Pokazywanie postów oznaczonych etykietą UFO nad USA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą UFO nad USA. Pokaż wszystkie posty

piątek, 16 marca 2012

UFO nad USA w 1952 roku

UFO nad USA w 1952 roku - latające spodki, czy efekt zjawisk pogodowych?

UFO nad Salem
Zdjęcie wykonane latem 1952 roku przez pracownika straży przybrzeżnej, przedstawiające UFO nad Salem w stanie Massachusetts w USA

              Na całym świecie co jakiś czas dochodzi do obserwacji fenomenu UFO. Jednym z ciekawszych takich przypadków w historii jest pojawienie się niezidentyfikowanych obiektów latających w USA w latach 50 – tych XX w.
              Niespełna sześćdziesiąt lat temu Ameryką wstrząsnęła niespodziewana fala UFO pojawiających się na rodzimym niebie. Wiele z nich zaobserwować można było na wschodnim wybrzeżu kraju, a część nawet w okolicach Białego domu w Waszyngtonie. Czy były to pojazdy pozaziemskie, których załoga chciała nawiązać kontakt z Ziemianami, czy może całą sprawę można wytłumaczyć np.: zjawiskami pogodowymi?
              12 lipca 1952 roku nad miastem Salem w stanie Massachusetts, doszło do niecodziennej manifestacji tajemniczych świateł pojawiających się na niebie. Całe zdarzenie zaobserwowane zostało przez dość duża rzeszę ludzi, w tym przez pilotów samolotów pasażerskich przelatujących w okolicach. Dziwne obiekty zarejestrowane zostały również przez naziemne radary na lotniskach, zarówno cywilnych, jak i wojskowych. W celu zidentyfikowania dziwnych świateł w powietrze poderwano samoloty F-94, lecz gdy tylko zdążyły one zbliżyć się do swego celu, UFO błyskawicznie zniknęło. Świadkowie obserwujący fenomen z ziemi opisywali obiekty jako pomarańczowe kule ognia, lub klastry czerwonego i białego światła. Sprawą osobiście zainteresował się sam prezydent Truman, który zażądał od sił powietrznych wyjaśnienia tej zagadki.
              28 Lipca dwóch generałów ze sztabu amerykańskich sił powietrznych, zwołało konferencję prasową w Pentagonie. Według nich, światła, które zostały zaobserwowane 12 Lipca, to nic innego jak wynik zjawisk pogodowych, polegających na uwiezieniu warstw ciepłego powietrza pod warstwą powietrza zimnego. Według nich proces taki może wywołać zjawiska świetlne widoczne nie tylko gołym okiem, ale również rejestrowalne przez radary lotnicze. Z dalekiej odległości światła mogą sprawiać wrażenie latających kul.
              Takie wyjaśnienia nie zadowoliły wszystkich. Wielu obserwatorów zwraca uwagę, iż operatorzy radarów byli zaznajomieni z różnymi zjawiskami pogodowymi i jest mało prawdopodobne, by popełnili takie pomyłki. Niestety do dziś nie udało się znaleźć odpowiedzi, która rozwiewała by wszelkie wątpliwości w tej sprawie. Jednakże historia UFO próbujących wylądować na trawniku przed Białym Domem przyczyniła się do zwiększenia świadomości Amerykanów w kwestii „latających spodków” i możliwości istnienia cywilizacji pozaziemskich.


Na podstawie: The Guardian

"UFO nad USA w 1952 roku - latające spodki, czy efekt zjawisk pogodowych?" na Paranormalium

Samolot pościgowy Mustang P-51 kapitana Mantella

Tajemnicza katastrofa samolotu kapitana Mantella

Thomas Mantell
              Kroniki zawierające raporty z obserwacji niezidentyfikowanych obiektów latających zawierają wiele zagadek, których nie udało się do tej pory rozwiązać. Jednym z najbardziej znanych i najdłużej badanych wydarzeń z udziałem UFO jest tajemnicza katastrofa lotnicza kapitana Thomasa Mantella.

              Historyk David Michael Jacobs stwierdził, że przypadek Mantella podzielił odbiór manifestacji UFO na dwie koncepcje : społeczną i rządową. Wcześniej, mass-media zazwyczaj traktowały raporty o obserwacjach UFO jako relacje ?charakterystyczne dla sezonu ogórkowego?. Zauważył on, że "faktem jest, iż tragiczna śmierć człowieka w wyniku spotkania z domniemanym latającym spodkiem spowodowała natychmiastowy wzrost społecznego zainteresowania owym zjawiskiem. Od teraz, nowa, dramatyczna perspektywa każe Nam myśleć o UFO w sposób następujący: Oni nie tylko mogą pochodzić spoza Ziemi, ale też mogą być naszymi potencjalnymi wrogami".
W dalszej części artykuł będzie przeplatany fragmentami zapisu rozmów między pilotami eskadry dowodzonej przez Mantella a wieżą kontrolną.

Katastrofa

              25-letni kapitan Thomas Mantell był doświadczonym pilotem. Spędził w powietrzu wiele swojego życia, ponad 2160 godzin. Miał na swoim koncie wiele odznaczeń, między innymi medal za udział w Bitwie o Normandię podczas II Wojny Światowej.
              7 stycznia 1948 roku kontrolerzy lotów na lotnisku w Fort Knox w stanie Kentucky (USA) otrzymali od patrolu przestrzeni powietrznej informację o niezidentyfikowanym obiekcie latającym. Jedne źródła mówią o trzech okrągłych błyszczących obiektach, inne podają, że obiekt był tylko jeden, którego kształt przypominał dysk z wypukłą kopułą. Obiekt przelatywał nieopodal jednego z miast stanu Kentucky (źródła wymieniają miejscowości Maysville, Louisville i Madison). Zaobserwowany przedmiot miał około 90 metrów średnicy i nadlatywał znad miasta Owensboro, po czym leciał w stronę miejscowości Irvington. Według innej wersji, podanej przez wieżę kontrolną Fort Knox, "latające spodki były wielkości gmachu Pentagonu, miały średnicę około 80 metrów i przybyły ze Związku Radzieckiego".
Thomas Mantell
Kapitan Thomas Mantell
              Bez względu na rozmiar obiektu, samo jego pojawienie na niebie niemalże w samym sercu USA, i to w dodatku tak blisko Fortu Knox (gdzie przechowywane są wszystkie zapasy złota USA), wywołało istną panikę.
              O godzinie 13:45 sierżant Quinton Blackwell zauważył obiekt będąc w jednej z wieży kontroli lotów w Fort Knox. Obserwacji tej dokonali również dwaj inni kontrolerzy. Dowódca bazy, pułkownik Guy Hix opisał przedmiot jako "bardzo jasny" i "[mierzący na] około jedną czwartą wielkości pełni księżyca. Przez lornetki obiekt wydawał się posiadać w swojej dolnej części jakąś czerwoną linię. Pozostawał pozornie nieruchomy przez około półtorej godziny".
              Niedługo potem obiekt dostrzegła zaalarmowana w międzyczasie przez Fort Knox załoga podległego tej bazie lotniska Godman Field.
              W powietrze wystartowały cztery Mustangi P-51. Pilotem jednego z nich oraz dowódcą eskadry był kapitan Mantell. Sierżant Blackwell przez cały czas pozostawał w kontakcie radiowym z pilotami. Zapis rozmów między pilotami a bazą Fort Knox został utrwalony na taśmie magnetofonowej.

15:00 Mantell: Jeszcze nic nie widzę. Skręcam w kierunku Ohio River Falls.
15:02 Mantell: Widoczność dobra. Jeszcze nic nie widać. Wysokość 9400 stóp [2865 metrów]. Idę w górę.
15:07 Hendricks: Kończy mi się paliwo. Proszę o zezwolenie na lądowanie.


              W jednym z samolotów kończyło się paliwo i pilot, podporucznik Hendricks, musiał szybko wylądować. Kapitan Sił Powietrznych Edward J. Ruppelt (pierwszy przewodniczący Projektu Błękitna Księga) uważa, że jeśli chodzi o słowa Mantella, to między kontrolerami lotu panuje pewna rozbieżność: jedni mówili, że Mantell opisywał przedmiot jako "metaliczny i o dużych rozmiarach", inni jednak twierdzili, że kapitan Mantell nigdy nie wypowiedział takich słów.
               W samym pościgu za niezidentyfikowanym obiektem Mantellowi towarzyszyło dwóch pilotów. Obaj zeznali później, że widzieli przedmiot, był on jednak na tyle mały i niewyraźny, że nie byli go w stanie zidentyfikować. Mantell ignorował sugestie pilotów, którzy proponowali wyrównać wysokość, by móc lepiej przyjrzeć się ściganemu obiektowi.

15:09 Mantell: Wysokość 10 400 stóp [3170 metrów]. Jeszcze nic.
15:11 Mantell: Już jest. W kształcie dysku. Olbrzymi. Trudno ocenić. Jakieś 70 metrów średnicy. Górna część obiektu ma pierścień i kopułę. Wydaje się, że błyskawicznie obraca się wokół pionowej osi. Wysokość 10 500 stóp [3200 metrów].
15:12 Hammond: Widzę też. Fotografuję. Mantell idzie prosto na niego. Obiekt jest dobre 1500 metrów nade mną. Próbuję podejść bliżej. Włączył się także lewy pilot.
15:14 Mantell: Jeszcze 900 metrów. Lecę niemal dwukrotnie szybciej. Dogonię go w każdym wypadku. Wygląda jak z metalu, błyszczy. Otacza się jasnym, żółtym światłem. Zmienia kolor. Czerwony. Pomarańczowy.
15:15 Mantell: Odległość nie więcej jak 350 metrów. Przyśpiesza. Próbuje uciec. Skręca w górę pod kątem 45 stopni.
15:16 Hammond: Mantell prawie go dosięgnął. Już tylko parę metrów. Dysk leci prędzej. Nie dogonię go. Mantell zniknął w chmurach. Proszę o zgodę na lądowanie.
15:17 Clemmons: Nie dam rady. Proszę o zezwolenie na lądowanie.

Thomas Mantell
Szczątki samolotu kapitana Mantella

              Jednemu z pilotów, podporucznikowi Albertowi Clemmonsowi (niektóre źródła podają nazwisko Clements), kończył się tlen. On i drugi z pilotów, podporucznik Hammond, zakończyli pościg na wysokości 6900 metrów, Mantell jednak leciał dalej.

15:18 Mantell: Przedmiot jest gigantyczny. Ma nieprawdopodobne przyspieszenie. Teraz...

              W tym momencie łączność radiowa nagle się urwała i przez prawie godzinę los kapitana Mantella był nieznany. Posiadany przez Mantella zapas paliwa pozwalał mu zaledwie na kilkanaście minut lotu. Jego samolot nie powrócił jednak do bazy. W Godman Field podjęto więc decyzję o wszczęciu akcji poszukiwawczej. Krótko po godzinie 16:00 natknięto się w odległości 130 mil od Madison na rozproszone na przestrzeni wielu kilometrów szczątki samolotu Mustang P-51.

Sam obiekt, który jeszcze przed chwilą ścigał kapitan Mantell, zniknął z pola widzenia około godziny 15:50.

              I tu właśnie, na katastrofie samolotu i na akcji poszukiwawczej, kończy się udokumentowane oficjalne sprawozdanie tragedii. Zaczynają się coraz bardziej sensacyjne, momentami niemiłosiernie bezsensowne domysły. Nie wiadomo do końca, które z tych wersji są oparte na autentycznych faktach, a które są jedynie produktem "fantazyjnej twórczości" ich autorów.

