Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Niemcy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Niemcy. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 11 grudnia 2011

UFO nad Berlinem

UFO w Niemczech

              Wywiad Stanów Zjednoczonych od dawna interesował się zjawiskiem UFO, Po uchwaleniu Ustawy o swobodnym dostępie do informacji ujawniono liczne meldunki i informacje z całego świata, przy czym najstarsze z nich sięgały aż roku 1940. Wiele z nich pochodziło z tak zwanych jawnych źródeł, jak na przykład zagraniczne gazety, periodyki (wywiad literacki - LITINT) lub audycji radiowych. Poniższa relacja, przetłumaczona z greckiej gazety na użytek CIA, opisuje lądowanie UFO w RFN, czego świadkami byli w lipcu 1952 roku Oskar Linke i jego córka, zamieszkali w pobliżu Hasselbach. Odebrawszy od Oskara Linkego, czterdziestoośmioletniego byłego burmistrza Gleimarshausen w Berlinie Zachodnim, oświadczenie, że był naocznym świadkiem incydentu, oficerowie wywiadu przystąpili do badania najbardziej niezwykłej relacji o "latającym spodku". Zgodnie z tą relacją, obiekt "przypominający ogromną patelnię" o średnicy około piętnasta metrów wylądował na leśnej polanie w radzieckiej strefie Niemiec. Linke wraz z żoną i sześciorgiem dzieci niedawno uciekł z tej strefy. Linke i jego 11-letnia córka Gabriella złożyli tydzień temu następująco oświadczenie, zaprzysiężone przed sędzią: "Kiedy wracaliśmy do domu z Gabriellą, w pobliżu miasta Hassclbach wysiadła nam opona w motocyklu. Gdy szliśmy na piechotę do Hasselbach, Gabriella zwróciła moją uwagę na coś, co znajdowało się jakieś sto czterdzieści metrów od nas. Ponieważ zapadał zmrok, pomyślałem, że pokazuje mi młodego jelenia. Postawiłem motocykl obok drzewa i podszedłem do miejsca wskazanego przez córkę. Kiedy jednak znalazłem się pięćdziesiąt pięć metrów od tego czegoś, stwierdziłem, że moje pierwsze wrażenie było błędne. Zobaczyłem bowiem dwóch mężczyzn, którzy teraz znajdowali się czterdzieści metrów ode mnie. Mieli na sobie jakieś lśniące metalicznie ubrania. Pochylali się nad czymś leżącym na ziemi. Zbliżyłem się na odległość dziesięciu metrów. Wyjrzałem zza niewielkiego płotu i wówczas dostrzegłem ogromny obiekt o średnicy trzynastu-piętnastu metrów.

Zdjęcie to zostało wykonane w Niemczech w roku 1978. Nic nie ma ono wspólnego z tym artykułem.

              Wyglądał jak gigantyczna patelnia. Na obrzeżu były dwa rzędy otworów o obwodzie około trzydziestu centymetrów. Odległość między obydwoma rzędami wynosiła mniej niż pół metra. Na szczycie; tego metalowego obiektu znajdowała się stożkowata, mniej więcej trzymetrowa wieża. W tym momencie córka, która pozostała nieco z tyła, zawołała mnie. Obaj mężczyźni musieli usłyszeć jej głos, bo natychmiast wskoczyli do tej wieży i zniknęli. Jeszcze przedtem zauważyłem, że jeden z nich miał z przodu lampę, która zapalała się i gasła w regularnych odstępach czasu. Teraz brzeg obiektu, w którym znajdowały się otwory, zaczął błyszczeć. Najpierw był to kolor zielony, a potem przemienił się w czerwony. Równocześnie dało się słyszeć lekkie buczenie. W miarę jak jasność i buczenie się wzmagały, stożkowa wieża zaczęła się wsuwać do wnętrza obiektu. Cały obiekt powoli wznosił się i wirował. Wydawało mi się, jakby był oparty na cylindrycznym urządzeniu, które wysunęło się z jego środka i teraz wystawało z dolnej części, sięgając ziemi. Obiekt, otoczony kręgami płomieni, znajdował się teraz kilka stóp nad ziemią. Zauważyłem, że zaczął powoli unosić się, a cylindryczne urządzenie, na którym się wspierał, zniknęło w środku i pojawiło się ponownie na jego szczycie. Szybkość wznoszenia była coraz większa. Jednocześnie oboje z córką usłyszeliśmy gwizd podobny do tego, jaki wydają padające bomby. Obiekt przyjął pozycję horyzontalną i skierował się w stronę sąsiedniego miasta Stockheim, a następnie, nabierając wysokości, zniknął za wzgórzami i lasem". Wiele innych osób, zamieszkałych w tym samym rejonie co Linke, także informowało o pojawieniu się obiektu, który - ich zdaniem był kometą. [...) Po przedstawieniu tego zeznania sędziemu, Linke oświadczył dodatkowo: "Pomyślałbym, że obcuje z córką mamy jakieś przywidzenia, gdyby nie pewien element tej scenerii: gdy obiekt zniknął, poszedłem w to miejsce, gdzie się przedtem znajdował. Znalazłem okrągłą dziurę w ziemi, widać, że świeżo wykopaną. Miała taki sam kształt, jak stożkowata wieża. Wtedy już byłem pewien, że to nie było przywidzenie". Linke ciągnął: "Przed ucieczką z radzieckiej strefy Berlina nigdy nie słyszałem określenia "latający spodek". Kiedy zobaczyłem ten obiekt, od razu pomyślałem, że to-jakaś sowiecka maszyna wojskowa. Muszę przyznać, że ogarnął mnie strach, bo sowieci nie chcą, aby ktokolwiek dowiedział się o tym, co robią...".

