany tubylcom język. Spadające urządzenie zabiło pasącego się nieopodal wielbłąda.

Mohammed Amiin, Radio Shabelle, 26 marca 2006
Tłumaczenie i opracowanie: Ivellios

"Upadek niezidentyfikowanego obiektu latającego w Somalii (21 marca 2007)" na Paranormalium

poniedziałek, 5 grudnia 2011

Katastrofa UFO w stanie Nebraska

Upadek UFO w stanie Nebraska w USA w roku 1884
...              Bardzo niewielu ludzi słyszało o miejscowości Max w amerykańskim stanie Nebraska. Pobieżne spojrzenie na stan Nebraska w programie Google Earth pokazuje, jak mała jest to miejscowość - to taka mała kropeczka w południowo-zachodniej części Nebraski. Miasteczko znajduje się 12 kilometrów od hrabstwa Dundy, a jego populacja wynosi 914 osób.
              Miało tu jednak miejsce w 1884 roku pewne interesujące wydarzenie. Gazeta "Nebraska Nugget" pisała wówczas: "Około 35 mil (57 km) na północny zachód od Benkelman w hrabstwie Dundy w dniu 6 czerwca [1884 roku] miało miejsce bardzo przerażające zjawisko. Prawdopodobnie John W. Ellis, trzech pasterzy i kilku kowbojów przyglądało się temu zjawisku. Zostali oni zaskoczeni przez przerażający warczący hałas, który usłyszeli nad swoimi głowami, a ich oczom ukazało się płonące ciało spadające lotem strzały na Ziemię. Obiekt upadł za pobliską skarpą, poza zasięgiem ich wzroku".
              Jeden z pasterzy, Alf Wiliamson, zapalił się w chwilę po tym, jak zbliżył się do pojazdu, który wskutek upadku spowodował powstanie w ziemi ogromnego pęknięcia. Pasterza zabrano do domu Ellisa, gdzie próbowano ugasić ogień. Na miejscu pojawił się inspektor W. E. Rawlins celem zbadania sprawy.
              Tak o całej sprawie pisała w 1887 roku gazeta "Nebraska State Journal": "Jeden kawałek, który wyglądał jak brzeszczot i był zrobiony z metalu przypominającego mosiądz, miał około 16 cali (40 cm) szerokości, 3 cale (7,5 cm) grubości i 3,5 stopy (105 cm) długości, został on wykopany przy pomocy łopaty. Ważył nie więcej niże 5 funtów (2,26 kg), był jednak tak mocny i gęsty, jak żaden znany obecnie metal. Wykopano również fragment koła z poobijaną obręczą, o średnicy siedmiu lub ośmiu stóp (2,43 m). Wydawał się on być zrobiony z tego samego materiału i był tak samo nadzwyczajnie lekki".
              Brak fizycznego dowodu oznacza, że takowy nie przetrwał do naszych czasów, zaś John Buder, badacz z Mutual UFO Research of Nebraska, twierdzi, że mieszkańcy hrabstwa Dunty boją się mówić o wydarzeniu z czerwca 1884. Większość śledztwa Budera stanowiły badania. Najpierw natknął się on na opis historii w przewodniku turystycznym po Nebrasce, później znalazł więcej informacji w wydawnictwach książkowych.

"Prowadzono wiele badań nad upadkami UFO", mówi Buder. "Ludzie, których pytałem o wydarzenie z 1884, raczej nie byli skłonni nazywać go żartem".

              Według Budera, był to drugi z upadków UFO upamiętniony w artykułach w gazetach z tamtych czasów. Gdy jednak historia ujrzała światło dzienne, wywołało to ogólnoświatową falę podobnych historii - jednych bardziej wiarygodnych, innych mniej.
              Jeden z takich upadków miał miejsce w 1897 roku w pobliżu Aurory w stanie Texas w USA, gdzie przypuszczalnie na miejscowym cmentarzu pochowane są cztery ciała istot pozaziemskich. Eyder Peralta, reporter z gazety Houston Chronicle, zbadał tą sprawę i do nieczego nie doszedł.
              Jednak to wypadek w Nebrasce był tym pierwszym, o którym kiedykolwiek doniesiono. Wkrótce po wydarzeniu w Max historia przybrała postać pewnego rodzaju mitologii.

"W ten sposób wszystkie fałszywe upadki UFO zdaję się mieć swój początek, swoje korzenie, w Max w Nebrasce", mówi Buder.

Ta historia stanowi zaledwie cząstkę bardzo słabo poznanej historii stanu Nebraska. "Jestem skłonny stwierdzić, że w Nebrasce żyje tylko kilkadziesiąt osób, które coś o tej sprawie wiedzą", mówi Buder.
W jaki jednak sposób pojazd zniknął, gdy tylko doszło do upadku? Co z kołem zębatym, które odpadło z pojazdu, gdy ten zbliżył się do ziemi? Czy ono również zniknęło?
              Legenda z Nebraski jest traktowana bardziej poważnie, niż większość podobnych historii. Alan Boye napisał w swojej ostatniej książce "The Complete Roadside Guide to Nebraska", że "oczywiście jest wielu ludzi, którzy nie wierzą w tą historię, i inni, którzy twierdzą, że jest to jeszcze jedna historia nierozpatrzona i z góry wyśmiewana przez sceptyków".
Jeśli chodzi o inne, podobne historie, John Buder sądzi, że pewne interesujące obiekty mogą być ukryte w dolinie rzeki Republican River w stanie Nebraska.

Na podstawie: Daily Nebraskan
Tłumaczenie i opracowanie: Ivellios

"Upadek UFO w stanie Nebraska w USA w roku 1884" na Paranormalium

sobota, 3 grudnia 2011

Junior majora Marcel o Roswell

Roswell: syn majora Marcela ujawnia prawdę

              W 1986 roku, leżąc na łożu śmierci, odchodzący major Jesse Marcel powiedział swojemu synowi: "Musisz przekazać światu prawdę o Roswell. Gdy wojsko nie będzie już trzymać na smyczy ciebie i twojej rodziny, proszę, ujawnij wszystko!".
              Major Jesse Marcel był głową wywiadu w Bazie Armii Powietrznej znajdującym się w Roswell w stanie Nowy Meksyk w USA. 7 lipca 1947 roku major Marcel został wysłany w celu zbadania doniesień o upadku niezidentyfikowanego obiektu na ranczu znajdującym się 120 kilometrów na północny zachód od bazy. Po zbadaniu miejsca upadku Marcel pojechał do domu, aby pokazać rodzinie to, co znalazł. Jesse Junior miał wtedy zaledwie 11 lat, ale żywo zapamiętał podekscytowanie ojca i widział i dotykał foliowatych materiałów, które według słów jego ojca rozrzucone były dookoła wraku. Był to lśniący i cienki papier, nie dało się go jednak rozerwać ani pociąć. Jesse Junior zachował w pamięci również to, jak jego ojciec próbował kawałki papieru poskładać. Była tam również długa na kilkanaście centymetrów belka pokryta hieroglificznym pismem i znakami. To naprawdę był przedmiot nie z tego świata.
              Po powrocie do bazy, przełożony majora Marcela, William "Butch" Blanchard polecił Marcelowi przesłanie materiału do Wright Patterson Air Base w Dayton, a następnie zatrzymanie się w Fort Worth w Teksasie w celu pokazania dziwnego odkrycia generałowi Rogerowi Ramey, dowódcy ósmego pułku Sił Powietrznych. Gdy Ramey dowiedział się, że Blanchard wydał komunikat prasowy stwierdzający odkrycie "latającego spodka" i że materiały zostały wysłane do Wright Patterson Air Base, natychmiast się wściekł i czym prędzej zwołał konferencję prasową. Marcel został sfotografowany z resztkami balona meteorologicznego w ręku i został zmuszony do przyznania w mediach, że resztki balona to jedyne, co odkryto w Roswell. Od tego momentu, wbrew tuzinom kolaborujących świadków z miejsca upadku, majora Marcela zmuszono do utrzymywania tego kłamstwa przez resztę życia.

Major Jesse Marcell podczas konferencji prasowejSłowa ojca nękały Jesse Marcela Juniora przez prawie dwadzieścia lat. Gdy nadeszła jego emerytura, gdy służyl w Iraku w 2004 roku, Jesse Junior zdecydował się rozpocząć pisanie. Po kilku miesiącach amerykańskie wojsko nie mogło już zmusić ani jego, ani też jego rodziny, do utrzymywania tajemnicy. Jesse Junior pamiętał zakłopotanie ojca, gdy ten został zmuszony wmawiać światu, że przedmiot, który zbadał, był tylko balonem meteorologicznym. Słynne zdjęcie jego ojca, klękającego i trzymającego resztki balonu meteorologicznego, było niesprawiedliwością, którą rodzina Marcela musiała cierpieć przez prawie sześćdziesiąt lat.

              Teraz, w momencie wydania książki "The Roswell Legacy", Jesse Junior wreszcie dochodzi swoich praw, a świat nareszcie pozna prawdę. Wraz ze wstępem napisanym przez znanego ufologa, Stantona Friedmana, ta książka rozwieje wszelkie wątpliwości.

"Świat czekał bardzo dlugo na ujawnienie prawdy o Roswell. Prawda stanowi doskonały środek leczniczy dla fałszywych proklamacji. Odzyskanie rozbitego spodka w Roswell jest jednym z najważniejszych przypadków w historii ufologii. Potrzebujemy więcej informacji od osób bezpośrednio włączonych w tą sprawę, a ta książka dostarcza dużo ważnego, nowego materiału", mówi Stanton Friedman.

www.mmdnewswire.com, czerwiec 2007
Tłumaczenie: Ivellios

"Roswell: syn majora Marcela ujawnia prawdę" na Paranormalium

Materiał z UFO

Roswell: odtworzono materiał, z którego zbudowano UFO!

              W 1947 roku w Roswell w USA miała miejsce najsłynniejsza katastrofa UFO. Na miejscu katastrofy znaleziono między innymi kawałki metalu (lub stopu), z którego zbudowany został pojazd Obcych. Był on cienki jak folia aluminiowa, lecz niezwykle wytrzymały. Nie dawał się pociąć ani porysować nożem, zaś zgięty sam wracał do swojego pierwotnego kształtu. Wówczas doniesienia o tym niezwykłym materiale oraz nieudane próby jego odtworzenia w laboratoriach potraktowano jako dowód, iż może nim dysponować tylko obca cywilizacja.
              Niedawno dokładnie taki sam materiał udało się uzyskać w ziemskich laboratoriach badawczych. Okazało się, że do jego wytworzenia nie są wcale potrzebne jakieś nieznane elementy. Chodzi tu jedynie o strukturę materiałową zwaną bezkształtnym metalem, odkrytą przez profesora Wiliama Johnsona z Caltech-Institut w Pasadenie (USA).
              Kluczowym elementem tego procesu jest nanotechnologia, czyli procesy zachodzące na poziomie atomowym. Polega to na zmienianiu struktury uporządkowania atomów w metalu. Powstaje wówczas cienka folia o niespotykanej wytrzymałości, w dodatku bardzo elastyczna. Upuszczona z wysokości 60 cm metalowa kulka odbija się od folii i przez jakiś czas "skacze" po niej w regularnym rytmie metronomu (w muzyce metronom to urządzenie "wystukujące" instrumentaliście rytm, np 120 uderzeń na minutę).
              Materiał znaleziony w Roswell składał się z dwóch metali: bizmutu i magnezu. Za pomocą techniki warstwowej w nieznany sposób zamieniał się on w pianę. Opierając się na tych doniesieniach, profesor Johnson stwierdził, że w badaniach metali przyszłość należy właśnie do techniki warstwowej.
               Omawiany materiał, który byłby stabilny, lekki i elastyczny, mógłby pełnić rolę ochrony przeciwogniowej. W dodatku nie paliłby się i miałby doskonałe własności tłumiące, doskonale nadawałby się więc do budowy statków powietrznych i kosmicznych. Przy zastosowaniu bizmutu w grę dochodziłyby dodatkowo własności antygrawitacyjne.

Opracował: Ivellios
Na podstawie KonteXtu

"Roswell: odtworzono materiał, z którego zbudowano UFO!" na Paranormalium

Walter Haut o Roswell

Roswell: Co widział porucznik Walter Haut?

              Ponad sześćdziesiąt lat temu na jednej z pustyń USA miało miejsce zdarzenie, które do dziś budzi kontrowersje. Początkowo o tym wypadku donosili przedstawiciele armii USA, szybko jednak wycofali się z tego, twierdząc, że do żadnego upadku obcego obiektu nie doszło. Od tego momentu zdarzenie z Roswell stało się jedną z największych i najpilniej strzeżonych tajemnic USA.
Jesse Marcel
Major Jesse Marcel pokazuje w biurze materiał przywieziony z miejsca upadku tajemniczego obiektu. W latach osiemdziesiątych Marcel stwierdził, że materiał widoczny na zdjęciu nie jest tym, który przywieziono z miejsca upadku.