Różne wersje, różne wyjaśnienia

              Wersja podana przez wieżę kontroli lotów w Fort Knox głosi, że w chwilę po tym, gdy Mantell osiągnął wysokość 7600 metrów, z powodu braku tlenu stracił przytomność, a jego samolot zaczął gwałtownie spadać. Samolot rozbił się nieopodal gospodarstwa rolnego w miejscowości Franklin w stanie Kentucky.
              Niemiecki badacz, Johannes von Buttlar, twierdzi, że znaleziono ciało kapitana Mantella, i że strzałki na jego zegarku "zatrzymały się na godzinie 15:18" (tę niepotwierdzoną wersję jako pewnik podaje między innymi anglojęzyczna Wikipedia oraz niektóre serwisy ufologiczne). Najbardziej prawdopodobne jednak wydaje się, iż ciała Mantella w ogóle nie odnaleziono. Siła eksplozji mogła być na tyle duża, że ciało pilota po prostu przestało istnieć.
              Według badacza UFO, Morrisa Jessupa, samolot Mantella eksplodował na tak wiele części, że każdy ze znalezionych fragmentów nie przekraczał wielkości pięści, przy czym wszystkie były "podziurkowane jak rzeszoto". "Przyczyna mogła być tylko jedna", podaje Jessup. "Samolot zbytnio zbliżył się do latającego spodka i trafił w pole zjonizowanego powietrza".
              Następna wersja pochodzi od niejakiego inżyniera Scotta, który podobno na chwilę przed katastrofą znalazł się na lotnisku Godman Field. Według niego, ostatnie zarejestrowane na taśmie słowa Mantella brzmiały: "Wielki Boże, on jest gigantyczny, ma okna!". Według Scotta, w momencie, gdy nagranie dotarło do opinii publicznej, słowa te zostały skasowane bądź też wycięte.
              Jeszcze inna wersja wydarzeń głosi, że szczegółowe badanie wypadku przeprowadziła wieloosobowa komisja składająca się z naukowców oraz specjalistów wojskowych pod przewodnictwem astronoma, profesora Liddella. Komisja doszła do wniosku, że Mantell zaatakował ścigany przez siebie obiekt, a sam obiekt przyjął atak i zniszczył samolot. Orzeczenie tej komisji nigdy nie ujrzało światła dziennego.
Mustang P-51
Samolot pościgowy P-51 Mustang

              Kolejną wersję wydarzeń podał szwedzki naukowiec, Karol Benedicks (późniejszy prezydent Szwedzkiej Akademii Nauk). Wprawdzie w chwili katastrofy kapitana Mantella nie było mowy o żadnej burzy, profesor Benedicks stwierdził jednak, że burza, w czasie której mogą powstawać pioruny kuliste, nie musi sięgać aż do ziemi. Mogła się ona rozegrać w górnych warstwach atmosfery, a piorun liniowy, który przyczynił się do powstania pioruna kulistego, mógł wystrzelić między chmurami tak wysoko, że jego grzmot w ogóle do ziemi nie dotarł. W ten właśnie sposób powstał olbrzymi (ponad siedemdziesięciometrowy!) piorun kulisty, który, pojawiwszy się nagle wśród chmur, spowodował atak całej eskadry samolotów pościgowych P-51...
              Obiekt ścigany przez Mantella miał kształt dysku z kopułą, obracał się wokół własnej osi i sprawiał wrażenie metalowego. Benedicks wytłumaczył tylko tą ostatnią cechę: "kula gazowa stanowiąca piorun kulisty ma powierzchnię tak gładką, że odbija światło słoneczne podobnie jak metalowe lustro". Obiekt goniony przez Mantella w pewnym momencie zaczął przed nim wyraźnie uciekać - według Bartelsa "był to tylko pozór jakiejś inteligentnej reakcji". "Pędzący naprzód samolot wytwarza przed sobą ssanie, czyli powoduje rozrzedzenie powietrza. Jest to równoznaczne z ochłodzeniem i zmniejszeniem ciśnienia. Dzięki temu kula pioruna od strony pościgu wybrzusza się i szybko schładza, co wywołuje lokalne, gwałtowne spalanie się wodoru z tlenem w reakcji której powstaje para wodna, która siłą odrzutu oddala kulę pioruna od ścigającego samolotu". Mimo tego mechanizmu "kula i samolot wleciały w jakieś miejsce między chmurami (tu Bartels nie wyjaśnia, w jaki sposób do takiej sytuacji mogło dojść, mimo iż kula coraz szybciej oddalała się od samolotu), co spowodowało ochłodzenie się całej masy gazu piorunującego poniżej 3500*C". Fakt ten wywołał potężną eksplozję, która rozniosła samolot i pilota na strzępy, jednak nie została z ziemi ani dostrzeżona, ani usłyszana, ponieważ rozległa się zbyt wysoko.
              Inny naukowiec, profesor Menzel, wysunął teorię, jakoby Mantell ścigał tzw. pozorne słońce (zjawisko powstające czasem w górnych warstwach atmosfery, gdy przy czystym niebie promienie Słońca odbijają się w drobnych kryształkach lodu, tworząc odbicie "drugiego słońca"). Takie pozorne słońce może efektywnie naśladować jakiś lecący obiekt, ponieważ dopóki samolot leci w dobrym kierunku, "drugie słońce" znajduje się stale w tym samym położeniu względem samolotu (w tym wypadku przed nim). To tłumaczenie jednak bardzo szybko upadło wobec wymowy faktów - Mantell przez pewien czas wyraźnie zbliżał się do ściganego obiektu, ten jednak w pewnym momencie zaczął się od niego oddalać, i to w dodatku pod kątem 45 stopni. Zupełnie niewytłumaczalna staje się w tej sytuacji obserwacja drugiego pilota podporucznika Hammonda, który widział obiekt z innej strony, przed Mantellem. Na dodatek, Mantell w pogoni za obiektem skrył się w chmurach, co już w ogóle wyklucza możliwość zaobserwowania tego typu zjawisk atmosferycznych.
              Astronom, dr J. Allen Hynek wysunął hipotezę, że obiektem ściganym przez kapitana Mantella mógł być w rzeczywistości balon meteorologiczny typu Skyhook. W tamtych czasach balony meteorologiczne tego typu stanowiły część tajnego projektu wojskowego. Były one wykonane z aluminium i miały około 30 metrów średnicy. Ponieważ istnienie takich balonów było wówczas ściśle tajne, ani Mantell ani też obserwatorzy z wieży kontroli lotów nie mogli zidentyfikować tego obiektu jako balonu. Późniejsze dochodzenie, przeprowadzone przez badaczy z Projektu Znak, wykazało jednak, że projekt z balonami meteorologicznymi został uruchomiony 7 stycznia 1948 roku w Clinton County w stanie Ohio, około 240 kilometrów na północny wschód od Fort Knox. Badacz UFO, Philip Klass, argumentował jednak, iż balon meteorologiczny mógł zostać przywiany przez wiatr.
              Wersja Hyneka również upadła - balony meteorologiczne nie potrafią nagle wznosić się do góry pod kątem 45 stopni. Ponadto wkrótce po opublikowaniu tej teorii amerykańskie centrum wywiadu (Air Technical Intelligence Center) podało oficjalnie do wiadomości, iż w dniu, w którym doszło do katastrofy samolotu Mantella, nad terytorium wypadku nie mógł się znajdować ani jeden balon meteorologiczny typu Skyhook.
Dochodzenie przeprowadzone przez Projekt Znak

              Całą sprawę zbadał Projekt Znak (ang. Project Sign, grupa powołana przez Amerykańskie Siły Powietrzne w celu badania przypadków obserwacji UFO). Choć zespół badawczy nigdy nie doszedł do jakichś konkretnych wniosków, niektórzy badacze orzekli, że Mantell błędnie zidentyfikował planetę Wenus oraz, próbując się do niej zbliżyć, stracił przytomność z powodu braku tlenu na dużej wysokości. Wniosek ten został jednak później zmieniony, ponieważ astronomowie pracujący w ramach Projektu Znak stwierdzili, że o tamtej porze dnia planeta Wenus była na niebie zupełnie niewidoczna. Przyczyna katastrofy samolotu kapitana Mantella pozostaje więc wciąż nieznana - w aktach sprawy określono ją jako "nieznaną siłę powietrzną".
              Według wielu badaczy zjawiska UFO, należy zwrócić uwagę na fakt, że mimo iż kapitan Mantell był doświadczonym pilotem, to samolot Mustang P-51 stanowił dla niego nowość. Brak doświadczenia w pilotowaniu takiego samolotu mógł stanowić ważny czynnik podczas katastrofy.

Podobne relacje

              W tym samym, 1948 roku z podobnymi niezidentyfikowanymi obiektami latającymi zetknęli się dwaj inni piloci amerykańscy. 1 października pilot George Gorman natknął się na taki obiekt, przelatując Mustangiem P-51 nad Fargo w północnej Dakocie. Pilot nawiązał kontakt z lotniskiem i zameldował gotowość do lądowania. Obsługa odpowiedziała, że będzie mógł wylądować, ale dopiero po wylądowaniu innego samolotu (typu Piper Cub), który znajdował się jeszcze w powietrzu. Gorman, przyjrzawszy się obiektowi, stwierdził, iż pod żadnym względem nie przypomina on samolotu. Chcąc się przekonać, co to takiego, zaczął ścigać obiekt, po pewnym czasie jednak zrezygnował i bezpiecznie wylądował na lotnisku.
              18 listopada inny pilot, o nazwisku Combs, natknął się na podobny obiekt niedaleko lotniska Andrews Field koło Waszyngtonu. Combs próbował wylądować, jednak "ognista kula", która pojawiła się przed jego samolotem, zasłaniała mu widok. Po niemal dziesięciu minutach "przymusowego pościgu" Combs zastosował jedyną "broń", jaką dysponował - skierował w stronę obiektu wszystkie zamontowane na samolocie reflektory. Manewr okazał się nadzwyczaj skuteczny - kula na początku odsunęła się na bezpieczną odległość, a zaraz potem błyskawicznie odleciała.

Nierozwiązana zagadka

              Zagadka katastrofy samolotu kapitana Mantella wciąż pozostaje nierozwiązana. Wciąż pojawiają się coraz to nowsze teorie próbujące ją wyjaśnić. Prawdopodobnie minie jeszcze długi czas, zanim dowiemy się, co tak naprawdę stało się tego feralnego dnia.
              W 1956 roku Kapitan Amerykańskich Sił Powietrznych i nadzorca Projektu Błękitna Księga, Edward J. Ruppelt, napisał, że wypadek kapitana Thomasa Mantella był jednym z trzech "klasycznych" przypadków spotkań z UFO w 1948 roku, które pomogły zdefiniować zjawisko UFO w społecznej świadomości oraz przekonać specjalistów z Sił Powietrznych, że UFO jest prawdziwym, fizycznym zjawiskiem.

Opracował: Ivellios

Zapis rozmów za: Lucjan Znicz, "Goście z kosmosu?: Nieznane obiekty latające", tom 1, KAW, Gdańsk 1980

"Tajemnicza katastrofa samolotu kapitana Mantella" na Paranormalium

Taśma pułkownika Halla

Taśma pułkownika Halla

              Pomimo zapewnień, jakoby Ministerstwo Obrony nic nie wiedziało o nagraniu pułkownika Halta, pułkownik Sam Morgan, były dowódca bazy w Woodbridge, udostępnił w 1984 roku prawnikowi i badaczowi UFO kopię tej taśmy. Opisane są na niej wydarzenia, jakie miały miejsce w nocy z 29 na 30 grudnia, kiedy Halt i inni badali rejon lądowania oraz przeprowadzali pomiary promieniowania. Czas nagrania na taśmie magnetofonowej wynosi prawie osiemdziesiąt minut, choć z cytowanych wypowiedzi wynika, że incydent trwał ponad dwie godziny. Pominąłem pierwszą część taśmy, z zapisem rozmów o pomiarach promieniowania. Można tam rozpoznać kilka głosów, m. in. porucznika Bruce'a Englunda, wspomnianego już przez sierżanta Bustinzę majora Malcolma Zicklera, odpowiedzialnego za bezpieczeństwo bazy, i sierżanta Nevcllsa, podoficera przydzielonego do nagłych akcji na wypadek katastrof, który - według pułkownika Morgana obsługiwał licznik Geigera.

Transkrypcji dokonali dziennikarze naukowi, Ian Ridptah i Harry Harris, za którymi cytuję poniższy fragment zapisu:

GŁOS: ... 1.48. Słyszymy bardzo dziwne głosy zwierząt z obory na pobliskiej farmie. Są bardzo, bardzo niespokojne, strasznie hałasują... Czy widziałeś światło? (zniekształcenie). Zwalnia. Gdzie?

GŁOS: Dokładnie w tej pozycji. Tam, na wprost, między drzewami- znowu tam jest. Proszę spojrzeć- na linii mojego reflektora, sir. To jest tam.

HALT: Ja też widzę. Co to takiego?

GŁOS: Nie wiemy, sir.

HALT: To jest dziwne, małe czerwone światło. Wygląda, jakby ćwierć czy pół mili stąd, może dalej. Teraz się rozłączę. Światło zniknęło. Znajdowało się około 120 stopni od naszej bazy. Czy znowu się pojawiło?

GŁOS: Tak, sir.

GŁOS: Dobrze, zgaśmy teraz latarki. Wrócimy na skraj przecinki, skąd będziemy lepiej widzieli. Zobacz, czy nic da się tego uchwycić na noktowizorze. Światło wciąż tam jest, a zwierzęta na farmie już się uspokoiły. Kierujemy się teraz 110, 120 stopni od bazy przez przecinkę, stale mamy odczyt na liczniku. Jesteśmy jakieś sto pięćdziesiąt, dwieście jardów od bazy. Wszędzie panuje martwy spokój. Nie mam wątpliwości, przed nami jest jakiś rodzaj dziwnego czerwonego światła.

GŁOS: Sir, ono jest żółte.