Autor: Timothy Good

Artykuł pochodzi ze strony www.ufo.pl

"UFO w Niemczech" na Paranormalium

UFO z czasów II wojny światowej

UFO ze swastyką

              Niektórzy twierdzą, że to brednie. Inni - w tym uznani autorzy, dziennikarze - utrzymują, że w czasie II wojny światowej niemieckim naukowcom udało się skonstruować latające talerze, których zamierzali użyć na polu walki. Podobno latające spodki ze swastykami wzbijały się w powietrze jeszcze przed końcem wojny, a po jej zakończeniu niezwykłe statki przejęli alianci. Czy można w to wierzyć?

UFO
              Ponad wszelką wątpliwość pierwszy latający spodek pojawił się w Niemczech w 1938 roku i był dziełem... modelarza. Artur Sack z Lipska zaprezentował go podczas zorganizowanych tam Pierwszych Państwowych Zawodów Modeli Latających z Silnikiem Spalinowym. Model był inspirowany konstrukcją pierwszych pionowzlotów, tzw. autożyro (połączenie samolotu i śmigłowca), miał dyskokształtne skrzydło i przypominał wentylator. Na zawodach wzbudził sensację i ciekawość nie tylko gapiów, ale też obserwatorów z Luftwaffe i inżynierów lotniczych. Wkrótce zaczęło pojawiać się więcej latających talerzy, które zainteresowały wojskowych. Niestety mimo początkowego entuzjazmu osobliwe aparaty latające z silnikami spalinowymi nie spełniły pokładanych w nich nadziei i nie wyszły nawet poza fazę prób. O latających talerzach na parę lat zapanowała głucha cisza.

Skradające się srebrzyste kule
              Bomba wybuchła 14 grudnia 1944 r. za oceanem, za sprawą dziennika ''New York Times'', który w jednym z artykułów informował, że pilot Amerykańskich Sił Powietrznych doniósł, iż podczas lotu zwiadowczego zauważył srebrne, okrągłe obiekty na niemieckim niebie. Kule znajdowały się w gromadzie lub poruszały się same. Bywały momenty, kiedy stawały się półprzezroczyste. Bliskie spotkanie, przywidzenie czy zwykła fantazja? Tę ostatnią możliwość można by przyjąć, gdyby nie fakt, że podobne zdarzenie zgłosił kilka dni później inny pilot (z 415. Nocnej Eskadry USAF), który w misji zwiadowczej przelatywał nad niemieckim miastem Hagenau.

              Był 22 grudnia, szósta rano. Maszyna znajdowała się na stosunkowo niewielkiej wysokości, ok. 1000 stóp. Za ogonem samolotu pilot i operator radaru zauważyli dwa tajemnicze obiekty świecące pomarańczowym światłem i zbliżające się co chwilę do maszyny. Przez dwie minuty obiekty ''skradały się'' za samolotem, zmuszając pilota do serii gwałtownych uników. Potem zniknęły równie niespodziewanie, jak się pojawiły.

              Wojskowi analitycy podeszli do obu relacji jak najbardziej poważnie, jednak do dziś nie udało się znaleźć sensownego wytłumaczenia spotkań. Udało się jedynie ustalić, że nie były to ani przypadki dostrzeżenia tzw. piorunów kulistych, jakie zdarzają się niekiedy pilotom, ani żadne z urządzeń latających znanych aliantom. Tajemnicze obiekty nazwano ''Foo Fighters'' i przez następne lata, mieszając fikcję z rzeczywistością, lansowano tezę, że ich pochodzenie jest... pozaziemskie. Dzisiaj większość zajmujących się nimi badaczy twierdzi, że w rzeczywistości były to wytwory niemieckiej tajnej technologii opartej na napędzie antygrawitacyjnym.