              Człowiekiem, który polecił podać do wiadomości publicznej informację o upadku UFO, był komandor mającej siedzibę w Roswell grupy 509, pułkownik William Blanchard. Tym, który kilka godzin później nakazał zdementować te informacje, był generał Roger Ramey, komandor 8 grupy z lotniska Fort Worth w Teksasie. Autorem obydwu notatek prasowych i osobą, która przekazywała wszystkie informacje środkom masowego przekazu, był oficer prasowy, porucznik Walter G. Haut. Jest on obecnie uznawany za jednego z najważniejszych świadków w sprawie incydentu z Roswell.
              Porucznik Walter G. Haut (1922-2005) w swojej pierwszej książce na ten temat ("The Roswell Incident") twierdził on, iż nie widział na własne oczy obiektu z Roswell, a jedynie przekazywał notatki prasowe. W kolejnej jednak publikacji ("UFO Crash at Roswell") wydaje się jednak zmieniać zdanie, twierdząc, że choć nie był naocznym świadkiem, to jednak usłyszał od pułkownika Jesse Marcela dokładny opis obiektu. Stwierdza tak również w wydanym w 1993 roku oświadczeniu, którego tłumaczenie umieszczam poniżej:

OŚWIADCZENIE Z 14 MAJA 1993
Przedrukowane zostało w książce: Karl Pflock, "Roswell in Perspective", 1994

Nazywam się Walter G. Haut

Mój adres to XXXXXXXX

Obecnie jestem na emeryturze.

W lipcu 1947 stacjonowałem w Bazie Sił Powietrznych w Roswell, pracując jako Urzędnik ds. Środków Masowego Przekazu. Około godziny 9:30 rano w dniu 8 lipca odbyłem rozmowę z pułkownikiem Williamem Blanchardem, dowódcą bazy, który stwierdził, że w jego posiadaniu znajduje się latający talerz UFO lub jego części. Powiedział, że pochodzi on z położonego na północny zachód [od Roswell] rancza oraz że oficer wywiadu, major Jesse Marcel, przekaże materiał drogą lotniczą do Fortu Worth.

Pułkownik Blanchard polecił mi napisać notatkę prasową dotyczącą operacji i dostarczyć ją do redakcji gazet oraz dwóch rozgłośni radiowych nadających w Roswell. Twierdził, iż chciał aby lokalne media otrzymały sposobność do przekazania tej informacji jako pierwsze. Udałem się najpierw do stacji radiowych KGFL oraz KSWS, a następnie do redakcji gazet "Daily Record" i wreszcie "Morning Dispatch".

Nazajutrz przeczytałem w prasie wypowiedź generała Rogera Ramey'a z Fortu Worth, jakoby przedmiot był balonem meteorologicznym.

Wierzę, iż pułkownik Blanchard widział materiał, ponieważ mówił przekonująco na temat tego, co to było. Niemożliwe było, aby pomylił go z balonem meteorologicznym. Nie istnieje możliwość, jakoby major Marcel również się mylił.

W 1980 roku major Jesse Marcel powiedział mi, że materiał widoczny na fotografii wykonanej w biurze generała Ramey'a nie był tym wydobytym ze szczątków [pojazdu].

Jestem przekonany, że odnalezione szczątki stanowiły pewien typ pojazdu z przestrzeni kosmicznej.

Nie otrzymałem jakiejkolwiek zapłaty za napisanie tego oświadczenia, prawdą jest również, iż są to fakty, które zapamiętałem najdokładniej.

Podpisano: Walter G. Haut
14 maja 1993

Podpis świadka:
M. Littell

Jesse Marcel
Pierwsza strona gazety "Roswell Daily Record" z informacją o odnalezieniu niezidentyfikowanego obiektu latającego niedaleko Roswell. Kilka godzin po ukazaniu się tej wiadomości armia amerykańska ją zdementowała, wyjaśniając, iż znaleziony obiekt to balon meteorologiczny

              Wkrótce po wydaniu tego oświadczenia Haut wraz z Maxem Littellem i Glennem Dennisem otworzył Międzynarodowe Muzeum i Centrum Badań nad UFO (International UFO Museum and Research Center).
              Prawdziwą burzę wśród badaczy i fascynatów ufologii wywołał Haut swoją wypowiedzią podczas wywiadu udzielonego Dennisowi Balthaserowi i Wendy Connors w 2000 roku (z zastrzeżeniem aby wywiad opublikowano dopiero po jego śmierci). Stwierdził wówczas, iż osobiście oglądał pojazd "pochodzenia pozaziemskiego" oraz znalezione w jego wnętrzu ciała załogi oraz iż brał udział w spotkaniu sztabu zajmującego się tą sprawą, na którym dyskutowano nad zatuszowaniem całego wydarzenia. Wówczas zapadła decyzja o zdementowaniu podanej wcześniej wiadomości o upadku pozaziemskiego obiektu. W trakcie wywiadu Haut wyrażał jednak swoją wiedzę bardzo niejasno, miał problemy z odtworzeniem wydarzeń i nie był w stanie przytoczyć dokładnych dat, nazwisk ani innych szczegółów. Jak mówi Frank Warren, jeden z badaczy, którzy oglądali nagrany wywiad, "często się powtarzał i zaprzeczał sobie i zdawał się przy co najmniej jednej okazji nie być świadomym zmian".

"Być może celowo unikał odpowiedzi na pytania i odpowiadał jedynie cząstkowo po powtórnych próbach uzyskania odpowiedzi", stwierdził Dennis Balthaser w pisemnym wywiadzie udzielonym serwisowi INFRA (dawny NPN). "W pisemnym pośmiertnym oświadczeniu opublikowanym niedawno i spisanym rzekomo w 2002 jest on bardzo dokładny w swych oświadczeniach. Wywołuje to kilka pytań, na przykład o to, kiedy je spisano, czy dokonał on tego sam, kto zadawał pytania i kierował komentarzami itd."
Walter Haut
Porucznik Walter Haut (zdjęcie z 1995 roku)

              W grudniu 2002 roku spisał i opieczętował oświadczenie, w którym podał więcej szczegółów dotyczących pojazdu, miejsca jego upadku, ciał załogi i tuszowaniu sprawy. Zastrzegł przy tym, że oświadczenie będzie mogło zostać opublikowane dopiero po jego śmierci (zgodnie z przysięgą, którą złożył wiele lat wcześniej w obecności pułkownika Blancharda). Haut zmarł w 2005 roku, oświadczenie zaś opublikowano po raz pierwszy w 2007 roku:
                                                                                    
OPIECZĘTOWANE OŚWIADCZENIE Z ROKU 2002
Opublikowane po raz pierwszy w książce: Tom Carey & Donald Schmitt, "Witness to Roswell", 2007

DATA: December 26, 2002
ŚWIADEK: Chris Xxxxxx
NOTARIUSZ: Beverlee Morgan

Nazywam się Walter G. Haut

Urodziłem się 2 czerwca 1922

Mój adres to 1405 W. 7th Street, Roswell, NM 88203

Obecnie jestem na emeryturze.

W czerwcu 1947 stacjonowałem w Bazie Sił Powietrznych w Roswell w stanie Nowy Meksyk, pracując jako Urzędnik ds. Środków Masowego Przekazu. Weekend między 4 a 6 czerwca spędziłem w mojej prywatnej rezydencji około 10 mil na północ od bazy, która znajdowała się w południowej części miasta.

Powiadomiono mnie, iż ktoś zgłosił znalezienie szczątków zestrzelonego pojazdu w poniedziałek 7 czerwca przed południem, kiedy to wróciłem do pracy. Powiadomiono mnie również, iż Major Jesse A. Marcel, szef wywiadu, został wysłany na miejsce przez komendanta, pułkownika Williama Blancharda, w celu zbadania szczątków.

Późnym popołudniem tego samego dnia dowiedziałem się, że pojawiły się doniesienia pochodzące od ludności cywilnej mówiące o podobnym zdarzeniu na północ od Roswell. Większą część dnia spędziłem na wykonywaniu moich zwykłych obowiązków, słysząc niewiele, jeśli w ogóle, na temat tych wydarzeń.

Rankiem we wtorek 8 czerwca pojawiłem się na rutynowym spotkaniu zespołu o 7:30. Prócz mnie byli tam również Blanchard, Marcel; kapral kontrwywiadu kapitan Sheridan Cavitt; pułkownik James I. Hopkins, oficer operacyjny; podporucznik Ulysses S. Nero, oficer uzupełnień; oraz szef Blanchard'a, brygadier generał Roger Ramey z bazy sił powietrznych Carswell w Fort Worth oraz szef jego zespołu, pułkownik Thomas J. Dubose. Głównym tematem dyskusji było opisywane przez Marcela i Cavitta ogromne rumowisko znalezione w Lincoln County, około 75 mil na północny zachód od Roswell. Blanchard dostarczył ponadto wstępną analizę dotyczącą drugiego miejsca ok 40 mil na północ od miasta. Na stole znajdowały się próbki pobrane ze znalezionego tam wraku. Były one niepodobne do jakiegolokwiek materiału, jaki kiedykolwiek w życiu widziałem. Kawałki przypominające metalową folię, cienkie niczym papier i do tego niezwykle trwałe, oraz kawałki pokryte niezwykłymi znakami na całej swojej długości przekazywane były z ręki do ręki, przy czym każdy je oglądający wygłaszał własną opinię na ich temat. Nikt nie był w stanie zidentyfikować pochodzenia szczątków.

Jedną z rzeczy, o których dyskutowaliśmy w trakcie tego spotkania było to, czy powinniśmy lub nie przekazać opinii publicznej informację o dokonanym znalezisku. Generał Ramey zaproponował pewien plan, który jak mniemam pochodził od jego szefostwa w Pentagonie. Uwaga opinii publicznej powinna zostać odwrócona z najważniejszego miejsca na północ od miasta i skierowana w inne miejsce. Zbyt wielu cywilów było zamieszanych w tą sprawę, a prasa zdążyła już o wszystkim poinformować. Nie poinformowano mnie na temat sposobu, w jaki mogłoby to zostać dokonane.

Około godziny 9:30 rano pułkownik Blanchard zadzwonił do mojego biura i podyktował notatkę prasową na temat znajdującego się w naszym posiadaniu latającego dysku, pochodzącego z rancza znajdującego się na północny zachód od Roswell, oraz że Marcel przekazał materiał do właściwego sztabu. Moim zadaniem było wysłać notatkę prasową do stacji radiowych KGFL i KSWS oraz do redakcji gazet "Daily Record" i "Morning Dispatch".

Wkrótce po wysłaniu notatki kabel telefoniczny rozgrzał się do czerwoności, moje biuro zostało zasypane telefonami z całego świata. Na moim biurku wyrosła góra wiadomości, zaś pułkownik Blanchard zasugerował, żebym zamiast obsługiwać całe zainteresowanie sprawą lepiej poszedł do domu i "schował się".

Zanim opuściłem bazę, pułkownik Blanchard zabrał mnie do Budynku 84 [AKA Hangar P-3], hangaru B-29 znajdującego się po wschodniej stronie pasa startowego. Zbliżywszy się do budynku spostrzegłem, iż był on bardzo silnie strzeżony tak na zewnątrz, jak i wewnątrz. Gdy wszedłem do środka, pozwolono mi przyjrzec się z bezpiecznej odległości przedmiotowi znalezionemu na północ od miasta. Miał on około 3,6 do 4,5 metra długości, szerokość była nieco mniejsza, wysokość wynosiła ok 1,8 metra, a pojazd był zbliżony kształtem do jaja. Oświetlenie było słabe, jednak powierzchnia obiektu wydawała się być wykonana z metalu. Nie zauważyłem okien, iluminatorów, skrzydeł, części ogonowej ani podwozia.

Również z pewnej odległości, dostrzegłem kilka ciał przykrytych brezentowym płótnem. Spod przykrycia wystawały jedynie głowy, nie mogłem rozpoznać u nich jakichś cech szczególnych. Głowy wydawały się być większe niż normalnie, a kontur widoczny pod płótnem sugerował rozmiar ciała 10-letniego dziecka. Później w swoim biurze Blanchard uniósł rękę na wysokość jakichś 1,2 metra, chcąc pokazać wysokość ciał.

Poinformowano mnie, iż ciała wydobyte z wraku pojazdu umieszczone zostały tymczasowo w kostnicy.

Zostałem również poinformowany, iż wrak nie był "gorący" (to znaczy radioaktywny).

Po powrocie z Fort Worth, Major Marcel opisał mi przewóz fragmentów wraku do biura generała Ramey'a i po powrocie z sali map odnalezienie szczątków balonu meteorologicznego i latawca radarowego, gdy nie było go w sali. Marcel był bardzo zdenerwowany tą sytuacją. Nigdy więcej nie mówił na ten temat.

Miałem możliwość co najmniej raz odwiedzić jedno miejsc [upadku nieznanego obiektu] w trakcie porządkowania terenu przez wojsko. Powróciłem do bazy z niektórymi ze szczątków, które później pokazałem w moim biurze.

Zostałem poinformowany, że dwa oddzielne zespoły badawcze będą przyjeżdżały w te miejsca każdego miesiąca w celu wykonania okresowych badań w poszukiwaniu jakichkolwiek pozostałych dowodów.

Jestem przekonany, iż to, co oglądałem, było pewnego typu pojazdem, a jego załoga pochodziła z innego świata.