HALT: Rzeczywiście, widziałem też żółty odcień. Niesamowite. Zdaje się, że ono się trochę porusza w tym kierunku. Jest jaśniejsze niż przedtem. Ono się zbliża. Z całą pewnością tu idzie! Kawałki się rozpadają. Nie ma wątpliwości! To niesamowite!

GŁOS: Dwa światła! Jedno na prawo, drugie na lewo!

HALT: Zgaście latarki. Tu jest coś bardzo, bardzo dziwnego. Nie zdejmujcie słuchawek; sprawdźcie, czy ma jakieś... Kawałki znowu odpadają!

GŁOS: Przesunęło się na prawo.

GŁOS: Tak!... Dziwne!... Podejdźmy do skraju lasu, tam... W porządku, widzimy to coś. Znajdujemy się prawdopodobnie w odległości dwustu lub trzystu jardów. Wygląda jak migające oko. Porusza się z boku na bok. A jak spojrzeć przez noktowizor, to wygląda jakby w środku było puste, ciemny środek, jak źrenica oka, które patrzy na ciebie i mnoga. A w noktowizorze świeci tak jasno, że pali oczy. Przeszliśmy obok domu farmera na następne pole i widzimy aż pięć świateł o podobnym kształcie, ale teraz są nieruchome, nie pulsują czerwono. Przeszliśmy przez przełęcz, a co na liczniku? Mamy trzy wyraźne tyknięcia licznika i widzimy dziwne światła na niebie.

HALT: 2.44. Znajdujemy się w dalszej części drugiego pola i prowadzimy obserwację ponownie około 110 stopni. Wydaje się, że [światło] odleciało w kierunku brzegu. Jest tuż nad horyzontem. Trochę się porusza i błyska od czasu do czasu. Jest stabilne lub czerwone. Po negatywnym odczycie w środku pola teraz odbieramy niewielki odczyt- cztery lub pięć tyknięć.

HALT: 3.05. Widzimy dziwne błyski , są rzadkie, ale to musi być jakieś zjawisko. 3.05. Około 10 stopni nad horyzontem, dokładnie na północ, mamy dwa dziwne obiekty [...] w kształcie półksiężyca, tańczą, mają kolorowe światła. To... chyba... jakieś pięć do dziesięciu mil dalej. Może mniej. Półksiężyce przemieniają się teraz w pełne koła, jakby to była elipsa lub coś w tym rodzaju, przez minutę lub dwie. 3.15. Mamy teraz obiekt dokładnie na południe, 10 stopni nad horyzontem. A te na północy przesuwają się. Jeden się od nas oddala.

GŁOS: Szybko się oddala!

GŁOS: Ten na prawo także odlatuje!

GŁOS: Oba kierują się na północ. W porządku, teraz idzie ten z południa; zbliża się do nas. Widzimy teraz jakby promień spadający na ziemię. To nierzeczywiste!

HALT: 3.30. Obiekty są nadal na niebie, choć ten na południu zdaje się tracić wysokość. Zawracamy i idziemy w kierunku farmy. Obiekt na południu nadal wysyła promień na ziemię.

HALT: 4.00 Jeden z obiektów nadal unosi się nad bazą w Woodbridge, 5 do 10 stopni nad horyzontem. Nadal porusza się nierówno, a światło i promień takie same jak wcześniej...


              Czy ta taśma jest sfałszowana? Dziennikarz John Grant odnalazł pułkownika Morgana w dowództwie Dywizjonu Kosmicznego w bazie sił powietrznych w Peterson, stan Kolorado, i przez telefon zadał mu to pytanie. Morgan odrzekł: "Nie sądzę, aby to była mistyfikacja". Następnie dodał: Myślę, że ci ludzie rzeczywiście byli tam tej nocy i zobaczyli coś, co ich wystraszyło. Słychać ich nerwową rozmowę i wzmianki o przerażających, dziwnych światłach. Opierając się na dostępnych świadectwach, mogę tylko powiedzieć, że ci chłopcy dostrzegli coś, czego nie da się wytłumaczyć. Jestem przekonany, że nie wymyślili tego scenariusza i potem go nie odgrywali.

Artykuł pochodzi ze strony www.ufo.pl

"Taśma pułkownika Halla" na Paranormalium

niedziela, 11 grudnia 2011

UFO: Incydent z Kecksburga

UFO: Incydent z Kecksburga

Kecksburg UFO Incident
Rekonstrukcja wyglądu obiektu z Kecksburga

              Jednym z mniej znanych incydentów z UFO w roli głównej jest zdarzenie, które miało miejsce w Kecksburgu w amerykańskim stanie Pensylvania 9 grudnia 1965 roku. Tego dnia wieczorem zaobserwowano wielką ognistą kulę przelatującą po niebie nad sześcioma stanami w USA oraz nad Ontario w Kanadzie. Obiekt pozostawił za sobą długą smugę, a niedługo później mieszkańcy stanu Pennsylvania usłyszeli głośny huk. Kilka dni później media donosiły o upadku meteoru.
              Mieszkańcy małej miejscowości Kecksburg utrzymywali jednak, że w pobliskim lesie doszło do upadku jakiegoś nieznanego obiektu. Donoszono o obserwacji lądującego obiektu oraz ciągnącej się za nim smudze dymu. Mieszkańcy Kecksburga natychmiast zaalarmowali władze. Na miejsce ściągnięto straż pożarną. Strażacy donosili później, że znaleźli w lesie obiekt w kształcie żołędzia, wielkości dużego Volkswagena. Według relacji strażaków, obiekt posiadał wygrawerowane napisy w nieznanym języku, przypominające egipskie hieroglify. Na miejscu prawie natychmiast zjawiło się wojsko, które ogrodziło i zabezpieczyło teren dookoła znaleziska. Mimo, iż widziana była ciężarówka wywożąca z lasu jakiś duży ładunek, wojskowi uparcie twierdzili, że "nie znaleziono absolutnie nic".

Kecksburg UFO Incident

              Przedstawiciele Armii oświadczyli później, iż obiekt w rzeczywistości był dużych rozmiarów meteorem, nie uciszyło to jednak spekulacji co do pochodzenia obiektu. Pojawiło się kilka teorii próbujących wyjaśnić jego pochodzenie. Według jednej z nich, były to szczątki radzieckiego bezzałogowej sondy kosmicznej Wenera 4. Inna teoria głosiła, że obiekt był pochodzenia pozaziemskiego.
Kecksburg UFO Incident
Rekonstrukcja wyglądu obiektu z Kecksburga

              Sprawa incydentu z Kecksburga do dziś budzi zainteresowanie. W 2003 roku kanał telewizyjny Sci Fi Channel zasponsorował naukowe badanie obszaru lasu pod Kecksburgiem oraz notatek dokonanych przez członków Stowarzyszenia na rzecz Wolności Informacji (Coalition for Freedom of Information). Najbardziej znaczące było odkrycie uszkodzenia drzewa, datowanego na 1965 rok, w miejscu w którym miał wylądować obiekt. Odkrycie dostarczyło fizycznego dowodu potwierdzającego fakt, iż faktycznie w tym miejscu wylądował jakiś obiekt (jednakże niektórzy naukowcy sugerowali, że uszkodzenie drzewa mogło powstać w wyniku oblodzenia). Prócz uszkodzonego drzewa nie znaleziono jednak nic więcej. Naukowcy badający ten obszar wykluczyli upadek meteoru - po meteorycie niewątpliwie pozostałby duży krater, nie mówiąc o uszkodzeniach roślinności.
Kecksburg UFO Incident
Rekonstrukcja wyglądu obiektu z Kecksburga

              W 2003 roku Amerykańska Agencja Kosmiczna opublikowała około 40 stron dokumentów na temat incydentu z Kecksburga, nie wniosły one jednak nic nowego do sprawy. Istnieją jednak zapiski w Błękitnej Księdze Sił Powietrznych, mówiące, że trzy zespoły zostały wysłane w celu zbadania tajemniczego upadku pod Kecksburgiem. Jednak także z Błękitnej Księgi dowiadujemy się, że "nie znaleziono nic".
              W grudniu 2005 roku NASA wypuściła oświadczenie, w którym tym razem stwierdzono, że obiekt z Kecksburga był "rosyjskim satelitą". Rzecznik NASA, Dave Steitz, stwierdził w oświadczeniu, że zapiski poczynione w trakcie badania obiektu zaginęły. Oświadczenie NASA przeczy oficjalnym tłumaczeniom Sił Powietrznych, jakoby obiekt z Kecksburga był meteorem.
              Wciąż jednak istnieją wątpliwości co do faktycznego pochodzenia obiektu. Główny naukowiec NASA, Nicholas Johnson, stwierdził w wywiadzie w 2003 roku, że według mechaników badających obiekt w 1965 roku żadna z jego części nie została wykonana przez człowieka. Johnson stwierdził także, że w tym dniu nie zaobserwowano żadnego satelity wchodzącego w ziemską atmosferę.
              Doszło nawet do procesu sądowego mającego wymusić na NASA odtajnienie dokumentów dotyczących incydentu z Kecksburga. Podczas procesu Steve McConnell, oficer łącznikowy NASA, powiedział, że przynajmniej dwa pudła dokumentów dotyczących tego incydentu zaginęły bez śladu, zaś Steve Gordon, główny badacz tego zdarzenia, który badał to zdarzenie przez wiele lat, stwierdził: "Nie mam wątpliwości, że rząd wie o wiele więcej, niż ujawnił społeczeństwu".

Opracował: Ivellios

"UFO: Incydent z Kecksburga" na Paranormalium

poniedziałek, 5 grudnia 2011

Katastrofa UFO w stanie Nebraska

Upadek UFO w stanie Nebraska w USA w roku 1884
...              Bardzo niewielu ludzi słyszało o miejscowości Max w amerykańskim stanie Nebraska. Pobieżne spojrzenie na stan Nebraska w programie Google Earth pokazuje, jak mała jest to miejscowość - to taka mała kropeczka w południowo-zachodniej części Nebraski. Miasteczko znajduje się 12 kilometrów od hrabstwa Dundy, a jego populacja wynosi 914 osób.
              Miało tu jednak miejsce w 1884 roku pewne interesujące wydarzenie. Gazeta "Nebraska Nugget" pisała wówczas: "Około 35 mil (57 km) na północny zachód od Benkelman w hrabstwie Dundy w dniu 6 czerwca [1884 roku] miało miejsce bardzo przerażające zjawisko. Prawdopodobnie John W. Ellis, trzech pasterzy i kilku kowbojów przyglądało się temu zjawisku. Zostali oni zaskoczeni przez przerażający warczący hałas, który usłyszeli nad swoimi głowami, a ich oczom ukazało się płonące ciało spadające lotem strzały na Ziemię. Obiekt upadł za pobliską skarpą, poza zasięgiem ich wzroku".
              Jeden z pasterzy, Alf Wiliamson, zapalił się w chwilę po tym, jak zbliżył się do pojazdu, który wskutek upadku spowodował powstanie w ziemi ogromnego pęknięcia. Pasterza zabrano do domu Ellisa, gdzie próbowano ugasić ogień. Na miejscu pojawił się inspektor W. E. Rawlins celem zbadania sprawy.
              Tak o całej sprawie pisała w 1887 roku gazeta "Nebraska State Journal": "Jeden kawałek, który wyglądał jak brzeszczot i był zrobiony z metalu przypominającego mosiądz, miał około 16 cali (40 cm) szerokości, 3 cale (7,5 cm) grubości i 3,5 stopy (105 cm) długości, został on wykopany przy pomocy łopaty. Ważył nie więcej niże 5 funtów (2,26 kg), był jednak tak mocny i gęsty, jak żaden znany obecnie metal. Wykopano również fragment koła z poobijaną obręczą, o średnicy siedmiu lub ośmiu stóp (2,43 m). Wydawał się on być zrobiony z tego samego materiału i był tak samo nadzwyczajnie lekki".
              Brak fizycznego dowodu oznacza, że takowy nie przetrwał do naszych czasów, zaś John Buder, badacz z Mutual UFO Research of Nebraska, twierdzi, że mieszkańcy hrabstwa Dunty boją się mówić o wydarzeniu z czerwca 1884. Większość śledztwa Budera stanowiły badania. Najpierw natknął się on na opis historii w przewodniku turystycznym po Nebrasce, później znalazł więcej informacji w wydawnictwach książkowych.

"Prowadzono wiele badań nad upadkami UFO", mówi Buder. "Ludzie, których pytałem o wydarzenie z 1884, raczej nie byli skłonni nazywać go żartem".

              Według Budera, był to drugi z upadków UFO upamiętniony w artykułach w gazetach z tamtych czasów. Gdy jednak historia ujrzała światło dzienne, wywołało to ogólnoświatową falę podobnych historii - jednych bardziej wiarygodnych, innych mniej.
              Jeden z takich upadków miał miejsce w 1897 roku w pobliżu Aurory w stanie Texas w USA, gdzie przypuszczalnie na miejscowym cmentarzu pochowane są cztery ciała istot pozaziemskich. Eyder Peralta, reporter z gazety Houston Chronicle, zbadał tą sprawę i do nieczego nie doszedł.
              Jednak to wypadek w Nebrasce był tym pierwszym, o którym kiedykolwiek doniesiono. Wkrótce po wydarzeniu w Max historia przybrała postać pewnego rodzaju mitologii.