UFO

Zbuduję wam latający talerz
              Temat niemieckiego UFO powrócił w 1950 roku za sprawą Rudolpha Schrievera, który opublikował w tygodniku "Der Spiegel" sensacyjny artykuł o doświadczalnych latających spodkach, konstruowanych w tajnych pracowniach niemieckich naukowców podczas wojny. Przedstawiona w nim relacja o osobliwych doświadczeniach miała pochodzić z pierwszej ręki. Schriever stwierdził m.in., że inżynierowie z całego świata od początku lat 40. prowadzili badania nad latającymi spodkami. Prace miały być prowadzone w tajnym ośrodku pod Pragą. 40-letni naukowiec zadeklarował na łamach tygodnika, że jest gotowy zbudować taką maszynę dla Stanów Zjednoczonych, bowiem udało mu się potajemnie sporządzić kopię jej dokumentacji jeszcze przed upadkiem Niemiec. Schriever utrzymywał, że jego latający spodek może rozpędzić się do prędkości około 2600 mil na godzinę.
              Niektóre dokumenty Schrievera trafiły do mediów, budząc powszechną sensację i zrozumiałe zainteresowanie. Były wśród nich rysunki dużych latających spodków i niekompletne niestety opisy techniczne. Jednemu z badaczy Billowi Rose'owi udało się ustalić, że naukowiec rzeczywiście pracował w tajnym ośrodku pod Pragą z innymi inżynierami, m.in. Włochem Giuseppe Belluzzo i Niemcami Klausem Habermohlem i dr. Walterem Miethe, który był dyrektorem programu pojazdów grawitacyjnych w dwóch podpraskich ośrodkach badawczych. Wśród osób związanych z badaniami pojawia się też nazwisko Viktora Schaubergera, który oprócz prac nad latającym dyskiem miał prowadzić tajemnicze badania nad lewitacją obiektów materialnych.

UFO

Fabryka żywej wody
              Jedna z najbardziej osobliwych głoszonych przez niego teorii mówiła, że obecną produkcję energii można zastąpić odwrotnym procesem. Krytykował np. hydroelektrownie, twierdząc, że gdy woda pod ciśnieniem przelatuje przez turbiny, rezultatem jest martwa woda, tymczasem można przeprowadzić proces jej ożywienia - naładowania energią. Schauberger opatentował nawet służące do tego urządzenie i nazwał je maszyną żywej wody. Fantastyczne teorie Schaubergera już w 1934 r. zainteresowały samego Hitlera, który miał zaprosić uczonego na spotkanie w Berlinie i zlecić mu budowę pojazdu poruszającego się na zasadzie lewitacji, bez używania efektu spalania stosowanego powszechnie w tradycyjnych silnikach lotniczych. Schauberger utrzymywał, że już wtedy odkrył możliwość lewitacji małych obiektów w odpowiednich warunkach. Podobne wyniki 70 lat później osiągnęli amerykańscy naukowcy. W laboratorium udało im się za pomocą impulsu laserowego wystrzelić niewielki dysk na wysokość kilkunastu metrów, a doświadczenia okazały się na tyle obiecujące, że grupa uczonych otzrymała państwowe dotacje na swoje eksperymenty.
              Jakkolwiek fantastycznie by to nie brzmiało, poważni autorzy zajmujący się tajną historią II wojny światowej, tacy jak Carl Munich, twierdzą, że Schauberger był wynalazcą i konstruktorem nowego rodzaju napędu opartego na implozji, która używając jedynie powietrza i wody generuje światło, ciepło i energię ruchu. Wykorzystując tę technologię, uczony miał wraz ze swoimi współpracownikami stworzyć pokaźnych rozmiarów dysk zdolny do rozwinięcia prędkości 2000 km/h. Według Municha w 1945 roku naukowcy przekroczyli barierę prędkości około 2,5 tysiąca km/h, a ich latający dysk miał wznieść się 12 tysięcy metrów nad ziemię. Podobno srebrzysty obiekt świecił przy tym niebieskozielonym światłem. 19 lutego 1945 wielu mieszkańców Pragi rzeczywiście zaobserwowało na niebie tajemniczy obiekt o średnicy około 50 metrów, poruszający się w niespotykany dotąd sposób. Czy był to latający spodek ''made in Germany'', czy po prostu piorun kulisty? Do dzisiaj nie wiadomo.