Nie otrzymałem jakiejkolwiek zapłaty za napisanie tego oświadczenia, prawdą jest również, iż są to fakty, które zapamiętałem najdokładniej.

Podpisano: Walter G. Haut
Grudzień 26, 2002

Podpis świadka:
Chris Xxxxxxx


              Szczególnie ostatnie oświadczenie Hauta jest uznawane za jeden z najważniejszych ujawnionych dokumentów dotyczących zdarzenia z Roswell. Biorąc jednak pod uwagę stan Hauta w 2000 roku trudno uwierzyć w to, że był on w stanie samodzielnie napisać tak obfity w szczegóły dokument.

Opracowanie artykułów i tłumaczenie oświadczeń: Ivellios
Wypowiedzi badaczy zaczerpnięte z publikacji serwisu INFRA.org.pl

"Roswell: Co widział porucznik Walter Haut?" na Paranormalium

Spisek w Roswell

Roswell sowieckim spiskiem?



Autorka Annie Jacobson i jej książka "Strefa 51"

              Fani science fiction od lat wierzą, że na pustyni w Nowym Meksyku rozbił się pojazd obcych oraz w to, że Amerykański rząd zatuszował sprawę odnalezienia zwłok nieznanych istot.
              Tak zwany ‘incydent w Roswell’ z 1947 zrodził masę teorii spiskowych. Jednak teraz pewna nowo wydana książka oferuje bardziej realistyczne, choć nie mniej dziwne wyjaśnienie tego zdarzenia, mieszając w nie dwóch sławnych zbrodniarzy XX wieku: Sowieckiego dyktatora Józefa Stalina i niesławnego, nazistowskiego „Anioła śmierci” – dr Josepha Mengele.
              Podczas potężnej burzy w czerwcu 1947 roku, nieznany obiekt rozbił się w pobliży rancza w Roswell w Nowym Meksyku.
              Wojskowa baza lotnicza w Roswell początkowo podała do wiadomości informacje o rozbiciu się ‘latającego dysku’, lecz kilka godzin później, po przybyciu na miejsce rządowych naukowców, zmieniono to stanowisko twierdząc, że rozbił się tam balon meteorologiczny. Incydent był mało rozpowszechniony w mediach jak i wśród opinii publicznej aż do lat, 70 kiedy to pojawiło się wiele książek i filmów dokumentalnych łączących ten wypadek z obcymi.

„Strefa 51”, nowa książka Annie Jacobsen, oparta jest na wywiadach z naukowcami i inżynierami, którzy pracowali w strefie 51, ściśle tajnej bazie testowej na pustyni Nevada.

              Książka ta obala również tezę o rozbiciu się statku obcych i wysnuwa teorię stalinowskiej inspiracji sławną adaptacją radiową „Wojny Światów” Orsona Wellsa, która wywołała masową histerię w Ameryce w 1938. Według „Strefy 51” początkiem spisku było zdobycie przez Związek Radziecki pod koniec wojny w Niemczech, Hortona Ho 229 – myśliwca mającego być poprzednikiem współczesnego bombowca – B2.
              Tu właśnie do akcji wkracza Mengele. Nazistowski doktor, który eksperymentował na więźniach obozu w Oświęcimiu i zbiegł do Ameryki południowej po wojnie, został podobno zwerbowany do stworzenia załogi ‘groteskowych lotników o dziecięcych rozmiarach’ w zamian za laboratorium do prowadzenia badań eugenicznych (nad zachowaniem ‘czystości rasy’ – przyp. Tłum.).
              W swojej książce Jacobsen twierdzi również, że samolot wypełniono 12 lub 13-letnimi dziećmi o wyglądzie ‘obcych’, według zamiaru Stalina, miały wylądować w Ameryce i wywołać histerie podobna do tej z 1938. Jednak samolot, który był sterowany z pokładu innej jednostki lotniczej, rozbił się i Amerykanie uciszyli całą sprawę.
              Według informatora Jacobsen, emerytowanego inżyniera firmy EG&G, która wykonywała większość ‘delikatnych’ projektów rządowych, twierdzi, że był członkiem ‘projektu Roswell’ w Strefie 51.
              Jacobsen pisze: „W rozbitym pojeździe odnaleziono ciała. Nie byli to kosmici. Nie znajdowali się oni na pokładzie z własnej woli. Byli oni ludzkimi królikami doświadczalnymi. Nienaturalnie drobnej budowy jak na pilotów, wydawali się być dziećmi. Każdy z nich miał poniżej 1,5 m wzrostu. Byli groteskowo zdeformowani, lecz deformacje te były jednakowe u wszystkich członków ‘załogi’, wszyscy mieli nadnaturalnie duże głowy oraz wielkie oczy. Dwoje z odnalezionych było rzekomo żywych lecz nieprzytomnych w momencie odnalezienia.” Inżynierowie EG&G powiedziano, że widok ciał byłby „szokującym i niemiłym przeżyciem”.
             Być może niezbyt zaskakująco, rzecznik Amerykańskich Sił Powietrznych stwierdził: „Nieznana jest nam jeszcze treść książki i z tej racji nie jesteśmy w stanie jej skomentować.”

Thomas Harding
Tłumaczenie i opracowanie: Pookie

"Roswell sowieckim spiskiem?" na Paranormalium

piątek, 2 grudnia 2011

Katastrofa UFO w Pennsylvanii

Pennsylvania - rozbity pojazd Obcych

              Clark McCIelland były dyrektor 3 Zespołu NICAP-u z Florydy powiadomił mnie 5 października 1979 roku pracował wówczas w Centrum Lotów Kosmicznych im, Kennedy'egojako członek programu Apollo o przypuszczalnej katastrofie UFO. Doszło do niej rzekomo 9 grudnia 1965 roku w pobliżu Kecksburga w stanie Pensylwania. McCIelland zebrał i porównał stare oraz nowe dane związane z tym zdarzeniem, które zawarł w poniższym opracowaniu przeznaczonym do tego raportu. Krótko przed zachodem słońca 9 grudnia 1965 roku zaobserwowano na niebie ognisty obiekt. Widziały go tysiące mieszkańców stanów Michigan, Indiana, Ohio, Zachodnia Wirginia, Pensylwania, Nowy Jork oraz prowincji Ontario w Kanadzie. W pewnym momencie w powietrzu nastąpiła eksplozja, wywołując kilka fal uderzeniowych, które odczuli piloci prywatnych i liniowych samolotów pasażerskich lecących nad stanem Michigan oraz położonym na wschód od Detroit jeziorem St. Clair. Piloci oraz znajdujący się na ziemi ludzie widzieli, jak w chwili wybuchu od świecącego obiektu coś się oderwało i spadło na ziemię w pobliżu Lapeer w stanie Michigan. Inne części tego obiektu spadły w pobliżu Elyrii w stanie Ohio oraz Midland w Pensylwanii. Reszta spadła na lesisty obszar w pobliżu Keksburga w południowo-zachodniej Pensylwanii. Analiza lotu tego nie zidentyfikowanego obiektu ujawnia zaskakujące fakty. Patrząc na mapę widać, że leciał on w linii prostej poczynając od Lapeer w Michigan i dalej przez jezioro St. Clair do Elyrii w Ohio.
              Przelatując nad Elyrią UFO zmienił kurs o 25 stopni, co wyklucza możliwość, że był to meteor lub bolid, jak to przedstawił dr Pauł Annear, wykładowca astronomii na Uniwersytecie Baldwin-Wallace'a. Jego wyjaśnienie zostało przyjęte z pełną aprobatą przez Pentagon, mimo iż dowody upadku szczątków obiektu wskazywały na lot wzdłuż zaobserwowanej trajektorii. Obliczenia wykazały, że UFO leciał prawdopodobnie na wysokości 40-60 mil [64-96 km], kiedy zauważono go po raz pierwszy nad stanem Michigan. Przyjmując, że znajdował się na wysokości 60 mil (96 km), mógł być bez trudu obserwowany od Indiany po Ontario. Ustaliwszy wszystkie odległości, z jakich świadkowie obserwowali świecący obiekt, stwierdzono, że leciał on z szybkością 17 mil na minutę, to jest 1020 mil na godzinę [1.640 km/godz.], czyli dużo wolniej od odnotowanych przez astronomów prędkości, z jakimi meteory spadają na ziemię, które wahają się od 27.000 do 144.000 mil na godzinę [43.445-231.700 km/godz.j. Mimo to dr Annear pospołu z Pentagonem uważają, że ten tajemniczy obiekt był meteorem. Kto tu kogo próbuje okpić? Istnieje jeszcze inna możliwość wyjaśnienia tajemnicy związanej z tym obiektem. Stało się to możliwe dzięki przeglądowi danych będących w posiadaniu mieszczącego się w Kolorado Dowództwa Obrony Powietrznej Północnej Ameryki (NORAD). 11 stycznia 1980 roku, Del Kinchey, rzecznik prasowy bazy, w której mieści się NORAD, wziął udział w przeglądzie zapisów dotyczących orbit satelitów i kosmicznego złomu pochodzących z dnia zdarzenia w Kecksburgu. W wyniku tego przeglądu ustalono, że 23 listopada 1965 roku Związek Radziecki umieścił na orbicie satelitę szpiegowskiego Kosmos-96. Już po 16 dniach, to jest 9 grudnia 1965 roku, czyli w dniu "katastrofy w Kecksburgu", opuszczono go bądź skierowano w gęste warstwy atmosfery. Wyniki dalszych badań na temat spodziewanego przez siły powietrzne czasu i miejsca upadku tego satelity podam w następnym opracowaniu.

              5 RAPORT t1R 2 Nawet jeśli przyjmie się to za oficjalne wyjaśnienie katastrofy w Kecks-burgu, wątpliwości pozostaną, bowiem każdy, kto choć trochę orientuje się w technice lotniczej lub kosmicznej, wie, że żaden satelita nie miał w roku 1965 możliwości zmiany kierunku lotu o 25 stopni podczas opadania na ziemię. Już w godzinę po upadku obiektu w pobliżu Kecksburga na miejscu zdarzenia pojawiła się duża liczba specjalistów wojskowych, którzy przybyli tam niemal w tym samym czasie, co policja stanowa oraz straż pożarna. Cała strefa została szybko otoczona, a gapiów przepędzono. Jeden z uzbrojonych oficerów powiedział wówczas rzekomo: "Nie wiemy, co to jest, ale w lesie znajduje się niezidentyfikowany obiekt latający". 11 stycznia 1980 roku przeprowadzono wywiad z Jamesem Mayesem, byłym zastępcą naczelnika straży pożarnej, oraz MeMnem Reese'em, byłym strażakiem ochotniczej straży pożarnej w Kecksburgu. Obaj towarzyszyli nie znanemu z nazwiska funkcjonariuszowi policji stanowej, z którym podeszli na odległość 75 jardów [68,5 m] od miejsca upadku. Twierdzą, że obiekt błyskał światłem. Nie mogą jednak podać, jak wyglądał. Obaj byli zgodni, że jego upadek nie wywołał pożaru. James Mayes przypomina sobie także, że wojsko urządziło na czas akcji siedzibę dowództwa w budynku straży pożarnej. Powiedział, że informacje były przekazywane do bazy lotniczej na zachód od Pittsburgha niewykluczone że do Wright-Patterson w Dayton w stanie Ohio. Informacja ta nie jest jednak całkowicie pewna z uwagi na wątpliwości w tej sprawie samego Mayesa.

              Powiedział ponadto, że widział, jak na zamknięty teren wjechała duża wojskowa ciężarówka i wywiozła stamtąd coś okrytego brezentem. Inni mieszkańcy tego terenu przypominają sobie, że słyszeli przejeżdżający tamtędy w nocy duży wóz ciężarowy. Sprawa z ciężarówką wydawała się niepewna, dopóki nie wypowiedział się na jej temat Robert Bitner, który w roku 1965 był dowódcą straży pożarnej. W czasie zdarzenia przebywał gdzie indziej i na miejsce upadku przybył nieco później niż jego strażacy, którzy dotarli tam razem z policją i wojskiem. Kiedy tam przyjechał, była późna noc. Zbliżając się do miejsca katastrofy widział wyjeżdżającą z lasu dziesięciotonową ciężarówkę wojskową. Na jej wierzchu spoczywał przykryty brezentem jakiś obiekt, który miał około 6 stóp [1,8 m] wysokości, 7 stóp [2,1 m] szerokości i 17 stóp [5,1 m] długości. Bitner stał w odległości około 25 stóp [7,5 m] od ciężarówki. Wokół niej stali pilnujący jej żołnierze. Po chwili ruszyła i razem z eskortą odjechała w nieznanym kierunku. Czy miejscem jej przeznaczenia była baza Wright-Patterson, czy też inny kompleks wojskowy? Jak dotąd nikt nie potrafi na to odpowiedzieć. W Kecksburgu niespadł żaden meteoryt ani jakikolwiek inny obiekt astronomiczny. Tego możemy być pewni. Być może dalsze badanie pozwoli ustalić, czy miało to cokolwiek wspólnego z Kosmosem-96, który wrócił na ziemię 9 grudnia 1965 roku. A może jednak był to pojazd obcych. Posiadane informacje jak na razie przemawiają właśnie na korzyść tej teorii. Jestem pewien, że wojsko odnalazło tam coś ważnego, co do dzisiaj stanowi pilnie strzeżoną przez nie tajemnicę.