"W ten sposób wszystkie fałszywe upadki UFO zdaję się mieć swój początek, swoje korzenie, w Max w Nebrasce", mówi Buder.

Ta historia stanowi zaledwie cząstkę bardzo słabo poznanej historii stanu Nebraska. "Jestem skłonny stwierdzić, że w Nebrasce żyje tylko kilkadziesiąt osób, które coś o tej sprawie wiedzą", mówi Buder.
W jaki jednak sposób pojazd zniknął, gdy tylko doszło do upadku? Co z kołem zębatym, które odpadło z pojazdu, gdy ten zbliżył się do ziemi? Czy ono również zniknęło?
              Legenda z Nebraski jest traktowana bardziej poważnie, niż większość podobnych historii. Alan Boye napisał w swojej ostatniej książce "The Complete Roadside Guide to Nebraska", że "oczywiście jest wielu ludzi, którzy nie wierzą w tą historię, i inni, którzy twierdzą, że jest to jeszcze jedna historia nierozpatrzona i z góry wyśmiewana przez sceptyków".
Jeśli chodzi o inne, podobne historie, John Buder sądzi, że pewne interesujące obiekty mogą być ukryte w dolinie rzeki Republican River w stanie Nebraska.

Na podstawie: Daily Nebraskan
Tłumaczenie i opracowanie: Ivellios

"Upadek UFO w stanie Nebraska w USA w roku 1884" na Paranormalium

sobota, 3 grudnia 2011

Aurora

Przed Roswell była Aurora



UFO z Aurory
Rekonstrukcja wyglądu obiektu z Aurory

              Spektakularny wypadek UFO, którego świadkami byli miejscowi mieszkańcy i wojskowi, odzyskanie ciała kosmity i fantastyczne zatuszowanie sprawy. Roswell wstanie Nowy Meksyk w USA, w 1947 roku, prawda?

Nic bardziej mylnego. Aurora w stanie Texas. W roku 1897.

Tą ważną informację przekazała jako pierwsza gazeta Dallas Morning News 17 kwietnia tego roku, i co bardziej intrygujące, w tamtym czasie niewiele obiektów latało po teksaskim niebie, nim Bracia Wright zapoczątkowali loty w 1903 roku.

Reporter S. E. Hayden pisał wówczas:

"Aurora, Wise County, Texas - Około godziny szóstej rano najwcześniej wstający mieszkańcy Aurory byli zdumieni nagłym pojawieniem się sterowca, który przelatywał nad miasteczkiem.
Obiekt przelatywał bezpośrednio nad placem, na którym zgromadzili się ludzie, a kiedy dotarł do północnej części miasta, zderzył się z wiatrakiem sędziego Proctora, wówczas doszło do silnego wybuchu, który rozrzucił szczątki po kilku poletkach, zniszczył wiatrak i zbiornik na wodę i zniszczył ogródek sędziego.
Na pokładzie statku znajdował się jeden pilot, pomimo oszpecenia jego szczątków, jego widok sugerował, że nie był to mieszkaniec tego świata."

              Ponad sto lat później ta dramatyczna historia ściągnęła do Teksasu ekipę telewizyjną kanału The History Channel z producentem-pisarzem na czele, Johnem Greenwaldem Juniorem, który wyprodukował audycję "UFO Files: Texas's Roswell".

"Jest to miejska legenda, ciekawi mnie jednak, ile tkwi w niej prawdy", powiedział Greenwald. "Rozmawialiśmy z ekspertami - są to bardzo inteligentni ludzie, przekonani, że to zdarzyło się naprawdę".

Dodał, że mieszkańcy Aurory byli na temat UFO bardziej wylewni w rozmowach telefonicznych, stonowali jednak swoje historie, gdy tylko zabłysły flesze aparatów.

Zauważył też, że w 1897 roku dokonano na środkowym zachodzie USA większej ilości obserwacji tajemniczych sterowców.

"Miastowi stoją obecnie twardo na stanowisku, że wydarzenie to w rzeczywistości nie miało miejsca", powiedział Greenwald. "Jednakże badacze UFO są przekonani, że wydarzyło się ono naprawdę".

Ludzie w rozmowach przed kamerą mówili, że zabroniono im dostępu do cmentarza, gdzie spodziewali się napotkać i zbadać pozaziemskie szczątki. Nie udało im się również otrzymać zezwolenia na zbadanie wody, która rzekomo została użyta do usunięcia kawałków metalu pozostałych po rozbitym zbiorniku.

Wieśniacy twierdzą, że kolejny właściciel posesji winą za zły stan zdrowia obarczał zanieczyszczoną wodę.

Teksańczyk Derrel Sims, nazywający siebie "Pozaziemskim Myśliwym" były agent CIA, był mniej powściągliwy.

"Podałem jeden z najważniejszych pomysłów, co mogło się wydarzyć w Aurorze", powiedział Sims. "Najbardziej interesujące jest to, czy w tej miejscowości pochowany jest przybysz z kosmosu - czy może ktoś mógł wynieść [jego małe ciało]".

              The History Channel i inne źródła przytaczają ogólnie przyjętą teorię, że całe zamieszanie było spowodowane działaniem reportera i miejscowych współpracowników, którzy zwiększyli zainteresowanie sprawą w mieście.

Rick Cousins, The Galveston County Daily News, 30 październik 2006
Tłumaczenie: Ivellios


"Przed Roswell była Aurora" na Paranormalium

Projekt "Magnet"

Projekt "Magnet"


Foto

              W 1967 roku reporter pisma „UFO Investigator” „ujawnił” istnienie jednej z wielu tajemnic wojskowych amerykańskiej i kanadyjskiej armii. Reporter ten odkrył, ze jeden z samolotów biorących udział w tytułowym projekcie jest elementem akcji poszukiwania UFO. Był to samolot typu Super Constellation ze specyficznym wyposażeniem, którego załoga nie była umundurowana. Na fotografii, której twórcą był ów dziennikarz widoczny jest ogon samolotu z wielkim napisem „Projekt Magnet”. Reporterowi udało się nawiązać rozmowę z ludźmi przy samolocie, ważnym wynikiem badań było wykrycie „dziwnych sił magnetycznych” w strefie Morza Karaibskiego, gdzie-chociaż nie dowiedziono bezpośredniego związku z tym zjawiskiem- zaginęło pięć samolotów wojskowych wkrótce po zameldowaniu o trudnościach w odczycie wskazań kompasu. Reporter zwrócił uwagę, że cywilni naukowcy i pilot najwyraźniej zdawali sobie sprawę z tego, że ich praca stanowi jedynie przykrywkę prawdziwego celu badań, którym było niewątpliwie poszukiwanie informacji potrzebnych do identyfikacji UFO. Autor artykułu podejrzewał, że Marynarka Wojenna, która finansowała ów program badawczy miała zamiar samodzielnie zdobyć informacje o napędzie i sterowaniu UFO, gdyż Siły Powietrzne nie chciały podzielić się z nią tym czego same zdążyły się już dowiedzieć.

              Na zakończenie autor zapewniał swoich czytelników, że oprócz publikowanej fotografii ogona samolotu udało mu się zrobić jeszcze kilka zdjęć, nie mógł ich jednak przeznaczyć do druku ze względu na tajemnicę wojskową. Pytani o te badania rzecznicy Marynarki Wojennej stanowczo zaprzeczyli, jakoby były one objęte tajemnicą wojskową; Nie potwierdzali też wykrycia jakichkolwiek tajemniczych sił w rejonie Morza Karaibskiego.

              Broszura rozpowszechniana przez Biuro Oceanograficzne przedstawia „Projekt Magnet” jako lotniczy zwiad geomagnetyczny, przeprowadzony na wszystkich dostępnych obszarach morskich na świecie. Uzyskane w jego wyniku dane służą do uaktualnienia map nawigacyjnych i magnetycznych, niektóre z nich bowiem liczą sobie ponad 30 lat; z map tych zresztą korzystają samoloty i statki wszystkich państw. Przy okazji dokonuje się również pomiarów natężenia promieniowania kosmicznego. Nie ma więc nic dziwnego w tym, że rozmaite badania przeprowadzone w rejonie Karaibów przedstawiane są jako kolejne tajne próby rozwiązania zagadki Trójkąta Bermudzkiego. Zgodnie z przekonaniami reportera, badania takie maja zawsze jakąś przykrywkę, a czynniki oficjalne nigdy nie zgodzą się na ujawnienie ich prawdziwego celu.

Żródło: „Project Magnet” US Narval Oceanographic Office, Washington b.r.w.Leo J. Prone (oficer d/s bezpieczeństwa Wake Island Air Force base).

Mariusz Fryckowski


"Projekt "Magnet"" na Paranormalium

piątek, 2 grudnia 2011

Katastrofa UFO w Pennsylvanii

Pennsylvania - rozbity pojazd Obcych

              Clark McCIelland były dyrektor 3 Zespołu NICAP-u z Florydy powiadomił mnie 5 października 1979 roku pracował wówczas w Centrum Lotów Kosmicznych im, Kennedy'egojako członek programu Apollo o przypuszczalnej katastrofie UFO. Doszło do niej rzekomo 9 grudnia 1965 roku w pobliżu Kecksburga w stanie Pensylwania. McCIelland zebrał i porównał stare oraz nowe dane związane z tym zdarzeniem, które zawarł w poniższym opracowaniu przeznaczonym do tego raportu. Krótko przed zachodem słońca 9 grudnia 1965 roku zaobserwowano na niebie ognisty obiekt. Widziały go tysiące mieszkańców stanów Michigan, Indiana, Ohio, Zachodnia Wirginia, Pensylwania, Nowy Jork oraz prowincji Ontario w Kanadzie. W pewnym momencie w powietrzu nastąpiła eksplozja, wywołując kilka fal uderzeniowych, które odczuli piloci prywatnych i liniowych samolotów pasażerskich lecących nad stanem Michigan oraz położonym na wschód od Detroit jeziorem St. Clair. Piloci oraz znajdujący się na ziemi ludzie widzieli, jak w chwili wybuchu od świecącego obiektu coś się oderwało i spadło na ziemię w pobliżu Lapeer w stanie Michigan. Inne części tego obiektu spadły w pobliżu Elyrii w stanie Ohio oraz Midland w Pensylwanii. Reszta spadła na lesisty obszar w pobliżu Keksburga w południowo-zachodniej Pensylwanii. Analiza lotu tego nie zidentyfikowanego obiektu ujawnia zaskakujące fakty. Patrząc na mapę widać, że leciał on w linii prostej poczynając od Lapeer w Michigan i dalej przez jezioro St. Clair do Elyrii w Ohio.
              Przelatując nad Elyrią UFO zmienił kurs o 25 stopni, co wyklucza możliwość, że był to meteor lub bolid, jak to przedstawił dr Pauł Annear, wykładowca astronomii na Uniwersytecie Baldwin-Wallace'a. Jego wyjaśnienie zostało przyjęte z pełną aprobatą przez Pentagon, mimo iż dowody upadku szczątków obiektu wskazywały na lot wzdłuż zaobserwowanej trajektorii. Obliczenia wykazały, że UFO leciał prawdopodobnie na wysokości 40-60 mil [64-96 km], kiedy zauważono go po raz pierwszy nad stanem Michigan. Przyjmując, że znajdował się na wysokości 60 mil (96 km), mógł być bez trudu obserwowany od Indiany po Ontario. Ustaliwszy wszystkie odległości, z jakich świadkowie obserwowali świecący obiekt, stwierdzono, że leciał on z szybkością 17 mil na minutę, to jest 1020 mil na godzinę [1.640 km/godz.], czyli dużo wolniej od odnotowanych przez astronomów prędkości, z jakimi meteory spadają na ziemię, które wahają się od 27.000 do 144.000 mil na godzinę [43.445-231.700 km/godz.j. Mimo to dr Annear pospołu z Pentagonem uważają, że ten tajemniczy obiekt był meteorem. Kto tu kogo próbuje okpić? Istnieje jeszcze inna możliwość wyjaśnienia tajemnicy związanej z tym obiektem. Stało się to możliwe dzięki przeglądowi danych będących w posiadaniu mieszczącego się w Kolorado Dowództwa Obrony Powietrznej Północnej Ameryki (NORAD). 11 stycznia 1980 roku, Del Kinchey, rzecznik prasowy bazy, w której mieści się NORAD, wziął udział w przeglądzie zapisów dotyczących orbit satelitów i kosmicznego złomu pochodzących z dnia zdarzenia w Kecksburgu. W wyniku tego przeglądu ustalono, że 23 listopada 1965 roku Związek Radziecki umieścił na orbicie satelitę szpiegowskiego Kosmos-96. Już po 16 dniach, to jest 9 grudnia 1965 roku, czyli w dniu "katastrofy w Kecksburgu", opuszczono go bądź skierowano w gęste warstwy atmosfery. Wyniki dalszych badań na temat spodziewanego przez siły powietrzne czasu i miejsca upadku tego satelity podam w następnym opracowaniu.