Ziarno prawdy w korcu mitów
              Rewelacje o latających spodkach zdaje się potwierdzać związany ze sprawą były agent CIA Virgil Armstrong, który w swoich opublikowanych po II wojnie światowej wspomnieniach wyznał, że we wczesnych latach wojny alianci nie wierzyli w tę zaawansowaną broń, dopóki informacji nie dostarczył amerykański wywiad, który po natknięciu się na szczegóły tych projektów zaczął intensywne prace w tym kierunku. Projekty zostały uznane za realne, a kilka lat później bronią grawitacyjną dysponowały już nie tylko Niemcy. Czy można mu wierzyć? Przez lata powstały setki publikacji i filmów na temat ''niemieckiego UFO'' i tajnych eksperymentów z napędem grawitacyjnym. Ich autorzy są święcie przekonani, że tajemnicze obiekty istniały.
              Skoro tak, to co się z nimi stało? Według entuzjastów teorii istnienia ziemskich latających spodków w tajemnicy przejęli je alianci i dalej prowadzili doświadczenia. Rzeczywiście, tak stało się z inną ''cudowną bronią'' - rakietami V2, których kilkadziesiąt sztuk Amerykanie potajemnie załadowali na statek i wywieźli za ocean wraz z częścią ekipy inżynierów z Peenemunde. Przez wiele lat utrzymywali ten fakt w tajemnicy. W końcu jednak pokazali światu egzemplarze różnych rodzajów Wunderwaffe (m.in. rakiet i samolotów odrzutowych), a V2 można dzisiaj oglądać w londyńskim War Museum i wielu innych muzeach na świecie. Kilka lat po wojnie alianci ujawnili i inne swoje odkrycia, których dokonali w tajnych niemieckich laboratoriach i opuszczonych fabrykach. Były wśród nich takie osobliwości jak latające skrzydła czy działa dźwiękowe (!). Dlaczego zatem Amerykanie mieliby trzymać w tajemnicy do dzisiaj, ponad 60 lat po wojnie, fakt istnienia broni grawitacyjnej?

UFO

              Kolejny słaby, a nawet wywołujący uśmiech punkt teorii o nazistowskich latających talerzach to ich rzekome osiągi. Miały rozpędzać się od zera do kilku tysięcy kilometrów w ułamku sekundy. Rzeczywiście możliwe jest uzyskanie takiego przyspieszenia, jednak w żadnym wypadku nie wytrzyma go człowiek, a niektóre prototypy miały być przecież pilotowane.
              Następna wątpliwość: jeżeli technologia grawitacyjna była tak obiecująca, jak chcą autorzy licznych publikacji, to dlaczego przez ponad pół wieku nie rozwinięto jej i nie wprowadzono do masowego użytku, chociażby w wojsku. Przykład skonstruowanego dużo później lasera (za datę jego narodzin uważa się 1960 rok) mówi, że tak powinno się stać. Dzisiaj laser jest używany nie tylko na polu walki, ale także powszechnie w przemyśle i w medycynie.
               Jest jeszcze jedna luka w historii o latających spodkach ze swastyką. Jeżeli prawdą było funkcjonowanie dwóch ośrodków badawczych i skonstruowanie kilku prototypów, to podobnie jak np. w Peenemunde musiały w nich pracować setki, jeśli nie tysiące naukowców i techników. Dlaczego zatem tylko garstka osób wspomina po latach o ich istnieniu? Dlaczego wreszcie na podstawie dokumentacji Rudolfa Schrievera, przy dzisiejszych ogromnych możliwościach technicznych, nie udało się stworzyć choćby kopii ''ognistych kul'' czy latających talerzy?
              Wątpliwości wokół istnienia grawitacyjnej Wunderwaffe można mnożyć i nie podważają ich nawet publikowane dziesiątkami zdjęcia tajemniczych obiektów. Dzisiaj nawet laik może za pomocą zwykłego komputera sfabrykować ''autentyczne'' zdjęcie UFO. Dlaczego więc legenda wciąż żyje? Może dlatego, że ludzie zawsze lubili historie owiane mgłą tajemnicy, a może dlatego, że w każdej, najbardziej wątpliwej i niesamowitej historii jest ziarno prawdy...