Artykuł napisany przez Leonarda H. Stringfielda

Artykuł pochodzi ze strony www.ufo.pl
"Pennsylvania - rozbity pojazd Obcych" na Paranormalium

O Roswell

O Roswell - dr Jan Pająk

              Jak wiadomo niektórzy amerykanie nabyli osławionej już w świecie tendencji do "posiadania" u siebie wszystkiego "naj", co tylko dostępne jest na tej planecie, czy nawet w całym wszechświecie. Symbolicznym wyrażeniem tej tendencji do przewodzenia są m.in. fabuły ostatnio nakręcanych filmów amerykańskich. W przeciwieństwie do starszych filmów, gdzie ciągle uznawane było przez nich równorzędne partnerstwo innych krajów (np. patrz film "Bliskie spotkania trzeciego stopnia" w którym ciągle oddano należyty kredyt zaawansowaniu francuskich badań UFO), bardziej nowe filmy amerykańskie zaczynają promować obraz świata w którym jeśli coś ważnego się przydarza, koniecznie musi to nastąpić w USA - przykładowo patrz "Indiana Jones" - zgodnie z którym nawet biblijna "Arka Przymierza" znajduje się teraz w USA, czy "Stargate" - zgodnie z którym tylko wojskowi w USA posiadają urządzenie teleportacyjne (tzw. "Stargate") zdolne przerzucać ludzi i ładunki do kilku lokacji we wszechświecie. W duchu tej tendencji, od jakiegoś już czasu grupa żądnych sensacji osób rozdmuchuje pogłoski że w 1947 roku wehikuł UFO miał ulec katastrofie na pustyni koło miejscowości Roswell w stanie New Mexico. Zgodnie z nimi, USA ma jakoby być jedynym krajem na świecie jaki sekretnie znajduje się w posiadaniu zarówno samego wehikułu UFO, jak i ciał UFOnautów. Zawarta w nich idea, jak każdy trend społeczny, również została już podchwycona przez twórców filmowych i wyrażona w niedawnym filmie "Independence day". Na poparcie tych pogłosek, od czasu do czasu pojawiają się również różnorodne "dowody" które po sprawdzeniu ich pochodzenia zawsze prowadzą do jakiegoś anonimowego "poinformowanego" sprzedającego je entuzjastom badań UFO za znaczną sumę dolarów.
              Analiza zasadności tych pogłosek w świetle dotychczasowych badań eksplozji UFO koło Tapanui prowadzi jednak do żenujących wniosków. Zgodnie z nią, gdyby w Roswell faktycznie zaistniała katastrofa jakiegoś UFO, wtedy nie ma najmniejszych szans aby pozostały tam po niej jakiekolwiek fragmenty wehikułu czy ciała UFOnautów. Uszkodzenie bowiem pędników nawet najmniejszego UFO typu K3 musiałoby wyzwolić zawartą w nich energię magnetyczną, która z kolei spowodowałaby eksplozję o sile przekraczającej co najmniej odpowiednik jednej megatony TNT. W efekcie wehikuł odparowałby w całości, nie pozostawiając po sobie nawet najmniejszego śladu, nie wspominając już co stałoby się z ciałami UFOnautów. W świetle materiału zestawionego w niniejszej monografii [5/4] wynika więc jednoznacznie, że "Roswell incident" wcale nie był katastrofą UFO. Jeśli zaś faktycznie coś tam się rozbiło, zapewne był to jakiś aparat latający zbudowany na Ziemi i stąd nie przenoszący w sobie, tak jak wehikuł UFO, zasobów energii jakie po wyzwoleniu byłyby zdolne do odparowania jego konstrukcji. Najprawdopodobniej więc w Roswell uległ katastrofie jakiś eksperymentalny aparat latający budowany przez Amerykanów dla celów militarnych - przykładowo prototyp przejętego od Niemców dyskoplanu V7 "Belonzo" jakiego kształt był dosyć zbliżony do kształtu UFO, czy nawet dokładnie to co oficjalnie wyjaśnił rząd amerykański, t.j. eksperymentalny balon o charakterze militarnym. Aczkolwiek autor zainteresowany jest w popieraniu badań UFO, niniejszym czyni to jasne i jednoznaczne, że zgodnie z wskazaniami jego teorii i wynikami dotychczasowych badań, cały rumor i dmuchanina otaczające "Roswell Incident"; (1) są nastawione wyłącznie na sensacyjność i stąd nie mają nic wspólnego z rzeczowym dociekaniem prawdy, (2) są zbyt ubogie w materiał dowodowy w stosunku do przypadków o których wiadomo że zaistniały naprawdę, (3) ich skąpe szczegóły techniczne wykazują brak zależności z dotychczasową wiedzą na temat UFO (przykładowo wehikuły rysowane przez naocznych "światków" tego incydentu posiadają całkowicie błędne kształty jakie wcale nie zgadzają się z układem równań opisujących kształty UFO), (4) nie są spójne w żadnym punkcie z naszą obecną wiedzą na temat katastrof UFO (np. w Roswell brak było eksplozji, krateru, oraz magnetycznego lub telekinetycznego skażenia środowiska), (5) pozostają w jawnej sprzeczności z udowodniona wielowiekowym i niemal bezbłędnym działaniem na Ziemi, wysoką operatywnością, sprawnością organizacyjną, inteligencją i technicznymi możliwościami UFO, szczególnie zaś z ich ogromnie zaawansowaną technologią umożliwiającą natychmiastowe zlokalizowanie szczątków swoich wehikułów i odzyskanie ciał swoich kamratów, (6) pozostają w jawnej sprzeczności z udowodnioną już zdolnością UFOnautów do podróży w czasie, i wynikającą z tej zdolności możliwości całkowitego zapobiegania przypadkowym katastrofom ich wehikułów, (7) są wyraźnie zbieżne z pogłębiającą się ostatnio tendencją niektórych Amerykanów do czysto propagandowego ukazywania ich kraju jako przewodzącego światowi na każdym możliwym polu, oraz (8) popierają interesy UFOnautów poprzez zasiewanie konfuzji wśród ludzi. Jako takie omawiane pogłoski są dalekie od prawdy i urągają rzeczowemu podejściu do badań UFO.
              W świetle powyższych wniosków, autor z wielkim zadowoleniem przeczytał artykuł Marii Giedz opublikowany w Dzienniku Bałtyckim, wydanie z dnia 31 grudnia 1996 roku, a dotyczącym kolejnej "katastrofy UFO" jaka podobno miała miejsce w Gdyni w środę dnia 21 stycznia 1959 roku około godz. 5 rano oraz powołującym się na wcześniejsze doniesienia w tym zakresie publikowane w Wieczorze Wybrzeża z dni 23 i 28 stycznia 1959 roku. Dowodzi on że "Polacy nie gęsi też swoją katastrofę UFO mają". Jeśli UFO było tak grzeczne aby rozbić się w Roswell, mogło także w Gdyni powtórzyć i dla nas tą samą atrakcję. Podobnie jak to było w przypadku Roswell, artykuł ten podaje że również w Gdyni po katastrofie odzyskane nie tylko zostały fragmenty wehikułu, ale także i ciało umierającego UFOnauty ubrane w srebrzysty kombinezon który dał się otworzyć jedynie nożycami do metalu. Zarówno wydobyte fragmenty UFO jak i ciało UFOnauty zabrać mieli wojskowi poczym wszelki słuch o nich zaginął (podobnie jak w przypadku Roswell, któregoś dnia zapewne się dowiemy że przechowywane są one starannie gdzieś w podziemiach sekretnej bazy koło Gorzowa). Cały zaś przypadek opisany ma być tzw. "białej księdze" kompletowanej w Dęblinie i udostępnianej wyłącznie do użytku wyższej kadry oficerskiej. Autor z zaciekawieniem wyczekuje wyników dalszych badań "incydentu Gdynia", bowiem wobec znacznie bardziej rzeczowego i realistycznego klimatu intelektualnego w Polsce, wyciągnięte z tego przypadku wnioski będą zapewne nie tylko konstruktywniejsze, ale także generalniejsze i stąd wyjaśniające całość zjawiska raportowanych ostatnio co jakiś czas "katastrof UFO".

Dr Jan Pająk
Tom 2 monografii Interpretacje i wyjaśnienia


Artykuł pochodzi ze strony www.paranormalium.pl
"O Roswell - dr Jan Pająk" na Paranormalium

Mroczny sekret upadku UFO w Roswell

Mroczny sekret szeryfa z Roswell ujawniony

              Rola, jaką odegrał szeryf z Chaves County w sprawie upadku UFO w Roswell w 1947 roku - choć bardzo ważna - nawet dziś nie jest do końca zrozumiana. Jest ona również w ogromnym stopniu niedoceniana. Gdyby George Wilcox szczęśliwie nie powiadomił tego dnia lokalnej bazy wojskowej o odkryciu przez ranczera niezwykłych szczątków z wypadku, prawdziwa natura wydarzenia mogłaby zostać szeroko rozpowszechniona. Szczegóły otaczające ten incydent mogłyby nigdy nie zostać ukryte - my zaś znalibyśmy wszystkie odpowiedzi na pytania, które dziś zadajemy sobie na temat tego wydarzenia.

              Pozaziemska rzeczywistość otaczająca Roswell, głębokie zaangażowanie szeryfa w incydent oraz waga jego tajemnicy ujawnione zostały przez:
- jego dwie córki
- jego wnuczkę
- jego dawnego sąsiada
- Braci z Roswell
- lokalnego przedsiębiorcę pogrzebowego
- zastępców szeryfa

Interesujące, że również żona szeryfa Wilcox'a miała swój wkład w sprawie incydentu w mało znanym pisemnym raporcie, który sporządziła potajemnie dla potrzeb historycznych. Sporządziła odręcznie szczegółowy opis zdarzenia krótko po incydencie - dokument jest aktualnie przechowywany przez historyków. Opowiada ona o nadzwyczajności tego dnia oraz oferuje nam podpowiedzi dotyczące doświadczeń jej męża oraz Roswell jako zdarzenia o naturze pozaziemskiej.

Przeciek Wilcoxa

              W lipcu 1947 roku George A. Wilcox był szeryfem w Chaves County. Gdy ranczer Mac Brazel przyszedł do biura szeryfa, przyniósł ze sobą odrobinę niezwykłych materiałów, które - jak mówił szeryfowi - znalazł na ranczu Fosterów. Brazel wrócił właśnie od Proctorów, którzy posiadali sąsiadujące ranczo. Floyd i Loretta powiedzieli Macowi, że powinien opowiedzieć szeryfowi o swoim odkryciu. Mac udał się więc do miasteczka. Nie wiedział, czym były te materiały i chciał się dowiedzieć, czy szeryf będzie w stanie je zidentyfikować i czy pomoże mu je pozbierać i wywieźć z rancza. Ktoś był za to odpowiedzialny, a Mac chciał, by Wilcox dowiedział się i zrobił coś w tej sprawie.

Wilcox nie miał pomysłu, czym były szczątki, które pokazał mu Mac. Sceptycy wskazują na zasadniczy fakt: WIlcox musiał być wystarczająco zakłopotany tym materiałem - i wystarczająco zainteresowany historią Maca - by natychmiast powiadomić żołnierzy stacjonujących w bazie, każąc im przy tym zbadać sprawę. Wilcox musiał mocno wierzyć, że wydarzyło się coś ważnego. Musiał usłyszeć lub zobaczyć coś tak alarmującego, że postanowił włączyć w to inne władze i skontaktować się z Bazą Sił Powietrznych w Roswell. Czymkolwiek było to, co Mac pokazał George'owi, z pewnością nie był to kawałek balonu ani też balonu festynowego, jak twierdził rząd. Wilcox był dobrze obznajomiony z każdego rodzaju balonami. Często spadały one na rancza hrabstwa, w którym służył. Nigdy nie przekazywał RAAF'owi czegokolwiek, co przypominałoby materiał z balonu.

Niemal natychmiast po telefonie od Wilcoxa do hrabstwa przyjechało wojsko. Jak później powiedziano pracownikom Straży Pożarnej w Roswell, wojskowi powiedzieli szeryfowi i jego zastępcom, że nie muszą opuszczać tego miejsca. Musieli jedynie przekazać sprawę oficerom w bazie. Jedna z córek Wilcoxa powiedziała później, że szeryf czuł, że posiada odpowiednie kwalifikacje i mimo że to do niego należało ostatnie zdanie w sprawie, został zmuszony do współpracy. Wierzyła, że gdyby miał to wykonać ponownie, najpierw opowiedziałby o wszystkim prasie i reporterom, bez angażowania w to wojska.