              5 RAPORT t1R 2 Nawet jeśli przyjmie się to za oficjalne wyjaśnienie katastrofy w Kecks-burgu, wątpliwości pozostaną, bowiem każdy, kto choć trochę orientuje się w technice lotniczej lub kosmicznej, wie, że żaden satelita nie miał w roku 1965 możliwości zmiany kierunku lotu o 25 stopni podczas opadania na ziemię. Już w godzinę po upadku obiektu w pobliżu Kecksburga na miejscu zdarzenia pojawiła się duża liczba specjalistów wojskowych, którzy przybyli tam niemal w tym samym czasie, co policja stanowa oraz straż pożarna. Cała strefa została szybko otoczona, a gapiów przepędzono. Jeden z uzbrojonych oficerów powiedział wówczas rzekomo: "Nie wiemy, co to jest, ale w lesie znajduje się niezidentyfikowany obiekt latający". 11 stycznia 1980 roku przeprowadzono wywiad z Jamesem Mayesem, byłym zastępcą naczelnika straży pożarnej, oraz MeMnem Reese'em, byłym strażakiem ochotniczej straży pożarnej w Kecksburgu. Obaj towarzyszyli nie znanemu z nazwiska funkcjonariuszowi policji stanowej, z którym podeszli na odległość 75 jardów [68,5 m] od miejsca upadku. Twierdzą, że obiekt błyskał światłem. Nie mogą jednak podać, jak wyglądał. Obaj byli zgodni, że jego upadek nie wywołał pożaru. James Mayes przypomina sobie także, że wojsko urządziło na czas akcji siedzibę dowództwa w budynku straży pożarnej. Powiedział, że informacje były przekazywane do bazy lotniczej na zachód od Pittsburgha niewykluczone że do Wright-Patterson w Dayton w stanie Ohio. Informacja ta nie jest jednak całkowicie pewna z uwagi na wątpliwości w tej sprawie samego Mayesa.

              Powiedział ponadto, że widział, jak na zamknięty teren wjechała duża wojskowa ciężarówka i wywiozła stamtąd coś okrytego brezentem. Inni mieszkańcy tego terenu przypominają sobie, że słyszeli przejeżdżający tamtędy w nocy duży wóz ciężarowy. Sprawa z ciężarówką wydawała się niepewna, dopóki nie wypowiedział się na jej temat Robert Bitner, który w roku 1965 był dowódcą straży pożarnej. W czasie zdarzenia przebywał gdzie indziej i na miejsce upadku przybył nieco później niż jego strażacy, którzy dotarli tam razem z policją i wojskiem. Kiedy tam przyjechał, była późna noc. Zbliżając się do miejsca katastrofy widział wyjeżdżającą z lasu dziesięciotonową ciężarówkę wojskową. Na jej wierzchu spoczywał przykryty brezentem jakiś obiekt, który miał około 6 stóp [1,8 m] wysokości, 7 stóp [2,1 m] szerokości i 17 stóp [5,1 m] długości. Bitner stał w odległości około 25 stóp [7,5 m] od ciężarówki. Wokół niej stali pilnujący jej żołnierze. Po chwili ruszyła i razem z eskortą odjechała w nieznanym kierunku. Czy miejscem jej przeznaczenia była baza Wright-Patterson, czy też inny kompleks wojskowy? Jak dotąd nikt nie potrafi na to odpowiedzieć. W Kecksburgu niespadł żaden meteoryt ani jakikolwiek inny obiekt astronomiczny. Tego możemy być pewni. Być może dalsze badanie pozwoli ustalić, czy miało to cokolwiek wspólnego z Kosmosem-96, który wrócił na ziemię 9 grudnia 1965 roku. A może jednak był to pojazd obcych. Posiadane informacje jak na razie przemawiają właśnie na korzyść tej teorii. Jestem pewien, że wojsko odnalazło tam coś ważnego, co do dzisiaj stanowi pilnie strzeżoną przez nie tajemnicę.

Artykuł napisany przez Leonarda H. Stringfielda

Artykuł pochodzi ze strony www.ufo.pl
"Pennsylvania - rozbity pojazd Obcych" na Paranormalium

UFO nad USA

Obserwacje niezidentyfikowanych obiektów latających nad USA w latach 1896-1897

              Większość ludzi sądzi, że UFO to zjawisko dość świeże, tymczasem tajemnicze przedmioty ukazywały się na niebiosach od tysięcy lat. Obserwacje na niebie jasnych świateł i obiektów nie były również ograniczone do jednego okresu czasu czy do jednej kultury.

              Na amerykańskim niebie w latach 1896-1897 tysiące ludzi widziało coś, co nazywali "sterowcami". Przy czym wielu z nich posądzano o wypicie zbyt mocnych trunków przed obserwacją. Sądzi się, że owe sterowce mogły być latawcami, balonami, planetą Wenus, Syriuszem, żartami, fałszywkami, statkami cywilizacji marsjańskiej, jak również gwiazdą Alfa Orionis.
              Oficjalnie pierwszy sterowiec został dostrzeżony nad Sacramento w stanie Kalifornia wieczorem 17 listopada 1896 roku. Jednak 23 listopada gazeta Silver State doniosła o podobnej obserwacji sterowca 15 listopada nad miejscowością Winnemucca w stanie Nevada.
              Doniesienie Silver State o "pierwszym" sterowcu miało formę zabawnej riposty. Człowiek nazwany Friday widział sterowiec, myśląc, że byli to "Tommy, Patty i Joe", miejscowi wysoko postawieni mieszkańcy. Sam sterowiec został opisany jako ozdobiony chińską masońską flagą.

              Niemniej jednak sprawozdanie z Sacramento rozpoczęło ważną i zajmującą erę statków powietrznych, przygotowując scenę dla współczesnych UFO i historii o spotkaniach z latającymi spodkami. Choć między relacjami z końca wieku XIX istnieją podobieństwa (w obu erach obserwacje były dyskredytowane jako obserwacje balonów, latawców itp), są również różnice, między innymi w sposobie donoszenia w XIX wieku o obserwacjach sterowców. Była to era dziennikarstwa sensacyjnego, gdy drukowano co tylko się dało, a prawda była premiowana.

              Sterowiec nad Kalifornią obserwowało kilkoro ludzi, między innymi Charles Lusk, kasjer z Centralnego Elektrycznego Przedsiębiorstwa Tramwajowego w Sacramento. Niektórzy twierdzili, że słyszeli dobiegające ze sterowca ludzkie krzyki. Pasażerowie sterowca mieli powiedzieć "W porządku, jutro w południe dotrzemy do San Francisco".

               Od końca listopada do początku grudnia 1896 roku gazety "Sacramento Bee", "Union" i "San Francisco Call" zamieściły wiele opisów obserwacji jednego sterowca. Miał on lecieć w kierunku południowo-zachodnim do San Francisco. Inne gazety w San Francisco były ostrożne w podawaniu pochodzących ze stolicy stanu historii o sterowcach.

Gazeta "San Francisco Chronicle" pisała:

"Czy zauważyłeś na niebie czterech radosnych i nieustraszonych podróżnych oddających cześć Marsowi, śpiewających do Wenus i pozdrawiających planety znajdujące się w zasięgu głosu, lub też ludzi z Sacramento dotkniętych chorobą zwaną 'oszołomieniem świetlnym'".

To nastawienie równające obserwacje statków powietrznych z pijaństwem było powszechne w kręgach dziennikarskich. Wówczas reporterzy mieli wiele ciekawych pomysłów na nazwanie kogoś pijakiem. Wspólnym punktem odniesienia była "kuracja Keeley'a", środek medyczny sprzedawany przez domokrążców.

Inna odpowiedź, zamieszczona 20 listopada w "Sacramento Union", tryskała nonsensownym humorem.

"Człowiek utrzymuje, że słyszał chór, kiedy maszyna robiła 'kaczkę Corbetta', zaczął pracować przy cysternie i zapamiętał, że jeden z wersów brzmiał 'Powiedz im tylko, że mnie widziałeś', i wtedy usłyszał żałosny gwizd, 'To już nigdy nie wróciło'. Inny słyszal z kolei melodię 'Will You Miss Me When I'm Gone' i refren 'Gave That Man a Fill'".

"Sacramento Bee" z 19 listopada doniosła o śledztwie podjętym przez sąd przysięgły w sprawie sterowców. Tego samego dnia podtytuł innego artykułu sugerował: "Czy wszyscy kłamią? Spójrzmy na to w ten sposób". 23 listopada 1896 roku gazety w całym stanie Kalifornia donosiły o obserwacji sterowca w San Francisco. Relacje o sterowcu zostały umieszczone tuż obok artykułu o prawniku George'u Collins'ie i jego kliencie, który rzekomo miał być wynalazcą sterowców. Gazeta "San Francisco Bee" podała, że niektórzy ludzie myśleli, że statek powietrzny był albo balonem, albo meteorem, albo też planetą Wenus. Sterowiec unosił się rzekomo nad Cliff's House. Za wynalazcę sterowca uznano doktora A. Benjamina.

              Według artykułów, William Henry Harrison Hart, swego czasu prokurator generalny stanu Kalifornia, dyskutował o domniemanym wynalazcy sterowca (który przypuszczalnie mieszkał w miejscowości Oroville) z George'em Collins'em. Jak można przypuszczać, Collins był już zmęczony ciągłymi pytaniami reporterów.

              Wydawało się, że Hart preferował pomysł sterowca. W kilku artykułach mowa była o tym, że Hart chciał sprzedać sterowiec kubańskim buntownikom, którzy toczyli wojnę partyzancką przeciwko oddziałom hiszpańskim (było to nie długo przed wojną hiszpańsko-amerykańską).

              Hart okazał się sprzyjać buntownikom, był również zainteresowany dochodem ze sprzedaży sterowca. Cena sterowca poszła w górę. Dziś nazwalibyśmy go kupcem rąk i prowokatorem. Przyczynił się on do powstania wojennej histerii, która może tłumaczyć wiele obserwacji statków powietrznych w tamtych czasach.

              W grudniu 1896 roku dokonano obserwacji na dalekim zachodzie. Jakieś sterowce widziano także w stanie Waszyngton na początku 1897 roku.

UFO
Sterowiec nad Teksasem, kwiecień 1897

Większość obserwacji statków powietrznych od lutego do marca 1897 roku miało miejsce na obszarze od Teksasu aż po tereny położone na środkowym zachodzie i w okolicy rzeki Mississippi. Obserwacje miały miejsce w Oklahomie, na terytoriach należących do Indian, w Kansas, w Nebrasce, w Północnej i Południowej Dakocie,w Missouri, Iowie i Minnesocie, większość w kwietniu 1897.

W kwietniu dostrzeżono setki sterowców. Odnotujmy kilka bardziej znanych i najciekawszych obserwacji.

               15 kwietnia 1897 roku gazeta "Jefferson Bee" (Iowa) doniosła o sterowcu, który rozbił się na polu w północnej części miasta. Większość mieszkańców Jefferson zebrała się wokół wypalonej dziury. Nazajutrz do dziury spuszczono na sznurze mężczyznę ze słownikiem Volapaka (Volapak to sztuczny język, tak samo jak Ezperanto).

Będąc w dziurze, mężczyzna podobno wszedł do sterowca. Wydawał się on schludny i czysty, pomimo upadku.

               W tym samym artykule gazeta doniosła o innych wypadkach statków powietrznych i o odgłosach słyszanych przez pozostałych mieszkańców Hrabstwa Greene, np w miejscowości Churdan. Opisano również różne pozaziemskie istoty.

               W tym samym miesiącu w Missouri na samotnej drodze w pobliżu Springfield wędrowny kupiec William Hopkins przejeżdżał swoim wozem, gdy nagle ujrzał nad ziemią sterowiec - z dwoma nagimi obcymi na pokładzie! Hopkins dokładnie opisał nagą żeńską obcą, wedle jego słów "była ubrana w naturalny strój". Samca zaś opisał jako wspaniałego greckiego Adonisa.

Hopkins napisał później list do St. Louis Post-Dispatch, w którym wspominał całowanie rąk oby obcych. Widocznie cała trójka próbowała się ze sobą porozumieć. Według Hopkinsa, częściowo się to udało.