Córki szeryfa: Co nasz ojciec mówił o obcych

              George i Inez Wilcox mieli dwie córki, Phyllis i Elizabeth. Obydwie, wciąż żyjące, zamężne emerytowane profesjonalistki, były bardzo elokwentne. Obie również utrzymują, że ich ojciec był zaangażowany w mające naturę pozaziemską wydarzenie w Roswell w 1947 roku.
Phyllis (nazwisko McGuire) podzieliła się tym, co wie na temat swojej rodziny i jej zaangażowania tego dnia 1947 roku:

"Ojciec miał przy sobie jakieś materiały... nie wiedziałam, jakie... powiedział, że wysłał tam kilku swoich zastępców i że widzieli oni tam jakieś rzeczy. Widzieli zagrodę, w której znajdowały się jakieś materiały, zobaczyli też na trawie wypalony obszar wielkości boiska do piłki nożnej". Phyllis stwierdziła również, że dwóch funkcjonariuszy odnalazło "okopcony obszar", który wyglądał jak gdyby wylądowało na nim "coś wielkiego i okrągłego".

"Gdy w lokalnej prasie w Roswell przeczytałam artykuł na temat znalezionego tam latającego spodka, wybrałam się do jego [ojca] biura, by go o to zapytać. Zapytałam ojca, czy sądzi, że informacja o latającym spodku jest prawdziwa. Odpowiedział: 'Nie wiem, po co Brazel by się targał taki szmat drogi, gdyby tam nic nie było'. Powiedział, że Brazel wziął ze sobą trochę materiału, by go pokazać, i że materiał ten wyglądał jak cynfolia, gdy jednak go zwijał, materiał wracał do swojego pierwotnego kształtu. Czuł, że było to ważne odkrycie i wysłał tam swoich zastępców, by ci zbadali sprawę".

Phyllis McGuire
Phyllis McGuire, córka szeryfa Wilcoxa

Phyllis, jako świadek z pierwszej ręki, potwierdza istnienie "metalu z pamięcią kształtu" (który według niej był przechowywany w małym więziennym pomieszczeniu), który został przywieziony do miejscowego więzienia. Jest ona jedną z tych, którzy opisywali niektóre szczątki jako "pamiętające siebie" - dekady przed wynalezieniem stopów metali odzyskujących kształt.

McGuire opowiada, że podczas gdy mężczyźni dyskutowali nad ta sprawą, kazano jej wyjść z więzienia. Mimo, iż chciała dowiedzieć się czegoś więcej na temat znaleziska, ojciec nie powiedział jej nic. W końcu matka nakazała jej przestać wypytywać ojca o tą sprawę i "zostawić to w spokoju".

Phyllis przyznaje, że jej matka - aczkolwiek tylko jeden raz - krótko opowiedziała jej o zdarzeniu. Jak mówi, "Na początku lat siedemdziesiątych powiedziała mi więcej o tym, co się stało. 'Co to było?', zapytałam pewnego razu". "Kosmita", odpowiedziała Inez. Phyllis zapytała następnie "Czy były tam ciała?", na co Inez odpowiedziała "Tak, były tam ciała. Gdy ich znaleziono, jeden z nich jeszcze żył, ale w końcu umarł".

Phyllis opowiada dalej, co mówiła jej matka: "Mieli wielkie głowy i oczy, ale małe ciała. Moja matka powiedziała, że ojcu bardzo było ich szkoda. Odniosłam wrażenie, że niezbyt dobrze się nimi zaopiekowano i że traktowano ich jak wrogów. Mój ojciec opowiedział matce o wszystkim. Zawsze to wiedziała. Nie wspominała o nikim innym, kto byłby w to zaangażowany. Mówili, że zabiliby całą rodzinę". Na temat swojego ojca Phyllis mówi: "Myślę, że czuł się źle, nie mówiąc mi nic. Być może jednak próbował nas chronić".

Elizabeth, córka George'a Wilcoxa

          Druga córka Wilcoxa, Elizabeth (nazwisko Tulk), poświadczyła, co wie na temat tego zdarzenia:

"W lipcu 1947 roku odwiedziłam moich rodziców w Roswell w Nowym Meksyku. W dniu, gdy ja i mój mąż przyjechaliśmy, były tam jeepy i jacyś ludzie z sił powietrznych obecni byli w lokalnym więzieniu. Mój mąż, Jay, zapytał mojego ojca, co się dzieje. Ojciec odpowiedział: 'Cóż, ten człowiek tu przyszedł i mówił, że znaleziono ten latający talerz, i przyniósł z niego kawałek. Powiedział, że wokół znalezionego materiału trawa wyglądała jak gdyby była wypalona".

"Moja matka przez całe lata nie mówiła nic o tym incydencie. Po latach jednak powiedziała 'Czy pamiętasz ten czas, gdy w Roswell znaleziono latający spodek?'. Czytałam napisany przez nią artykuł, w którym pisze, że do dziś nie wiadomo, czy to był latający spodek, ponieważ mojemu ojcu zabroniono w ogóle o tym mówić".

Tulk wskazuje na to, iż wierzy, że zastępcy szeryfa wybrali się na miejsce wypadku zanim w miejscowym więzieniu zjawili się wojskowi. Powiedziała, że przyjechali tam, nie znaleźli jednak samego miejsca wypadku. Ujawnili jednak wielki, mocno wypalony obszar w kształcie koła. Później, gdy zastępcy szeryfa próbowali się tam dostać, wojskowi otoczyli ten rejon i nie było już możliwości, by cokolwiek tam zobaczyć. Mąż Elizabeth, Jay, potwierdza to, co jego żona opowiedziała badaczom na temat zdarzenia z Roswell.

              Interesujący jest poruszony przez rodzinę Wilcoxa wątek dotyczący wypalonego miejsca. Inni (w tym oficerowie RAAF'u, Lewis Rickett i Chester Barton) również, niezależnie, wspominali o dużym przypalonym bądź wypalonym obszarze. Przedsiębiorca pogrzebowy, Glenn Dennis, również wspominał, że widział w bazie sił powietrznych metalowe fragmenty wystające z tyłu ciężarówek, które wyglądały na "spalone w wysokiej temperaturze". Ta "spalona wskazówka", o której mówi rodzina Wilcoxa, potwierdza, że mówili prawdę na temat incydentu. Rząd utrzymuje, że w Roswell rozbił się balon meteorologiczny. Taki balon nie jest w stanie jednak spłonąć i pozostawić na miejscu wypalonego koła.

Wnuczka szeryfa: Oni byli z kosmosu

              Barbara Wilcox Dugger jest wnuczką George'a i Inez Wilcoxów oraz córką Elizabeth Wilcox Tulk. Barbara mieszkała ze swoją babcią przez jakiś czas po śmierci George'a. Towarzyszyła swojej owdowiałej babci. Być może z uwagi na upływ czasu - oraz na bliskość i zaufanie, jakie wdowa miała wobec swojej wnuczki - w kwestii incydentu z Roswell Inez otwarła się przed Barbarą nawet bardziej, niż przed jej matką. Rodzina mówi o Inez jako o "Wielkiej Mamie" (Big Mom). Według wnuczki, pewnego dnia, gdy wspólnie oglądały telewizję, rozpoczął się program poruszający tematykę UFO. Barbara opowiada o tym, co powiedziała wówczas jej babcia:

"Barbaro, powiedz mi, czy wierzysz, że gdzieś w kosmosie istnieje życie?" Odpowiedziałam, "Wielka Mamo, przecież wiesz, że wierzę". Inez kontynuowała: "Muszę ci coś opowiedzieć. Musisz jednak obiecać, że nigdy nikomu więcej o tym nie powiesz. Proszę, zachowaj to dla siebie. Gdy to wszystko się wydarzyło, wojskowi przyszli do nas, do biura szeryfa, i oświadczyli, że jeśli my, to znaczy George i ja, kiedykolwiek komukolwiek w tej sprawie powiemy choć jedno słowo, wówczas zabiją nie tylko nad, ale i całą rodzinę". Barbara zapytała swoją babcię, czy wierzyła, że oni naprawdę spełnią taką groźbę. Inez odpowiedziała: "A jak myślisz?"

Barbara własnymi słowami opowiada, co babcia, prywatnie i niechętnie, opowiedziała jej:

"Babcia powiedziała, że ktoś przyjechał do Roswell i opowiedział jemu [George'owi] o tym wypadku. Mój dziadek wyruszył w to miejsce. Był wieczór. Znajdował się tam wielki wypalony obszar, dziadek ujrzał szczątki. Widział również cztery istoty z kosmosu. Jeden z tych małych ludzi jeszcze żył. Mieli oni wielkie głowy. Mieli na sobie ubrania prrzypominające jedwab. Po jego powrocie do biura moja babcia odbierała telefony z całego świata. Jeśli mówi, że to się stało, to znaczy, że to się stało. Moja babcia była bardzo lojalną obywatelką Stanów Zjednoczonych i wychodziła z założenia, że najlepiej dla interesu kraju będzie nie mówić o tym wydarzeniu... nie powiedziała nic". Barbara dodaje: "Mówiła, że to wydarzenie zaszokowało dziadka. Później już nigdy więcej nie chciał być szeryfem".

Żona szeryfa wyznaje: To był dobrze skrywany sekret

              W swoich archiwach Towarzystwo Historyczne Roswell przechowuje mało znany dokument, który jest naprawdę historycznej wagi. Napisany dekady temu, dokumnt ten jest podpisany przez Inez, żonę George'a Wilcoxa. Inez i George byli jak papużki nierozłączki. Mieszkali w domu powyżej więzienia, a Inez pomagała w prowadzeniu biura i asystowała George'owi w prowadzeniu operacji. Wiedziała to samo, co on.

Inez snuła wystarczająco dużo przemyśleń na temat incydentu z Roswell, by opublikować pewne szczegóły, których jej mąż nie mógł ujawnić. Fakt, że to zrobiła, pokazuje, iż wydarzenie to wywarło na nią trwały wpływ, oraz że sprawa Roswell była dyskutowana (a nawet dokumentowana w pamiętnikach) "przed całym rozgardiaszem" wywołanym przez publikację książek o Roswell na początku lat dziewięćdziesiątych.

              Jej opowiadanie, zatytułowane "Cztery lata w lokalnym więzieniu" (Four years in the county jail), opisuje życie policjanta i jego żony na sielskim Zachodzie. Inez sądziła, że być może jej opowiadanie zostanie pewnego dnia opublikowane w czasopiśmie typu Reader's Digest. W nieopublikowanym manuskrypcie Inez zawarła krótką (i cokolwiek tajemniczą) wzmiankę na temat wypadku:

"Pewnego dnia ranczer z północnej części miasteczka przyniósł ze sobą coś, co nazwał latającym talerzem. Z całych Stanów Zjednoczonych spływały doniesienia od osób, które twierdziły, że widziały latające spodki. Krążyły różne plotki, a to że spodek był z innej planety, czy też że latający nim ludzie spoglądali w dół, na nas. Tą dziwną machinę, budzącą grozę broń, wynaleźli Niemcy... Ponieważ nikt nie zaobserwował latającego talerza, pan Wilcox zawiadomił dowództwo w Bazie Sił Powietrznych Walker (dawniej należącej do RAAF'u) i opisał znalezisko. Zanim odłożył telefon, na miejscu pojawił się jakiś oficer. Szybko załadował obiekt na ciężarówkę, i wtedy był ostatni raz, gdy ktokolwiek go widział".

"W tym samym czasie rozdzwonił się telefon, z daleka dzwonili dziennikarze z Nowego Jorku, Anglii, Francji, a także przedstawiciele rządów i wojska, tak że rozmowy trwały 24 godziny na dobę. Nie rozmawiali z nikim innym, jak tylko z szeryfem. Oficer, który zabrał podejrzanie wyglądający pojazd, poinstruował jednak pana Wilcoxa, bo udzielał możliwie najmniej informacji i przekierowywał wszystkie rozmowy do bazy. Dobrze skrywany sekret".

              Oczywiście, według jej córek i wnuczki, Inez wiedziała dużo więcej, niż napisała w swoim szkicowym artykule. Być może jednak, na swój sposób, Inez pozostawiła wskazówkę dla historii. Inez zmarła w wieku 93 lat i przez dekady nosiła w sobie prawdę, która niewątpliwie była niemożliwie ciężka do zniesienia. Potwierdzając to, Phyllis, córka Wilcoxa, powiedziała: "Matka przelała na papier krótki opis tego, co stało się w 1947 roku, jak mniemam, pisząc to przed rozmową z nami na temat tego wydarzenia. Być może wciąż bała się o tym mówić, bardziej jednak obawiała się, że ta historia mogła być zapomniana".

Zastępcy szeryfa: Nie wiemy nic

              W sprawę incydentu z Roswell, za sprawą kilku osób, wplątanych było dwóch zastępców Wilcoxa. Wyruszyli oni, by obejrzeć miejsce wypadku i ujrzeli dziwny, wypalony obszar oraz otaczający to miejsce kordon wojska. Zastępcy szeryfa, B. A. "Bernie" Clark (który również spisał pierwszy raport od ranczera Maca Brazela, opisujący odkryte szczątki) i Tommy Thompson, zarówno przed własnymi rodzinami jak i przed wypytującymi badaczami wstydzili się odpowiadać na jakiekolwiek pytania tyczące się upadku obiektu w Roswell.

              Tommy Thompson (obecnie już nieżyjący), zapytany pewnego razu o incydent z Roswell i jego zaangażowanie w tą sprawę, odpowiedział: "Nie chcę zostać zastrzelony". Nie jest do końca jasne, o co mu wtedy chodziło. Thompson powiedział badaczowi, że "tego dnia nie było go w biurze" w czasie, gdy wydarzył się wypadek. Potwierdził jednak jedną rzecz: po tym wydarzeniu jego przełożony, George Wilcox, był "wykończony, wyniszczony". W rzeczy samej, Wilcox nigdy nie chciał być ani nie kandydował ponownie na urząd szeryfa w hrabstwie.

Drugi zastępca, B. A. Clark (również już nieżyjący), w podobny sposób nie puszczał pary z ust na temat tej sprawy. Nawet swoim synom, George'owi i Charlesowi Clarkowi, mówił o niej bardzo niewiele, nawet pomimo tego, iż wiedzieli oni, że ich ojciec był wówczas na miejscu. Co mogło uciszać tych dwóch stróżów prawa nawet dziesiątki lat po incydencie?

Sąsiad zza ściany: George się zmienił

              Ta autorka była w roku 1947 sąsiadką rodziny Wilcoxów. Rogene Cordes, wraz ze swoim mężem, oficerem RAAF'u, mieszkała "kilka drzwi dalej" od George'a Wilcoxa. Pracowała wówczas w jednym z banków w Roswell jako doradca.

Nawet dziś Rogene (obecnie na emeryturze, po osiemdziesiątce) nie chce rozmawiać na temat zaangażowania Wilcoxa. Choć Rogene była szczera i bezpośrednia, gdy opisywała mi inne historie dotyczące zaangażowania i powiązania jej męża-generała ze sprawą Roswell, o tyle wydawała się bardzo niechętna komentowaniu szeryfa Wilcoxa. Powiedziała mi jedynie:
"George'owi i Inez WIlcoxom grożono, oni zaś obawiali się z sobie znanych powodów. Tak naprawdę nigdy nawet nie chcieli o tym dyskutować ani też rozmawiać na ten temat ze swoimi przyjaciółmi. Po tym wszystkim George zmienił się". To wszystko, co przekazała Rogene.

Bracia i grabarz: "Wilcox nas ostrzegał"

              Ruben Anaya mieszkał w Roswell w momencie upadku obiektu w 1947 roku. Był on również politycznym ochotnikiem, bardzo blisko współpracującym z ówczesnym gubernatorem stanu Nowy Meksyk, Josephem Montoyą. W latach dziewięćdziesiątych Anaya opowiedział badaczom swoją historię, jak to zawiózł Montoyę do bazy sił powietrznych w Roswell. Mantoya był wyraźnie poirytowany, gdy wrócił do samochodu swojego brata i opowiedział czekającym, że właśnie widział w hangarze istoty pozaziemskie i że ich statek powietrzny rozbił się na odludziu. Historia Anayi została szerzej omówiona w kilku książkach poświęconych Roswell.
George Wilcox
Szeryf George Wilcox odpowiada przez telefon na pytania dotyczące incydentu w Roswell
Tą historię z historią Wilcoxa wiąże pewien wątek. Jak wyjaśnia Ruben, gdy bracia wrócili do domu po odwiezieniu Montoyo do hotelu, w którym mieszkał, zastali niespodziankę - czekającego przed domem George'a Wilcoxa. Zastanawiali się, czego Wilcox od nich chciał, przyszli więc go przywitać. Wkrótce jednak stało się oczywiste, że nie była to zwykła towarzyska wizyta. Wilcox przybył tutaj z ostrzeżeniem. Powiedział im, że z polecenia wojska dostarczył im wiadomość, która miała być dla nich zrozumiała: Wilcox wiedział, że bracia odwiedzili wcześniej bazę. Zażądał od nich, aby nikomu nie mówili czegokolwiek na temat tego, co powiedział im w bazie gubernator Montoya.

Bardzo podobną historię przytoczył przedsiębiorca pogrzebowy Glenn Dennis, pracujący w czasie incydentu w Domu Pogrzebowym Ballarda w Roswell. Dennis jest bardzo dobrze znany fascynatom sprawy Roswell, ponieważ utrzymywał, że usłyszał od pielęgniarki, że ta widziała zwłoki ET w działającym przy bazie szpitalu. Dennis wspomina również o pewnym szczególe, który czasami w jego historii jest pomijany:

Dennis utrzymuje, że gdy wrócił z bazy do domu pogrzebowego, jego ojca odwiedził niedługo później szeryf George Wilcox. Wilcox i ojciec Dennisa byli bliskimi przyjaciółmi. Pomijając ten fakt, Wilcox dał jednak wyraźnie do zrozumienia, że jego wizyta nie zaliczała się do przyjacielskich. Stanowczo poinformował ojca Dennisa, że jego syn nigdy nie powinien mówić o tym, co niezwykłego widział lub co wydawało mu się, że widział lub słyszał w bazie. Ujawnienie czegokolwiek mogło nieść ze sobą poważne konsekwencje. Chciał, aby przekazał Glennowi, że nigdy ma o tej sprawie nie dyskutować.

Choć dziś pewne fragmenty historii Dennisa są przez niektórych badaczy poddawane w wątpliwość, istnieje niezależne potwierdzenie tej części relacji Glenna. Były badacz sprawy Roswell, John Price (mieszkający w tym miescie), w latach osiemdziesiątych podniósł tą sprawę w rozmowie z bratem-bliźniakiem Glenna, Bobem, który był również przyjacielem Price'a i który wyjaśnił, że w czasie upadku zagadkowego obiektu znajdował się daleko od tego miejsca. Z tego powodu nie mógł potwierdzić lub zaprzeczyć historii Glenna i zamiast tego, powiedział Price'owi, że "to zadanie Glenna, by mu o tym opowiedział". Bob stwierdził jednakowoż, że może potwierdzić jeden szczególny element historii Glenna, ponieważ osobiście wiedział, że to prawda:

Gdy wrócił do domu w 1947 roku, by odwiedzić ojca, ten wspomniał mu, że wcześniej George Wilcox przyszedł do domu "gorzej niż zdenerwowany" na Glenna oraz że ojciec zastanawiał się, w "jakiego typu problem" wpakował się Glenn. Nadmienił także, że Wilcoxowi towarzyszył zastępca Tommy Thompson. Powiedział, że Thompson nie chciał rozmawiać później na ten temat z badaczami, stwierdzając przy tym, że "nie chciał zostać zastrzelony" oraz że Wilcox był "załamany tymi wydarzeniami".

George Wilcox: Wstrząśnięty szeryf

              Na powyższym zdjęciu Wilcox wygląda jak "jeleń złapany w reflektory". Ta rzadka fotografia ukazuje Wilcoxa odpowiadającego przez telefon na pytania dotyczące incydentu z Roswell. Szeryf był wstrząśnięty. Został złapany "między skałą a twardym podłożem". Wilcox groził własnej rodzinie. Kazano mu również grozić innym rodzinom. Nieznośnym dla George'a było nagłe znalezienie się w takiej sytuacji.

Oczywiście, fragmenty historii Wilcoxa były już wcześniej wspominane w przeróżnych książkach. Tutaj zostało to jednak opowiedziane w szczegółach i "sklejone w całość" w prawdopodobnie najbardziej kompletny sposób, jaki kiedykolwiek zaproponowano. Został tu zawarty każdy znany element tej historii. Przedstawione zostały również nowe informacje, które dostarczają dodatkowego wglądu w to wydarzenie. Historia Wilcoxa wymaga dalszej uwagi, gdyż może to być najbardziej niesamowita historia potwierdzająca pozaziemską naturę wypadku z Roswell.

              Pod każdym względem ta historia jest wewnętrznie spójna. Mamy tu nadzwyczajne potwierdzenie w szczegółach. Zbyt wiele potwierdza zbyt wiele. Doprawdy niepojęte jest, że 10 ludzi (dwie córki, wnuczka, matka i wdowa, sąsiad zza ściany, dwóch zastępców, dwóch braci i grabarz) musiało kłamać w całej tej sprawie. Jeśli każdy z nich mówi prawdę, szeryf George Wilcox jest niewątpliwie postacią historyczną, która odegrała krytyczną rolę w historycznym zdarzeniu o naturze pozaziemskiej.

              Bardzo lubiany przed incydentem (i pewny kandydat na ponowny wybór na stanowisko szeryfa), Wilcox postanowił nie brać udziału w następnych wyborach. Z pewnością był przygnębiony tym wydarzeniem. Wiedział, że nie mógł znów startować. Widział zbyt wiele, kazano mu też zbyt wiele ukrywać. A to "brzemię wiedzy" o tym, że nie jesteśmy sami we wszechświecie, było po prostu zbyt wielkie dla zwykłego człowieka. Człowieka, który był szeryfem w małym miasteczku i który musiał marzyć o tym, by nie musieć ukrywać największego sekretu w historii.

Anthony Bragalia, The UFO Iconoclasts
Tłumaczenie i opracowanie: Ivellios

Artykuł pochodzi ze strony www.paranormalium.pl
"Mroczny sekret szeryfa z Roswell ujawniony" na Paranormalium

Katastrofa UFO w USA

Katastrofa UFO w USA

              Po moim drugim odczycie, jaki wygłosiłem 6 kwietnia 1978 roku na zjeździe członków stowarzyszenia Worid Wing, w którym uczestniczyło ponad 50 pilotów, zagadnął mnie jeden z jego członków, mówiąc, że zna osobę, która posiada informacje na temat szczątków UFO i jego załogi. Po tym sygnale postanowiłem bezzwłocznie skontaktować się ze źródłem jego informacji i 18 kwietnia 1978 roku przeprowadziłem rozmowę z byłym sierżantem sił powietrznych, M.S., z 97 skrzydła bombowego. Był przygotowany do przekazania mi poufnych informacji pochodzących z wysoko postawionego źródła w wywiadzie, które dotyczyły odnalezienia obcego pojazdu wraz załogą przechowywanego prawdopodobnie na terenie bazy Wright-Patterson. Opowiedział mi też zadziwiającą historię na temat lądowania UFO na terenie pewnej bazy w roku 1977 pochodzącą z tego samego źródła. Służąc w roku 1977 w bazie Wright-Patterson M.S. poznał bliżej generała-majora T. (jego nazwisko jest mi znane), który pracował w dziale logistycznym bazy. Jego ranga i zakres obowiązków upoważniały go do posiadania do własnej dyspozycji samolotu gotowego do lotu o każdej porze. M.S. i córka generała byli w sobie zakochani i często przebywali razem.

              To pozwoliło mu na przebywanie w domu generała i prowadzenie z nim prywatnych rozmów. To właśnie od niego dowiedział się o katastrofie UFO w południowej części Stanów Zjednoczonych w roku 1957. W owym czasie T. był podpułkownikiem. Według niego radar namierzył lecący z ogromną prędkością pojazd. Jego lor śledzony był aż do miejsca upadku. Rejon katastrofy, jak to w takim wypadku bywa, został odcięty od świata i strzeżony był przez żandarmów z psami. Z rozbitego pojazdu wydobyto z dużym trudem cztery ciała pilotów. Trudności te wynikały z kłopotów związanych z dostaniem się do wnętrza pojazdu. Ciała byty mocno spalone, niektóre tak bardzo, że pewne ich cechy zewnętrzne były nierozpoznawalne. Co ciekawe, srebrzyste kombinezony, które mieli na sobie, były nietknięte przez wysoką temperaturę, jaka musiała wytworzyć się wewnątrz pojazdu. "Ubiór zespolił się z ciałem" powiedział generał.

              Ciała mierzyły 5 stóp (1.5 m) wzrostu i wszystkie cztery zostały wystane do bazy Wrighr-Patterson, gdzie generał widział je później zamrożone w kostnicy. Ich głowy były nieproporcjonalnie duże w stosunku do reszty ciała. Cechy twarzy były nierozpoznawalne z powodu doznanych oparzeń. Sprowadzeni na miejsce katastrofy naukowcy, którzy mieli rozmontować pojazd, natrafili na poważne trudności. Aby wejść do środka skoncentrowali się na miejscu, w którym powstało pęknięcie spowodowane przypuszczalnie zderzeniem z ziemią. Po odpowiednim zakamuflowaniu przewieziono go do bazy pociągiem przy użyciu wagonów przeznaczonych do transportu rakiet. Przy innej okazji M.S. oznajmił mi, że generał pokazał mu jako swojemu gościowi "ściśle tajny" dokument dotyczący lądowania UFO, które miało miejsce w roku 1968 w bazie sił powietrznych Nellis w Nevadzie. Po jego przeczytaniu M.S. był mocno zaskoczony. Pamięta, że raport nosił pieczęcie "ściśle tajne". Z jego treści wynikało, że przez trzy dni nad tą bazą unosił się duży UFO. Po pewnym czasie oderwały się od niego trzy małe pojazdy, z których jeden wylądował na terenie bazy. Na jego powitanie wysłano pułkownika z silnie uzbrojoną eskortą. Raport nic nie wspominał o ataku na pojazd. W czasie oczekiwania na jakiś znak ze strony załogi pojazdu z jego wnętrza wyszedł "niski, przysadzisty" humanoid. Zaraz potem na pułkownika skierowany został promień światła, który z miejsca go sparaliżował. Jego zastępca wydał ochronie rozkaz otwarcia ognia, ale ich broń się zacięła.