Obcy zabrali Hopkinsa na pokład sterowca. Sądząc po jego opisie, nie był to pojazd dziewiętnastowieczny. Osoba nieświadoma tego, że czyta gazetę z epoki wiktoriańskiej, mogłaby uznać tą relację za współczesną. Po dość gruntownym przyjrzeniu się, obcy uruchomili sterowiec, który zaczął się unosić. Hopkins wpadł w panikę i wyskoczył, nim pojazd oddalił się od ziemi.

UFO z Aurory
Rekonstrukcja wyglądu obiektu z Aurory

              Jedno z dwóch najlepiej znanych wydarzeń ze sterowcem w roli głównej miało miejsce w miejscowości Aurora w stanie Texas. 17 kwietnia sterowiec podobno nadleciał, stanął w ogniu i rozbił się. S. E. Hughes sprzedał artykuł o upadku sterowca gazecie Dallas Morning News. Niektórzy naukowcy są zdania, że był on miejskim promotorem próbującym dociągnąć do Aurory kolej torową.

Statek miał wymiary 90 na 15 metrów. T. J. Weems, rzekomy członek Amerykańskiego Korpusu Sygnałowego, powiedział, że pilot był marsjaninem! W szczątkach statku odnaleziono hieroglifowate symbole, zaś martwemu marsjaninowi urządzono chrześcijański pogrzeb na miejscowym cmentarzu.

Wydarzenie to zostało odkryte ponownie na początku lat siedemdziesiątych XX wieku, przy czym okazało się, że T. J. Weems nie istniał, za to miejscowy kowal nosił nazwisko Jeff Weems. To ponowne odkrycie przyczyniło się do ponownego zainteresowania ówczesnymi sterowcami i wśród badaczy UFO. Niemniej jednak ciała marsjanina nigdy nie odnaleziono.

               Być może jednak najsławniejsze wydarzenie nastąpiło pod koniec kwietnia 1897 roku w pobliżu LeRoy w stanie Kansas, uczestniczył w nim rolnik Alexander Hamilton, jego syn Wallace i wynajęty pracownik nazywany Heslip.

Pies Hamiltona zaczął pewnej nocy szczekać, po chwili wyszło troje ludzi - zobaczyli oni statek powietrzny o długości 90 metrów ze znajdującym się u dołu wozem. Mieszkańcy pojazdu zostali opisani jako dwaj mężczyźni, kobieta i troje dzieci, wszyscy cechujący się dziwnym wyglądem. Ze statku wypadł sznur, który zaczepił o wrzeszczącego i skaczącego cielaka. Wtedy sterowiec odleciał wraz z cielęciem.

Hamilton dosiadł konia i rozpoczął poszukiwania cielaka. Lank Thomas, w odległości sześciu kilometrów, znalazł podobno cielę, jego nogi i głowę na swoim polu.

Pisemne oświadczenie, podpisane przez jedenastu ludzi - w tym naczelnika poczty, szeryfa i sędziego - poświadczyło o prawdomówności Hamiltona.

Dzisiejsi badacze odkryli później, że Hamilton należał do Klubu Kłamców i sfabrykował całą historię.

Nie powinniśmy jednak uważać, że każdy zaobserwowany w tamtych czasach sterowiec był żartem. Zbyt wielu ludzi widziało zbyt wiele sterowców w zbyt wielu miejscach, by osądzono ich o zbiorową halucynację. Ludzie nie ryzykowaliby takich kpin, szczególnie w czasach, gdy nie było w tej kwestii zbyt wielu ograniczeń.

Steven A. Arts, WeeklyUniverse.com, 26 październik 2004
Tłumaczenie: Ivellios


Artykuł pochodzi ze strony www.paranormalium.pl
"Obserwacje niezidentyfikowanych obiektów latających nad USA w latach 1896-1897" na Paranormalium

O Roswell

O Roswell - dr Jan Pająk

              Jak wiadomo niektórzy amerykanie nabyli osławionej już w świecie tendencji do "posiadania" u siebie wszystkiego "naj", co tylko dostępne jest na tej planecie, czy nawet w całym wszechświecie. Symbolicznym wyrażeniem tej tendencji do przewodzenia są m.in. fabuły ostatnio nakręcanych filmów amerykańskich. W przeciwieństwie do starszych filmów, gdzie ciągle uznawane było przez nich równorzędne partnerstwo innych krajów (np. patrz film "Bliskie spotkania trzeciego stopnia" w którym ciągle oddano należyty kredyt zaawansowaniu francuskich badań UFO), bardziej nowe filmy amerykańskie zaczynają promować obraz świata w którym jeśli coś ważnego się przydarza, koniecznie musi to nastąpić w USA - przykładowo patrz "Indiana Jones" - zgodnie z którym nawet biblijna "Arka Przymierza" znajduje się teraz w USA, czy "Stargate" - zgodnie z którym tylko wojskowi w USA posiadają urządzenie teleportacyjne (tzw. "Stargate") zdolne przerzucać ludzi i ładunki do kilku lokacji we wszechświecie. W duchu tej tendencji, od jakiegoś już czasu grupa żądnych sensacji osób rozdmuchuje pogłoski że w 1947 roku wehikuł UFO miał ulec katastrofie na pustyni koło miejscowości Roswell w stanie New Mexico. Zgodnie z nimi, USA ma jakoby być jedynym krajem na świecie jaki sekretnie znajduje się w posiadaniu zarówno samego wehikułu UFO, jak i ciał UFOnautów. Zawarta w nich idea, jak każdy trend społeczny, również została już podchwycona przez twórców filmowych i wyrażona w niedawnym filmie "Independence day". Na poparcie tych pogłosek, od czasu do czasu pojawiają się również różnorodne "dowody" które po sprawdzeniu ich pochodzenia zawsze prowadzą do jakiegoś anonimowego "poinformowanego" sprzedającego je entuzjastom badań UFO za znaczną sumę dolarów.
              Analiza zasadności tych pogłosek w świetle dotychczasowych badań eksplozji UFO koło Tapanui prowadzi jednak do żenujących wniosków. Zgodnie z nią, gdyby w Roswell faktycznie zaistniała katastrofa jakiegoś UFO, wtedy nie ma najmniejszych szans aby pozostały tam po niej jakiekolwiek fragmenty wehikułu czy ciała UFOnautów. Uszkodzenie bowiem pędników nawet najmniejszego UFO typu K3 musiałoby wyzwolić zawartą w nich energię magnetyczną, która z kolei spowodowałaby eksplozję o sile przekraczającej co najmniej odpowiednik jednej megatony TNT. W efekcie wehikuł odparowałby w całości, nie pozostawiając po sobie nawet najmniejszego śladu, nie wspominając już co stałoby się z ciałami UFOnautów. W świetle materiału zestawionego w niniejszej monografii [5/4] wynika więc jednoznacznie, że "Roswell incident" wcale nie był katastrofą UFO. Jeśli zaś faktycznie coś tam się rozbiło, zapewne był to jakiś aparat latający zbudowany na Ziemi i stąd nie przenoszący w sobie, tak jak wehikuł UFO, zasobów energii jakie po wyzwoleniu byłyby zdolne do odparowania jego konstrukcji. Najprawdopodobniej więc w Roswell uległ katastrofie jakiś eksperymentalny aparat latający budowany przez Amerykanów dla celów militarnych - przykładowo prototyp przejętego od Niemców dyskoplanu V7 "Belonzo" jakiego kształt był dosyć zbliżony do kształtu UFO, czy nawet dokładnie to co oficjalnie wyjaśnił rząd amerykański, t.j. eksperymentalny balon o charakterze militarnym. Aczkolwiek autor zainteresowany jest w popieraniu badań UFO, niniejszym czyni to jasne i jednoznaczne, że zgodnie z wskazaniami jego teorii i wynikami dotychczasowych badań, cały rumor i dmuchanina otaczające "Roswell Incident"; (1) są nastawione wyłącznie na sensacyjność i stąd nie mają nic wspólnego z rzeczowym dociekaniem prawdy, (2) są zbyt ubogie w materiał dowodowy w stosunku do przypadków o których wiadomo że zaistniały naprawdę, (3) ich skąpe szczegóły techniczne wykazują brak zależności z dotychczasową wiedzą na temat UFO (przykładowo wehikuły rysowane przez naocznych "światków" tego incydentu posiadają całkowicie błędne kształty jakie wcale nie zgadzają się z układem równań opisujących kształty UFO), (4) nie są spójne w żadnym punkcie z naszą obecną wiedzą na temat katastrof UFO (np. w Roswell brak było eksplozji, krateru, oraz magnetycznego lub telekinetycznego skażenia środowiska), (5) pozostają w jawnej sprzeczności z udowodniona wielowiekowym i niemal bezbłędnym działaniem na Ziemi, wysoką operatywnością, sprawnością organizacyjną, inteligencją i technicznymi możliwościami UFO, szczególnie zaś z ich ogromnie zaawansowaną technologią umożliwiającą natychmiastowe zlokalizowanie szczątków swoich wehikułów i odzyskanie ciał swoich kamratów, (6) pozostają w jawnej sprzeczności z udowodnioną już zdolnością UFOnautów do podróży w czasie, i wynikającą z tej zdolności możliwości całkowitego zapobiegania przypadkowym katastrofom ich wehikułów, (7) są wyraźnie zbieżne z pogłębiającą się ostatnio tendencją niektórych Amerykanów do czysto propagandowego ukazywania ich kraju jako przewodzącego światowi na każdym możliwym polu, oraz (8) popierają interesy UFOnautów poprzez zasiewanie konfuzji wśród ludzi. Jako takie omawiane pogłoski są dalekie od prawdy i urągają rzeczowemu podejściu do badań UFO.
              W świetle powyższych wniosków, autor z wielkim zadowoleniem przeczytał artykuł Marii Giedz opublikowany w Dzienniku Bałtyckim, wydanie z dnia 31 grudnia 1996 roku, a dotyczącym kolejnej "katastrofy UFO" jaka podobno miała miejsce w Gdyni w środę dnia 21 stycznia 1959 roku około godz. 5 rano oraz powołującym się na wcześniejsze doniesienia w tym zakresie publikowane w Wieczorze Wybrzeża z dni 23 i 28 stycznia 1959 roku. Dowodzi on że "Polacy nie gęsi też swoją katastrofę UFO mają". Jeśli UFO było tak grzeczne aby rozbić się w Roswell, mogło także w Gdyni powtórzyć i dla nas tą samą atrakcję. Podobnie jak to było w przypadku Roswell, artykuł ten podaje że również w Gdyni po katastrofie odzyskane nie tylko zostały fragmenty wehikułu, ale także i ciało umierającego UFOnauty ubrane w srebrzysty kombinezon który dał się otworzyć jedynie nożycami do metalu. Zarówno wydobyte fragmenty UFO jak i ciało UFOnauty zabrać mieli wojskowi poczym wszelki słuch o nich zaginął (podobnie jak w przypadku Roswell, któregoś dnia zapewne się dowiemy że przechowywane są one starannie gdzieś w podziemiach sekretnej bazy koło Gorzowa). Cały zaś przypadek opisany ma być tzw. "białej księdze" kompletowanej w Dęblinie i udostępnianej wyłącznie do użytku wyższej kadry oficerskiej. Autor z zaciekawieniem wyczekuje wyników dalszych badań "incydentu Gdynia", bowiem wobec znacznie bardziej rzeczowego i realistycznego klimatu intelektualnego w Polsce, wyciągnięte z tego przypadku wnioski będą zapewne nie tylko konstruktywniejsze, ale także generalniejsze i stąd wyjaśniające całość zjawiska raportowanych ostatnio co jakiś czas "katastrof UFO".

Dr Jan Pająk
Tom 2 monografii Interpretacje i wyjaśnienia


Artykuł pochodzi ze strony www.paranormalium.pl
"O Roswell - dr Jan Pająk" na Paranormalium

Mroczny sekret upadku UFO w Roswell

Mroczny sekret szeryfa z Roswell ujawniony

              Rola, jaką odegrał szeryf z Chaves County w sprawie upadku UFO w Roswell w 1947 roku - choć bardzo ważna - nawet dziś nie jest do końca zrozumiana. Jest ona również w ogromnym stopniu niedoceniana. Gdyby George Wilcox szczęśliwie nie powiadomił tego dnia lokalnej bazy wojskowej o odkryciu przez ranczera niezwykłych szczątków z wypadku, prawdziwa natura wydarzenia mogłaby zostać szeroko rozpowszechniona. Szczegóły otaczające ten incydent mogłyby nigdy nie zostać ukryte - my zaś znalibyśmy wszystkie odpowiedzi na pytania, które dziś zadajemy sobie na temat tego wydarzenia.

              Pozaziemska rzeczywistość otaczająca Roswell, głębokie zaangażowanie szeryfa w incydent oraz waga jego tajemnicy ujawnione zostały przez:
- jego dwie córki
- jego wnuczkę
- jego dawnego sąsiada
- Braci z Roswell
- lokalnego przedsiębiorcę pogrzebowego
- zastępców szeryfa

Interesujące, że również żona szeryfa Wilcox'a miała swój wkład w sprawie incydentu w mało znanym pisemnym raporcie, który sporządziła potajemnie dla potrzeb historycznych. Sporządziła odręcznie szczegółowy opis zdarzenia krótko po incydencie - dokument jest aktualnie przechowywany przez historyków. Opowiada ona o nadzwyczajności tego dnia oraz oferuje nam podpowiedzi dotyczące doświadczeń jej męża oraz Roswell jako zdarzenia o naturze pozaziemskiej.

Przeciek Wilcoxa

              W lipcu 1947 roku George A. Wilcox był szeryfem w Chaves County. Gdy ranczer Mac Brazel przyszedł do biura szeryfa, przyniósł ze sobą odrobinę niezwykłych materiałów, które - jak mówił szeryfowi - znalazł na ranczu Fosterów. Brazel wrócił właśnie od Proctorów, którzy posiadali sąsiadujące ranczo. Floyd i Loretta powiedzieli Macowi, że powinien opowiedzieć szeryfowi o swoim odkryciu. Mac udał się więc do miasteczka. Nie wiedział, czym były te materiały i chciał się dowiedzieć, czy szeryf będzie w stanie je zidentyfikować i czy pomoże mu je pozbierać i wywieźć z rancza. Ktoś był za to odpowiedzialny, a Mac chciał, by Wilcox dowiedział się i zrobił coś w tej sprawie.

Wilcox nie miał pomysłu, czym były szczątki, które pokazał mu Mac. Sceptycy wskazują na zasadniczy fakt: WIlcox musiał być wystarczająco zakłopotany tym materiałem - i wystarczająco zainteresowany historią Maca - by natychmiast powiadomić żołnierzy stacjonujących w bazie, każąc im przy tym zbadać sprawę. Wilcox musiał mocno wierzyć, że wydarzyło się coś ważnego. Musiał usłyszeć lub zobaczyć coś tak alarmującego, że postanowił włączyć w to inne władze i skontaktować się z Bazą Sił Powietrznych w Roswell. Czymkolwiek było to, co Mac pokazał George'owi, z pewnością nie był to kawałek balonu ani też balonu festynowego, jak twierdził rząd. Wilcox był dobrze obznajomiony z każdego rodzaju balonami. Często spadały one na rancza hrabstwa, w którym służył. Nigdy nie przekazywał RAAF'owi czegokolwiek, co przypominałoby materiał z balonu.

Niemal natychmiast po telefonie od Wilcoxa do hrabstwa przyjechało wojsko. Jak później powiedziano pracownikom Straży Pożarnej w Roswell, wojskowi powiedzieli szeryfowi i jego zastępcom, że nie muszą opuszczać tego miejsca. Musieli jedynie przekazać sprawę oficerom w bazie. Jedna z córek Wilcoxa powiedziała później, że szeryf czuł, że posiada odpowiednie kwalifikacje i mimo że to do niego należało ostatnie zdanie w sprawie, został zmuszony do współpracy. Wierzyła, że gdyby miał to wykonać ponownie, najpierw opowiedziałby o wszystkim prasie i reporterom, bez angażowania w to wojska.

Córki szeryfa: Co nasz ojciec mówił o obcych

              George i Inez Wilcox mieli dwie córki, Phyllis i Elizabeth. Obydwie, wciąż żyjące, zamężne emerytowane profesjonalistki, były bardzo elokwentne. Obie również utrzymują, że ich ojciec był zaangażowany w mające naturę pozaziemską wydarzenie w Roswell w 1947 roku.
Phyllis (nazwisko McGuire) podzieliła się tym, co wie na temat swojej rodziny i jej zaangażowania tego dnia 1947 roku:

"Ojciec miał przy sobie jakieś materiały... nie wiedziałam, jakie... powiedział, że wysłał tam kilku swoich zastępców i że widzieli oni tam jakieś rzeczy. Widzieli zagrodę, w której znajdowały się jakieś materiały, zobaczyli też na trawie wypalony obszar wielkości boiska do piłki nożnej". Phyllis stwierdziła również, że dwóch funkcjonariuszy odnalazło "okopcony obszar", który wyglądał jak gdyby wylądowało na nim "coś wielkiego i okrągłego".

"Gdy w lokalnej prasie w Roswell przeczytałam artykuł na temat znalezionego tam latającego spodka, wybrałam się do jego [ojca] biura, by go o to zapytać. Zapytałam ojca, czy sądzi, że informacja o latającym spodku jest prawdziwa. Odpowiedział: 'Nie wiem, po co Brazel by się targał taki szmat drogi, gdyby tam nic nie było'. Powiedział, że Brazel wziął ze sobą trochę materiału, by go pokazać, i że materiał ten wyglądał jak cynfolia, gdy jednak go zwijał, materiał wracał do swojego pierwotnego kształtu. Czuł, że było to ważne odkrycie i wysłał tam swoich zastępców, by ci zbadali sprawę".

Phyllis McGuire
Phyllis McGuire, córka szeryfa Wilcoxa

Phyllis, jako świadek z pierwszej ręki, potwierdza istnienie "metalu z pamięcią kształtu" (który według niej był przechowywany w małym więziennym pomieszczeniu), który został przywieziony do miejscowego więzienia. Jest ona jedną z tych, którzy opisywali niektóre szczątki jako "pamiętające siebie" - dekady przed wynalezieniem stopów metali odzyskujących kształt.

McGuire opowiada, że podczas gdy mężczyźni dyskutowali nad ta sprawą, kazano jej wyjść z więzienia. Mimo, iż chciała dowiedzieć się czegoś więcej na temat znaleziska, ojciec nie powiedział jej nic. W końcu matka nakazała jej przestać wypytywać ojca o tą sprawę i "zostawić to w spokoju".

Phyllis przyznaje, że jej matka - aczkolwiek tylko jeden raz - krótko opowiedziała jej o zdarzeniu. Jak mówi, "Na początku lat siedemdziesiątych powiedziała mi więcej o tym, co się stało. 'Co to było?', zapytałam pewnego razu". "Kosmita", odpowiedziała Inez. Phyllis zapytała następnie "Czy były tam ciała?", na co Inez odpowiedziała "Tak, były tam ciała. Gdy ich znaleziono, jeden z nich jeszcze żył, ale w końcu umarł".

Phyllis opowiada dalej, co mówiła jej matka: "Mieli wielkie głowy i oczy, ale małe ciała. Moja matka powiedziała, że ojcu bardzo było ich szkoda. Odniosłam wrażenie, że niezbyt dobrze się nimi zaopiekowano i że traktowano ich jak wrogów. Mój ojciec opowiedział matce o wszystkim. Zawsze to wiedziała. Nie wspominała o nikim innym, kto byłby w to zaangażowany. Mówili, że zabiliby całą rodzinę". Na temat swojego ojca Phyllis mówi: "Myślę, że czuł się źle, nie mówiąc mi nic. Być może jednak próbował nas chronić".

Elizabeth, córka George'a Wilcoxa

          Druga córka Wilcoxa, Elizabeth (nazwisko Tulk), poświadczyła, co wie na temat tego zdarzenia:

"W lipcu 1947 roku odwiedziłam moich rodziców w Roswell w Nowym Meksyku. W dniu, gdy ja i mój mąż przyjechaliśmy, były tam jeepy i jacyś ludzie z sił powietrznych obecni byli w lokalnym więzieniu. Mój mąż, Jay, zapytał mojego ojca, co się dzieje. Ojciec odpowiedział: 'Cóż, ten człowiek tu przyszedł i mówił, że znaleziono ten latający talerz, i przyniósł z niego kawałek. Powiedział, że wokół znalezionego materiału trawa wyglądała jak gdyby była wypalona".

"Moja matka przez całe lata nie mówiła nic o tym incydencie. Po latach jednak powiedziała 'Czy pamiętasz ten czas, gdy w Roswell znaleziono latający spodek?'. Czytałam napisany przez nią artykuł, w którym pisze, że do dziś nie wiadomo, czy to był latający spodek, ponieważ mojemu ojcu zabroniono w ogóle o tym mówić".

Tulk wskazuje na to, iż wierzy, że zastępcy szeryfa wybrali się na miejsce wypadku zanim w miejscowym więzieniu zjawili się wojskowi. Powiedziała, że przyjechali tam, nie znaleźli jednak samego miejsca wypadku. Ujawnili jednak wielki, mocno wypalony obszar w kształcie koła. Później, gdy zastępcy szeryfa próbowali się tam dostać, wojskowi otoczyli ten rejon i nie było już możliwości, by cokolwiek tam zobaczyć. Mąż Elizabeth, Jay, potwierdza to, co jego żona opowiedziała badaczom na temat zdarzenia z Roswell.

              Interesujący jest poruszony przez rodzinę Wilcoxa wątek dotyczący wypalonego miejsca. Inni (w tym oficerowie RAAF'u, Lewis Rickett i Chester Barton) również, niezależnie, wspominali o dużym przypalonym bądź wypalonym obszarze. Przedsiębiorca pogrzebowy, Glenn Dennis, również wspominał, że widział w bazie sił powietrznych metalowe fragmenty wystające z tyłu ciężarówek, które wyglądały na "spalone w wysokiej temperaturze". Ta "spalona wskazówka", o której mówi rodzina Wilcoxa, potwierdza, że mówili prawdę na temat incydentu. Rząd utrzymuje, że w Roswell rozbił się balon meteorologiczny. Taki balon nie jest w stanie jednak spłonąć i pozostawić na miejscu wypalonego koła.

Wnuczka szeryfa: Oni byli z kosmosu

              Barbara Wilcox Dugger jest wnuczką George'a i Inez Wilcoxów oraz córką Elizabeth Wilcox Tulk. Barbara mieszkała ze swoją babcią przez jakiś czas po śmierci George'a. Towarzyszyła swojej owdowiałej babci. Być może z uwagi na upływ czasu - oraz na bliskość i zaufanie, jakie wdowa miała wobec swojej wnuczki - w kwestii incydentu z Roswell Inez otwarła się przed Barbarą nawet bardziej, niż przed jej matką. Rodzina mówi o Inez jako o "Wielkiej Mamie" (Big Mom). Według wnuczki, pewnego dnia, gdy wspólnie oglądały telewizję, rozpoczął się program poruszający tematykę UFO. Barbara opowiada o tym, co powiedziała wówczas jej babcia:

"Barbaro, powiedz mi, czy wierzysz, że gdzieś w kosmosie istnieje życie?" Odpowiedziałam, "Wielka Mamo, przecież wiesz, że wierzę". Inez kontynuowała: "Muszę ci coś opowiedzieć. Musisz jednak obiecać, że nigdy nikomu więcej o tym nie powiesz. Proszę, zachowaj to dla siebie. Gdy to wszystko się wydarzyło, wojskowi przyszli do nas, do biura szeryfa, i oświadczyli, że jeśli my, to znaczy George i ja, kiedykolwiek komukolwiek w tej sprawie powiemy choć jedno słowo, wówczas zabiją nie tylko nad, ale i całą rodzinę". Barbara zapytała swoją babcię, czy wierzyła, że oni naprawdę spełnią taką groźbę. Inez odpowiedziała: "A jak myślisz?"

Barbara własnymi słowami opowiada, co babcia, prywatnie i niechętnie, opowiedziała jej:

"Babcia powiedziała, że ktoś przyjechał do Roswell i opowiedział jemu [George'owi] o tym wypadku. Mój dziadek wyruszył w to miejsce. Był wieczór. Znajdował się tam wielki wypalony obszar, dziadek ujrzał szczątki. Widział również cztery istoty z kosmosu. Jeden z tych małych ludzi jeszcze żył. Mieli oni wielkie głowy. Mieli na sobie ubrania prrzypominające jedwab. Po jego powrocie do biura moja babcia odbierała telefony z całego świata. Jeśli mówi, że to się stało, to znaczy, że to się stało. Moja babcia była bardzo lojalną obywatelką Stanów Zjednoczonych i wychodziła z założenia, że najlepiej dla interesu kraju będzie nie mówić o tym wydarzeniu... nie powiedziała nic". Barbara dodaje: "Mówiła, że to wydarzenie zaszokowało dziadka. Później już nigdy więcej nie chciał być szeryfem".

Żona szeryfa wyznaje: To był dobrze skrywany sekret

              W swoich archiwach Towarzystwo Historyczne Roswell przechowuje mało znany dokument, który jest naprawdę historycznej wagi. Napisany dekady temu, dokumnt ten jest podpisany przez Inez, żonę George'a Wilcoxa. Inez i George byli jak papużki nierozłączki. Mieszkali w domu powyżej więzienia, a Inez pomagała w prowadzeniu biura i asystowała George'owi w prowadzeniu operacji. Wiedziała to samo, co on.