              Następnie UFO odleciał i połączył się z dużym statkiem, który opuścił przestrzeń powietrzną bazy. Pułkownika przewieziono do szpitala. Jedynym, co pamiętał sprzed utraty przytomności, była jego chęć powitania tych istot i nawiązania z nimi kontaktu. KOMENTARZ Sprawdziłem, czy generał T. rzeczywiście stacjonował w bazie Wright-Patterson. W rejestrze nie było jego nazwiska, ale kiedy M.S. zadzwonił w obecności pewnej osoby do działu finansowego w bazie sił powietrznych Lowry położonej w pobliżu Denver w stanie Kolorado w celu uzyskania obecnego adresu generała, który był już na emeryturze, odmówiono mu, motywując to względami prywatności. Jego nazwisko znajdowało się jednak w ich rejestrze. Aby potwierdzić informacje na temat zdarzenia w Nellis, skontaktowałem się ze znajomym, który pracuje w wywiadzie. Potwierdził, że takie zdarzenie miało miejsce. W sierpniu 1978 roku M.S. próbował kilka razy bezskutecznie skontaktować się przez różnych przyjaciół z wojska z generałem. 28 września 1978 roku zadzwoniłem do pracodawcy M.S., aby sprawdzić pewne szczegóły z jego życia, a także rozmawiałem z osobą, która skontaktowała nas ze sobą. Dowiedziałem się od niej ze zdziwieniem, że trzy tygodnie wcześniej mój informator zrezygnował nagle z pracy. Człowiek ten powiedział mi także, że M.S, nabawił się w czasie służby pewnej choroby i pojechał na operację oraz leczenie do bazy Wright-Patterson. Od tego czasu mój kontakt z M.S. urwał się. Nie znam jego obecnego miejsca pobytu.

Leonard H. Stringfield

Artykuł pochodzi ze strony www.ufo.pl
"Katastrofa UFO w USA" na Paranormalium

czwartek, 1 grudnia 2011

UFO z Corony

Corona

              W lipcu 1947 roku podczas silnej burzy rozbił się niezwykły pojazd na ranczu J. B. Foster, na południowy wschód od Corony około siedemdziesięciu pięciu mil na północny zachód od Roswell w Nowym Meksyku. Nazajutrz wczesnym rankiem, zarządzający ranczem William "Mac" Brazel odkrył sporo dziwnych szczątków rozrzuconych na dość dużym obszarze. W kilka dni później pojechał do Roswell i powiadomił o znalezisku szeryfa George'a Wilcoxa. Ten z kolei skontaktował się lotniskiem wojskowym w Roswell, gdzie stacjonowała elitarna, 509. Grupa Bombowa, pierwsza na świecie lotnicza jednostka nosicieli broni atomowej. Major Jesse Marcel, oficer wywiadu w jednostce, oraz kapitan Sheridan Cayitt, oficer kontrwywiadu, udali się w towarzystwie Maca Brazcla pod wskazane miejsce. Tam odkryli sporych rozmiarów wrak. Marcel zeznał, że obszar o długości trzech czwartych mili i szerokości dwustu-trzystu stóp pokrywały ogromne ilości niezmiernie lekkiej i mocnej substancji. W 1979 roku Marcel powiedział dziennikarzowi Bobowi Prattowi: "Znaleźliśmy [...] kilka kawałków metalu, który trudno opisać. Nigdy czegoś takiego nie widziałem. Nadal nie wiem, co to było. Przytknąłem do niektórych kawałków zapalniczkę, ale w ogóle się nie paliły. Były tam jeszcze jakieś małe, twarde elementy, których nie można było zgiąć ani rozbić, ale nie przypominały metalu. Raczej drewno. Miały różne rozmiary [...] może trzy ósme na jedną czwartą cala. Żaden nie był zbyt długi. Najdłuższy liczył około trzech stóp, ale nic nie ważył. Nie miało się nawet wrażenia, że coś się trzyma w ręku zupełnie jakby to był kawałek drzewa balsa".




Major Jesse Marcel pokazuje kawałek rzekomego szczątka z Corony. Informacje w prasie donosiły, że katastrofa Ufo to nieprawda i że rozbiciu uległ balon pogodowy.

Marcel powiedział też, że na niektórych elementach dostrzegł dziwne dwukolorowe, "hieroglify", a także materiał przypominający pergamin, który się nie palił. W innym wywiadzie (w 1979 roku) Marcel opisywał, jak bezskutecznie próbował złamać lub naciąć ów niezwykle lekki i cienki metal. długi na dwie, szeroki na jedną stopę: "Próbowałem to złamać, ale się nie dało. Usiłowaliśmy nawet nacinać tę substancję szesnastofuntowym młotem kowalskim, nie pozostał jednak nawet ślad. [...]Można było to lekko zginać w tę i z powrotem, nawet się marszczyło, a później wracało do poprzedniej postaci. [...] Powiedziałbym, że to był jakiś metal o właściwościach plastiku". Marcel był przekonany, że substancja ta nie pochodziła z balonu meteorologicznego lub czaszy radaru. Teren wokół Corony został otoczony przez wojsko. Wszczęto intensywne poszukiwania resztek wraku. Baza w Roswell wydała dla prasy oficjalne oświadczenie, podpisane przez pułkownika Williama Blancharda, dowódcę 509. grupy bombowej. Walter Haut, w owym czasie oficer prasowy, powiedział udzielając mi wywiadu: "Pułkownik Blanchard zawezwał mnie do swego biura. Podał podstawowe fakty, które jego zdaniem powinny znaleźć się w serwisach informacyjnych [...] że mamy w posiadaniu latający spodek. Zarządca rancza przyniósł części do biura szeryfa.

              Materiał wysłano samolotem do generała Rameya, głównodowodzącego 8 Jednostki Sił Powietrznych". Majorowi Marcelowi polecono załadować szczątki wraku na B-29 (jeden z kilku samolotów, które podobno transportowały materiał z lotniska wojskowego w Roswell) i przesłać do badania w bazie Wright Field (obecnie baza lotnicza Wrieht-Patterson), w Dayton, w Ohio. Podczas międzylądowania w Fort Worth (później baza sił powietrznych Carswell), w Teksasie (dowództwo 8. Jednostki Sił Powietrznych), opiekę nad przesyłką przejął generał Roger Ramey. Zabronił Marcelowi i innym osobom znajdującym się na pokładzie samolotu rozmawiania na ten temat z reporterami. Wydano potem drugie oświadczenie dla prasy, w którym stwierdzono, że były to jedynie resztki balonu meteorologicznego i przyczepionej doń blaszanej czaszy radaru. Przedmioty te okazano podczas konferencji prasowej. Tymczasem prawdziwe szczątki przybyły pod uzbrojoną strażą do Wright Field. Marcel powrócił do Roswell. Brazela wojsko trzymało z dala od dziennikarzy przez prawie tydzień, dopóki nie zebrano najdrobniejszych kawałków wraku. Audycję informacyjną radia Albuquerque. podającą opisująca tę fantastyczną historię za prasą, przerwano, a radiostacja, która ją nadawała, a także inne rozgłośnie otrzymały zakaz kontynuowania programu: "Uwaga Albuquerque.. przerwać transmisję. Powtarzam: przerwać transmisję. Kwestia bezpieczeństwa narodowego. Nie transmitować. Czekać...

Artykuł pochodzi ze strony www.ufo.pl
"Corona" na Paranormalium

Artefakty z Roswell

Artefakty z Roswell: jak ukrywany jest dowód?

              Większość tego, co się pisze na temat katastrofy UFO w Roswell w 1947 roku, skupia się na samym wydarzeniu. Jeśli jednak taki wypadek miał miejsce, istniałoby zaangażowanie członków wojska i wywiadu. Pojazd, szczątki i ciała musiały być przechowywane i badane w następnych dekadach. Nawet dzisiaj musi na miejscu istnieć infrastruktura do przechowywania, zabezpieczenia i badania pojazdu i ciał. Kto jest w to zamieszany? Jak wielu osób potrzeba? Jak trudne jest utrzymanie w sekrecie fizycznych artefaktów największej tajemnicy w historii?

Nie tak dużo do ukrycia

              Fizyczne "następstwo" wypadku w Roswell nie było tak duże. Nie nastręczyłoby szczególnej trudności przechowywanie i ochrona "następstwa" katastrofy w Roswell. Wszyscy świadkowie twierdzą, że sam pojazd był nie większy niż 25 stóp. Donoszono o 3 do 5 ciałach. W dużej odległości rozsypane były szczątki pojazdu. Gdy jednak to wszystko pozbierano, mogło zajmować nie więcej niż powierzchnię równą jednemu pokojowi. Oczywista jest fizyczna zdolność do ukrycia tego, co tak naprawdę stanowi małą ilość dowodów rzeczowych. Logistyka byłaby łatwa do pokierowania. Szczątki pojazdu i ciała zostałyby z łatwością "zapakowane". Nie jest to jakaś ogromna ilość "stuffu", którą trzeba ukryć. Porównaj to z ekstremalnymi trudnościami towarzyszącymi "ukrywaniu" położenia, konstrukcji i działania tajnych instalacji bomb jądrowych lub tajnych baz sił powietrznych. Kilka ciał, mały pojazd i trochę metalu byłyby porównywalnie łatwe do przechowywania.

Przechowywanie fizycznych tajemnic Roswell wymagałoby włączenia trzech kluczowych elementów: Bezpieczeństwa, Nauki oraz Polityki wraz z Kontrolą:

BEZPIECZEŃSTWO:

Roswell              Ci, którzy budowali jakiekolwiek specjalistyczne pomieszczenia lub powierzchnie do przechowywania, których wymagały artefakty z Roswell, nie musieli wiedzieć, po co były one budowane ani co będzie w nich przechowywane. Musieli jedynie znać specyfikacje. Ci, którzy chronili i zabezpieczali te rzeczy, nie musieli wiedzieć, czego dokładnie chronią. Musieli jedynie znać procedurę operacyjną, wiedzieć kto ma prawo wstępu do pomieszczenia - oraz być przygotowanymi i wytrenowanymi do ochrony przed siłowym wtargnięciem.

          Kontrahenci obrony, którzy projektują i budują wysoce bezpieczne, klasyfikowane przechowalnie, rozumieją zasady narodowego i globalnego bezpieczeństwa. Ich inżynierzy i konstruktorzy często posiadają zezwolenia Top Secret z przeznaczeniem SCI (Informacje Wrażliwe). Często są sprawdzani "wykrywaczami kłamstw sprawdzającymi styl życia". Tacy kontrahenci, jak Bechtel, Parsons, URS, EG&G czy Battelle wykonują budynki i powierzchnie dla CIA, NSA oraz dla obszarów testowych w Strefie 51 i w Nevadzie.

              Prawdopodobnie artefakty z Roswell są przechowywane w instalacji podziemnej. Wszyscy ci kontrahenci są doświadczeni w zakresie projektowania i konstrukcji takich obiektów. Są również ekspertami w zakresie inżynieryjnie wyspecjalizowanych systemów przechowywania materiałów biologicznych, chemicznych i radioaktywnych. Zbudowali systemy kriogeniczne, "czyste pomieszczenia" i powierzchnie przechowawcze o kontrolowanym klimacie.

             Nie zadają zbędnych pytań, a jedynie wypełniają warunki kontraktu. Nie kwestionują celu, robią tylko to, co im powiedzą. Choć budowane przez nich przechowalnie mogą zawierać materiał nuklearny, zaawansowaną broń lub oprogramowanie i infrastrukturę informatyczną niezbędną dla zachowania bezpieczeństwa i obrony narodu, nie wiedzą, co będzie się znajdowało w budynkach, które tworzą.

              W podobny sposób prywatne firmy ochroniarskie, jak również rządowa ochrona wojska i wywiadu przechodzą wyczerpujące rozmowy, a nawet obrazowanie psychologiczne. Otrzymują również pozwolenia z napisem Secret lub Top Secret oraz regularnie są badani wykrywaczami kłamstw. Taki profesjonalny personel wie, że nie musi wiedzieć, co ochrania i ubezpiecza. Chronią takie przechowalnie oraz kontrolują wejście i dostęp do nich - nie znają jednak szczegółów, co ochraniają, aby efektywnie wykonywać swoją pracę.
NAUKOWCY:

Roswell              Badanie, przeprowadzanie eksperymentów, liczenie i odtwarzanie artefaktów wymagałoby zatrudnienia dużego personelu naukowego. Naukowcy byliby potrzebni do systematycznego opisywania i analizowania wszystkich faktów, które zostałyby wyprowadzone ze szczątków znalezionych na miejscu wypadku w celu sformułowania hipotezy i zaawansowanej wiedzy. Naukowcy zostali prawdopodobnie wybrani z laboratoriów wojskowych, Laboratoriów Państwowych USA oraz spośród kontrahentów obrony, których zespół naukowy posiadałby również wysokie pozwolenia w zakresie ochrony.

Zbadanie dwóch wyraźnie różnych elementów wypadku wymagałoby zatrudnienia dwóch grup naukowców: jedna grupa analizowałaby pojazd i jego szczątki, druga zajmowałaby się badaniem ciał.