Inez snuła wystarczająco dużo przemyśleń na temat incydentu z Roswell, by opublikować pewne szczegóły, których jej mąż nie mógł ujawnić. Fakt, że to zrobiła, pokazuje, iż wydarzenie to wywarło na nią trwały wpływ, oraz że sprawa Roswell była dyskutowana (a nawet dokumentowana w pamiętnikach) "przed całym rozgardiaszem" wywołanym przez publikację książek o Roswell na początku lat dziewięćdziesiątych.

              Jej opowiadanie, zatytułowane "Cztery lata w lokalnym więzieniu" (Four years in the county jail), opisuje życie policjanta i jego żony na sielskim Zachodzie. Inez sądziła, że być może jej opowiadanie zostanie pewnego dnia opublikowane w czasopiśmie typu Reader's Digest. W nieopublikowanym manuskrypcie Inez zawarła krótką (i cokolwiek tajemniczą) wzmiankę na temat wypadku:

"Pewnego dnia ranczer z północnej części miasteczka przyniósł ze sobą coś, co nazwał latającym talerzem. Z całych Stanów Zjednoczonych spływały doniesienia od osób, które twierdziły, że widziały latające spodki. Krążyły różne plotki, a to że spodek był z innej planety, czy też że latający nim ludzie spoglądali w dół, na nas. Tą dziwną machinę, budzącą grozę broń, wynaleźli Niemcy... Ponieważ nikt nie zaobserwował latającego talerza, pan Wilcox zawiadomił dowództwo w Bazie Sił Powietrznych Walker (dawniej należącej do RAAF'u) i opisał znalezisko. Zanim odłożył telefon, na miejscu pojawił się jakiś oficer. Szybko załadował obiekt na ciężarówkę, i wtedy był ostatni raz, gdy ktokolwiek go widział".

"W tym samym czasie rozdzwonił się telefon, z daleka dzwonili dziennikarze z Nowego Jorku, Anglii, Francji, a także przedstawiciele rządów i wojska, tak że rozmowy trwały 24 godziny na dobę. Nie rozmawiali z nikim innym, jak tylko z szeryfem. Oficer, który zabrał podejrzanie wyglądający pojazd, poinstruował jednak pana Wilcoxa, bo udzielał możliwie najmniej informacji i przekierowywał wszystkie rozmowy do bazy. Dobrze skrywany sekret".

              Oczywiście, według jej córek i wnuczki, Inez wiedziała dużo więcej, niż napisała w swoim szkicowym artykule. Być może jednak, na swój sposób, Inez pozostawiła wskazówkę dla historii. Inez zmarła w wieku 93 lat i przez dekady nosiła w sobie prawdę, która niewątpliwie była niemożliwie ciężka do zniesienia. Potwierdzając to, Phyllis, córka Wilcoxa, powiedziała: "Matka przelała na papier krótki opis tego, co stało się w 1947 roku, jak mniemam, pisząc to przed rozmową z nami na temat tego wydarzenia. Być może wciąż bała się o tym mówić, bardziej jednak obawiała się, że ta historia mogła być zapomniana".

Zastępcy szeryfa: Nie wiemy nic

              W sprawę incydentu z Roswell, za sprawą kilku osób, wplątanych było dwóch zastępców Wilcoxa. Wyruszyli oni, by obejrzeć miejsce wypadku i ujrzeli dziwny, wypalony obszar oraz otaczający to miejsce kordon wojska. Zastępcy szeryfa, B. A. "Bernie" Clark (który również spisał pierwszy raport od ranczera Maca Brazela, opisujący odkryte szczątki) i Tommy Thompson, zarówno przed własnymi rodzinami jak i przed wypytującymi badaczami wstydzili się odpowiadać na jakiekolwiek pytania tyczące się upadku obiektu w Roswell.

              Tommy Thompson (obecnie już nieżyjący), zapytany pewnego razu o incydent z Roswell i jego zaangażowanie w tą sprawę, odpowiedział: "Nie chcę zostać zastrzelony". Nie jest do końca jasne, o co mu wtedy chodziło. Thompson powiedział badaczowi, że "tego dnia nie było go w biurze" w czasie, gdy wydarzył się wypadek. Potwierdził jednak jedną rzecz: po tym wydarzeniu jego przełożony, George Wilcox, był "wykończony, wyniszczony". W rzeczy samej, Wilcox nigdy nie chciał być ani nie kandydował ponownie na urząd szeryfa w hrabstwie.

Drugi zastępca, B. A. Clark (również już nieżyjący), w podobny sposób nie puszczał pary z ust na temat tej sprawy. Nawet swoim synom, George'owi i Charlesowi Clarkowi, mówił o niej bardzo niewiele, nawet pomimo tego, iż wiedzieli oni, że ich ojciec był wówczas na miejscu. Co mogło uciszać tych dwóch stróżów prawa nawet dziesiątki lat po incydencie?

Sąsiad zza ściany: George się zmienił

              Ta autorka była w roku 1947 sąsiadką rodziny Wilcoxów. Rogene Cordes, wraz ze swoim mężem, oficerem RAAF'u, mieszkała "kilka drzwi dalej" od George'a Wilcoxa. Pracowała wówczas w jednym z banków w Roswell jako doradca.

Nawet dziś Rogene (obecnie na emeryturze, po osiemdziesiątce) nie chce rozmawiać na temat zaangażowania Wilcoxa. Choć Rogene była szczera i bezpośrednia, gdy opisywała mi inne historie dotyczące zaangażowania i powiązania jej męża-generała ze sprawą Roswell, o tyle wydawała się bardzo niechętna komentowaniu szeryfa Wilcoxa. Powiedziała mi jedynie:
"George'owi i Inez WIlcoxom grożono, oni zaś obawiali się z sobie znanych powodów. Tak naprawdę nigdy nawet nie chcieli o tym dyskutować ani też rozmawiać na ten temat ze swoimi przyjaciółmi. Po tym wszystkim George zmienił się". To wszystko, co przekazała Rogene.

Bracia i grabarz: "Wilcox nas ostrzegał"

              Ruben Anaya mieszkał w Roswell w momencie upadku obiektu w 1947 roku. Był on również politycznym ochotnikiem, bardzo blisko współpracującym z ówczesnym gubernatorem stanu Nowy Meksyk, Josephem Montoyą. W latach dziewięćdziesiątych Anaya opowiedział badaczom swoją historię, jak to zawiózł Montoyę do bazy sił powietrznych w Roswell. Mantoya był wyraźnie poirytowany, gdy wrócił do samochodu swojego brata i opowiedział czekającym, że właśnie widział w hangarze istoty pozaziemskie i że ich statek powietrzny rozbił się na odludziu. Historia Anayi została szerzej omówiona w kilku książkach poświęconych Roswell.
George Wilcox
Szeryf George Wilcox odpowiada przez telefon na pytania dotyczące incydentu w Roswell
Tą historię z historią Wilcoxa wiąże pewien wątek. Jak wyjaśnia Ruben, gdy bracia wrócili do domu po odwiezieniu Montoyo do hotelu, w którym mieszkał, zastali niespodziankę - czekającego przed domem George'a Wilcoxa. Zastanawiali się, czego Wilcox od nich chciał, przyszli więc go przywitać. Wkrótce jednak stało się oczywiste, że nie była to zwykła towarzyska wizyta. Wilcox przybył tutaj z ostrzeżeniem. Powiedział im, że z polecenia wojska dostarczył im wiadomość, która miała być dla nich zrozumiała: Wilcox wiedział, że bracia odwiedzili wcześniej bazę. Zażądał od nich, aby nikomu nie mówili czegokolwiek na temat tego, co powiedział im w bazie gubernator Montoya.

Bardzo podobną historię przytoczył przedsiębiorca pogrzebowy Glenn Dennis, pracujący w czasie incydentu w Domu Pogrzebowym Ballarda w Roswell. Dennis jest bardzo dobrze znany fascynatom sprawy Roswell, ponieważ utrzymywał, że usłyszał od pielęgniarki, że ta widziała zwłoki ET w działającym przy bazie szpitalu. Dennis wspomina również o pewnym szczególe, który czasami w jego historii jest pomijany:

Dennis utrzymuje, że gdy wrócił z bazy do domu pogrzebowego, jego ojca odwiedził niedługo później szeryf George Wilcox. Wilcox i ojciec Dennisa byli bliskimi przyjaciółmi. Pomijając ten fakt, Wilcox dał jednak wyraźnie do zrozumienia, że jego wizyta nie zaliczała się do przyjacielskich. Stanowczo poinformował ojca Dennisa, że jego syn nigdy nie powinien mówić o tym, co niezwykłego widział lub co wydawało mu się, że widział lub słyszał w bazie. Ujawnienie czegokolwiek mogło nieść ze sobą poważne konsekwencje. Chciał, aby przekazał Glennowi, że nigdy ma o tej sprawie nie dyskutować.

Choć dziś pewne fragmenty historii Dennisa są przez niektórych badaczy poddawane w wątpliwość, istnieje niezależne potwierdzenie tej części relacji Glenna. Były badacz sprawy Roswell, John Price (mieszkający w tym miescie), w latach osiemdziesiątych podniósł tą sprawę w rozmowie z bratem-bliźniakiem Glenna, Bobem, który był również przyjacielem Price'a i który wyjaśnił, że w czasie upadku zagadkowego obiektu znajdował się daleko od tego miejsca. Z tego powodu nie mógł potwierdzić lub zaprzeczyć historii Glenna i zamiast tego, powiedział Price'owi, że "to zadanie Glenna, by mu o tym opowiedział". Bob stwierdził jednakowoż, że może potwierdzić jeden szczególny element historii Glenna, ponieważ osobiście wiedział, że to prawda:

Gdy wrócił do domu w 1947 roku, by odwiedzić ojca, ten wspomniał mu, że wcześniej George Wilcox przyszedł do domu "gorzej niż zdenerwowany" na Glenna oraz że ojciec zastanawiał się, w "jakiego typu problem" wpakował się Glenn. Nadmienił także, że Wilcoxowi towarzyszył zastępca Tommy Thompson. Powiedział, że Thompson nie chciał rozmawiać później na ten temat z badaczami, stwierdzając przy tym, że "nie chciał zostać zastrzelony" oraz że Wilcox był "załamany tymi wydarzeniami".

George Wilcox: Wstrząśnięty szeryf

              Na powyższym zdjęciu Wilcox wygląda jak "jeleń złapany w reflektory". Ta rzadka fotografia ukazuje Wilcoxa odpowiadającego przez telefon na pytania dotyczące incydentu z Roswell. Szeryf był wstrząśnięty. Został złapany "między skałą a twardym podłożem". Wilcox groził własnej rodzinie. Kazano mu również grozić innym rodzinom. Nieznośnym dla George'a było nagłe znalezienie się w takiej sytuacji.

Oczywiście, fragmenty historii Wilcoxa były już wcześniej wspominane w przeróżnych książkach. Tutaj zostało to jednak opowiedziane w szczegółach i "sklejone w całość" w prawdopodobnie najbardziej kompletny sposób, jaki kiedykolwiek zaproponowano. Został tu zawarty każdy znany element tej historii. Przedstawione zostały również nowe informacje, które dostarczają dodatkowego wglądu w to wydarzenie. Historia Wilcoxa wymaga dalszej uwagi, gdyż może to być najbardziej niesamowita historia potwierdzająca pozaziemską naturę wypadku z Roswell.

              Pod każdym względem ta historia jest wewnętrznie spójna. Mamy tu nadzwyczajne potwierdzenie w szczegółach. Zbyt wiele potwierdza zbyt wiele. Doprawdy niepojęte jest, że 10 ludzi (dwie córki, wnuczka, matka i wdowa, sąsiad zza ściany, dwóch zastępców, dwóch braci i grabarz) musiało kłamać w całej tej sprawie. Jeśli każdy z nich mówi prawdę, szeryf George Wilcox jest niewątpliwie postacią historyczną, która odegrała krytyczną rolę w historycznym zdarzeniu o naturze pozaziemskiej.

              Bardzo lubiany przed incydentem (i pewny kandydat na ponowny wybór na stanowisko szeryfa), Wilcox postanowił nie brać udziału w następnych wyborach. Z pewnością był przygnębiony tym wydarzeniem. Wiedział, że nie mógł znów startować. Widział zbyt wiele, kazano mu też zbyt wiele ukrywać. A to "brzemię wiedzy" o tym, że nie jesteśmy sami we wszechświecie, było po prostu zbyt wielkie dla zwykłego człowieka. Człowieka, który był szeryfem w małym miasteczku i który musiał marzyć o tym, by nie musieć ukrywać największego sekretu w historii.

Anthony Bragalia, The UFO Iconoclasts
Tłumaczenie i opracowanie: Ivellios

Artykuł pochodzi ze strony www.paranormalium.pl
"Mroczny sekret szeryfa z Roswell ujawniony" na Paranormalium