Pojazd i jego szczątki

Metalurgowie i materiałoznawcy:

              Naukowcy posiadający te specjalizacje próbowaliby określić, z jakich materiałów został zbudowany pojazd. Badaliby domniemaną "pamięć metalu" i innych materiałów oraz przeprowadzaliby badania charakteryzacyjne w celu określenia właściwości i potencjalnych zastosowań. Posiadają oni przede wszystkim specjalistyczną wiedzę w zakresie badania natury różnych stopów, ceramik, kompozytów i polimerów. Takie badania byłyby przeprowadzane w makro-, mikro- i nanoskali. Obejmowałyby one również chemię materiałową, fizykę materiałową oraz dziedziny nauki molekularnej.

Fizycy:

              Naukowcy zajmujący się tą dziedziną badaliby związki pomiędzy materią, energią, czasoprzestrzenią, ruchem i siłą związanymi z pojazdem. Przy przeprowadzaniu tych badań stosowaliby zaawansowane zasady matematyczne. Zawierałyby one badanie mechaniki, optyki, elektryczności i magnetyzmu, akustyki oraz właściwości cieplnych pojazdu. Zastosowanie znalazłaby również teoria kwantowa, jak również fizyka atomowa, jądrowa, cząsteczkowa, plazmowa oraz fizyka kształtu.

Inżynierowie przestrzeni powietrznej:

              Potrzebni byliby inżynierowie posiadający duże doświadczenie w dziedzinie projektowania i budowy samolotów i pojazdów powietrznych. Badaliby zasadnicze technologie aerodynamiki pojazdu, moc, paliwo i napęd, strukturę i stabilność, a także jego systemy nawigacji i kontroli. Badania te pozwoliłyby na sprawdzenie wagi, nośności, głębokości i siły oraz zawierałyby pierwsze testy i uruchomienie.

Ciała

              Wydobyte ciała obcych istot byłyby przechowywane w specjalnie zaprojektowanych i dostosowanych do długiego zamknięcia i przechowywania pomieszczeniach. Te systemy przechowywania byłyby zaprojektowane w taki sposób, aby umożliwić pełny podgląd ciał. Znalazłyby zastosowanie technologie przechowywania wykorzystujące kriogenikę i specjalne gazy mające zminimalizować uszkodzenia komórek, tkanek i struktur.

Inspektorzy medyczni:

Roswell              Medycy specjalizujący się w krytycznej ocenie zwłok zostaliby sprowadzeni natychmiast po odkryciu katastrofy. Taka sekcja zwłok zostałaby przeprowadzona wcześnie i prawdopodobnie tylko jeden raz. Zawierałaby szczegółowe badanie martwych ciał, jak również selektywną szczegółową analizę. Choć zwykle sekcję zwłok przeprowadza się w celu ustalenia przyczyny śmierci, te autopsje miałyby również za zadanie sporządzenie wszechstronnego opisu nieznanych wcześniej układów i organów. Zostałyby pobrane próbki tkanek i komórek, które następnie przechowywane byłyby w celu wykonania dalszych badań przez innych pracowników.

Biolodzy eksperymentalni:

              Potrzebna byłaby również inna gałąź nauki i medycyny: biologia eksperymentalna. Biolodzy eksperymentalni sprawdzają, jak działają żywe układy. Często przeprowadzają podstawowe badanie (lub "czyste badanie") aby zwiększyć zrozumienie podstawowych zasad. Jest bardzo prawdopodobne, że pozaziemski układ życia jest pod wieloma względami w podstawowym aspekcie odmienny od systemu ludzkiego. Choć kosmici są humanoidami, nie są ludźmi. Z uwagi na unikalność ich organów, systemy i płyny w ciele wymagałyby dokładnego zbadania przez biologów eksperymentalnych.

Inni specjaliści badawczy:

              Takie badanie medyczne byłoby prowadzone interdyscyplinarnie i wielodyscyplinarnie. Wymagałoby również utrzymywania wysoce wykwalifikowanych i wyspecjalizowanych ekspertów w dziedzinie genetyki, chromosomów i DNA, nauki o komórkach, oraz mikrobiologii i wirologii. Zależnie od posiadanych przez medyków i biologów eksperymentalnych zdolności do szczegółowego opisania systemów życiowych, mogłoby być również wymagane zaangażowanie innych specjalistycznych dyscyplin. Mogłyby one zawierać fizjologów, neurologów, endokrynologów oraz histologów.

GŁÓWNA GRUPA KONTROLNA

Roswell              Jeśli są naukowcy badający ciała i szczątki pojazdu z Roswell - oraz istnieje infrastruktura bezpieczeństwa do przechowywania ich - wówczas niezbędne jest, aby istniała "główna grupa" tych, którzy "siedzą w temacie". Ludzie ci planują, administrują i dowodzą politykami i aktywnościami, które muszą towarzyszyć zarządzaniu fizycznymi dowodami z Roswell.

Grupa ta prawdopodobnie obejmuje dawny lub obecny wysoki personel wojskowy i wywiadowczy, który posiada długie historie działania w wysoce wrażliwych sprawach o znaczeniu ogólnoświatowym. Może ona zawierać osoby pracujące w quasi-publicznych "think tankach", jak również pracowników prywatnych kontrahentów obrony.

              Ponieważ odkrycie, transport i utajnienie zdarzenia z Roswell miało miejsce wiele lat temu, dziś "misja" byłaby dużo bardziej uproszczona. Polegałaby ona na "utrzymaniu" i fizycznym przechowaniu. Prawdopodobnie nie różniłoby się to od przechowywania innych ściśle tajnych materiałów, takich jak te dotyczące arsenału nuklearnego USA. Ta "główna grupa" wcale nie musi być duża. W rzeczywistości, najprawdopodobniej jest to bardzo mała grupa, która sama jest w wysokim stopniu oddzielona, oraz posiada obostrzenia dotyczące wewnętrznego dostępu.

DOSTĘP

Roswell              Tak naprawdę bardzo niewiele osób posiada uprawnienia do oglądania osobiście tych osób z innego świata. Tylko mała grupka ludzi poznała ich technologię. Taki dostęp przyznawany jest tylko tym, którzy muszą znać - i obserwować - pozaziemskie stworzenia. Możliwość kompromitacji, kradzieży lub potajemnej aktywności jest zbyt wielka. Prawdopodobnie takie zabezpieczone pomieszczenia ("Błękitne Pokoje") są otwierane tylko raz lub dwa w ciągu roku. Im rzadziej drzwi się otwierają, tym lepiej. Wnętrze - a także jego temperatura i inne warunki - jest prawdopodobnie monitorowane z daleka, z użyciem skomputeryzowanych systemów, instrumentacji oraz oprzyrządowania nadzorczego.

              Zezwalanie wielu osobom na fizyczny dostęp mija się z celem. Badanie pozostałości materiałów z Roswell takiego dostępu nie wymaga. Naukowcy zaangażowani w badanie pozaziemskich materiałów nie muszą być obecni osobiście. Badanie materiałów i ciał może być prowadzone "na odległość" poprzez dostarczanie tym naukowcom do wglądu w instalacjach bezpieczeństwa opisów technicznych, diagramów, zdjęć, mikrografów, filmów oraz obrazów 3-D. Nie muszą widzieć na własne oczy ani trzymać w ręce tych nieziemskich skarbów.

DLACZEGO BADANIE ISTOT I OBIEKTÓW POZAZIEMSKICH Z ROSWELL MOGŁO ZOSTAĆ WSTRZYMANE

Roswell              Może być tak, że obiekty pochodzenia pozaziemskiego są po prostu zbyt "obce”, aby mogły być efektywnie badane. Tkanki i struktury kosmity są do tego stopnia obce, że prawdziwe zrozumienie ich może być nawet niemożliwe. Posiadanie pojazdu, który o całe wieki wyprzedza nasze obecne pojmowanie technologiczne tak naprawdę nie niesie za sobą korzyści. Zestaw telewizyjny byłby dla jaskiniowca bezużyteczny. Nie byłby zdatny do użytku również przez współczesnego człowieka, gdyby nie wynalazł elektryczności lub systemu nadawczego.

              Może się zdarzyć, że zarówno pojazd jak i ciała są obecnie traktowane po prostu jako "naukowe ciekawostki". Mogą być postrzegane jako jedyne w swoim rodzaju "eksponaty muzealne". Być może, z powodu naszych ograniczeń technicznych, wszystkie dalsze działania rozwojowe zostały wstrzymane. Możliwe, że nie da się odtworzyć ani zastosować ich technologii. Może ona również nie dać się zanalizować. Jeśli nie jesteśmy w stanie określić jakiegokolwiek znaczenia czy wartości, ponieważ to wszystko jest tak zaawansowane i obce, to co mamy począć? Gdy każdy bit informacji zostanie zebrany i udokumentowany, to dokąd z tym pójdziemy? Może już nie być czego "badać". Być może osiągnęliśmy "punkt końcowy" lub impas w zakresie zdolności do dalszego zrozumienia artefaktów.

              Jest również bardzo możliwe, że pojazd pozaziemski jest tak zniszczony, że jakakolwiek analiza lub odwrotna inżynieria jest niemożliwa. Być może pozostały tylko rozbite resztki pojazdu i permanentnie zniszczone składniki i systemy. Może również obcy piloci zostali tak dotkliwie poranieni, że jakikolwiek istotny wgląd w ich fizjologię jest niemożliwy z powodu złego stanu ich ciał (z powodu fizycznego upadku, możliwego spalenia, wystawienia na działanie niesprzyjających elementów, czy też działania drapieżników).

KTO MUSI WIEDZIEĆ?

              Trzy kluczowe elementy służące zachowaniu w tajemnicy fizycznego dowodu z Roswell lo Bezpieczeństwo, Nauka oraz Kontrola i Polityka. W ciągu mijających lat pojawiają się ludzie, którzy są potrzebni do pilnowania i badania materiałów z Roswell oraz do zarządzania i kierowania polityką i dostępem.

              Przez ponad sześćdziesiąt lat od katastrofy wydaje się, że "przez sprawę" przeszły co najmniej trzy komplety personelu w każdej dyscyplinie. Wydaje się zrozumiałe, że zaangażowany personel ochronny, naukowcy i polityczna "grupa główna" stanowią posłuszną grupę, która przez długie lata służyła rządowi. Prawdopodobnie "zmieniali się" oni co dwadzieścia lat lub coś koło tego z powodu śmierci, przejścia na emeryturę czy też znalezienia nowej pracy.

Temu wszystkiemu przypiszę, co prawda spekulacyjnie, kilka liczb:
- być może w każdym czasie jest 50 inżynierów posiadających dostęp do szczątków i pojazdu z Roswell
- być może w każdym czasie jest, podobnie, około pięćdziesięciu naukowców mających w każdej chwili dostęp do zachowanych ciał
- być może jest pięćdziesięciu innych, których głównym zadaniem jest ochrona powierzchni, na której przechowywane są artefakty z Roswell
- jako "grupa główna", kolejnych pięćdziesięciu może zapewniać u wyżej wspomnianego personelu przeoczenie oraz zajmować się polityką, rekrutacją, strategią i koordynacją

Możemy co około 20 lat ekstrapolować tych zaledwie 200 osób, które "muszą wiedzieć". To mogłoby oznaczać liczbę około 600 osób, które mogły mieć potencjalnie dostęp do artefaktów i okazów pozaziemskich. Niewątpliwie jest to mała grupa - i bardzo łatwa do zarządzania.

W porównaniu do dziesiątek tysięcy osób, które w tajemnicy pracowały dla NSA (Narodowa Agencja Bezpieczeństwa USA) przez kilkadziesiąt lat, "utajnienie Roswell" mogłoby być relatywnie niewarte wysiłku!

TAJEMNICA NIE ZOSTAŁA DOTRZYMANA
Roswell              Choć prawdziwe ciała i szczątki z Roswell były trzymane z dala od opinii publicznej, nie było tak z samą pozaziemską naturą tego zdarzenia. Dzięki setkom odważnych osób, które mówiły o tym przez lata aby pomóc rozwiązać zagadkę, posiadamy obecnie wiele odpowiedzi. Roswell nie jest aż takim "największym kiedykolwiek utrzymywanym sekretem", ponieważ jest to największy sekret, który nigdy nie był dotrzymany. Zdolność do przechowywania fizycznego dowodu z daleka od nas stanowi najłatwiejszą część całej roboty. To właśnie w momencie odkrycia, odnalezienia i odzyskania tajemnica została ujawniona.

Anthony Bragalia
Tłumaczenie i opracowanie: Ivellios

Istnieje nadzieja, że nowo rozwijane informacje na temat fizycznych dowodów upadku przyniosą więcej odpowiedzi. Trwające dochodzenie prowadzone przez Anthony'ego Bragalię skupia się na publicznej identyfikacji miejsca, w którym artefakty z Roswell są ulokowane i przechowywane obecnie - oraz na otwartym wskazywaniu osób, które obecnie trzymają klucze do tych przechowalni z innego świata.

Artykuł pochodzi ze strony www.paranormalium.pl
"Artefakty z Roswell: Jak ukrywany jest dowód" na Paranormalium