Tomasz Zając, o2.pl, 2 grudnia 2006

"UFO ze swastyką" na Paranormalium

poniedziałek, 5 grudnia 2011

UFO w Niemczech

Zagadkowe światła nad Greifswaldem w Niemczech w sierpniu 1990 roku

              24 sierpnia 1990 r wielu świadków miało możliwość obserwacji świetlnych kul niedaleko miejscowości Greifswald. Zjawisko to trwało dość długo, dlatego udało się wykonać zdjęcia a nawet nagrać filmy.
UFO
Zdjęcie z Greifswaldu

Między godziną 20:30 a 21:00 ukazały się na niebie 2 grupy świateł, każda z nich składała się z 7 świecących kul, pierwsza grupa przypominała literę "Y".
              Światła zauważyło czterdziestu uczniów oraz nauczyciel spędzający ferie w Mukran w Rugii podczas wieczornego ogniska. Wyglądało to jakby te wymieniały się między sobą małymi błyskami (obiektami?), same kule poruszały się także niezależnie od siebie. Obiekty znajdowały się pod zasłoną chmur, które znajdowały się na wysokości 2500 i 6000 m. Obiekty sprawiały wrażenie, jak gdyby poruszały się razem z wiatrem w południowo-zachodnim kierunku.
              Gdy po 15 minutach pierwsza grupa świateł zniknęła, druga pozostała widoczna przez następne 15 minut. Inny świadek w miejscowości Greifswald, który jest pilotem, tak to opisał:

"Widziałem jak z pewnej odległości leciała kula światła prosto w kierunku formacji, ta kula jednak nie świeciła tak jasno jak inne, leciała bardzo szybko - mogę szacować na przynajmniej szybkość dźwięku, ale prawdopodobnie była 3 lub 4 razy szybsza niż dźwięk. Gdy wleciała w formację kul, zatrzymała się raptownie, a jasność jej przybrała intensywność pozostałych kul".


Zestaw filmów pokazujących kule nad Greifswaldem

              Rodzina Ladwig to następni świadkowie zjawiska. Według nich, parę mniejszych obiektów oddaliło się od formacji i zatrzymało się na chwilę, by znów powrócić.
O godzinie 20:47 świadkowie obserwowali, jak paręset metrów dalej od formacji na tej samej wysokości coś zabłysnęło. Błysk przypominał światłem pocisk ziemia-powietrze. Możliwe, że w tym rejonie odbywały się manewry wojska NRD.
              Około godziny 21 obiekty jeden po drugim zaczęły gasnąć, 5 minut później pojawiły się znów na niebie, jednak trochę dalej, w kierunku północno-wschodnim, i znów w tej samej formacji, trochę jaśniejsze niż przedtem. Z Poseritz w Rugii, fizyk pan Schwendhelm obserwował razem z żoną, jak grupa świateł około godziny 21 zgasła. Gdy ostatni obiekt zniknął, postanowił kontynuować swoją podróż.

"Gdy tylko ruszyliśmy samochodem, pojawiły się na nowo, dokładnie w tej samej formacji, ale jakby jaśniej świeciły, może były bliżej? Wyglądały jak lampy, które po zapaleniu zyskują na intensywności światła".

Zaskoczony znów zatrzymał samochód, żeby przez następne 10 minut obserwować to zjawisko, aż w końcu bez zmiany formacji światła zniknęły.
Z pola namiotowego w Prora inny świadek obserwował to w ten sposób:

"Chwilę później po wygaśnięciu pojawiły się na nowo ale już nie dokładnie w tym samym miejscu, lekko przesunięte, była to grupa z 6-7 świateł..."

Nawet w 100km oddalonej Nowej Brandenburgii widziano to zgaśnięcie a potem pojawienie się świateł na nowo.

Wojna o flary

              Ilobrand von Ludwiger, szef grupy MUFON-CES, oraz inni członkowie tego zespołu zbierali materiały o tym przypadku. Nie było to łatwe ze względu na słabe połączenia telekomunikacyjne. Był to rok 1990, krótko po upadku muru berlińskiego. Żeby skontaktować się z MUFON-em, świadkowie musieli dzwonić z budek telefonicznych, często przeliczając się w kosztach, ponieważ rozmowy "na zachód" były nadal bardzo drogie i dlatego niejedna relacja została przerwana przed czasem, o czym szef grupy CENAP Wener Walter wspomina z humorem.
              MUFON-CES zwrócił się z zapytaniem do wojska czy ktokolwiek posiadał tak długo palące się flary. Były komendant sił powietrznych Berger oświadczył, że armia rosyjska w tym czasie już wycofała stamtąd swoje wojska, a wojsko NRD nie posiada pocisków oświetlających które palą się dłużej niż 15 minut.
              Także grupa CENAP, która bada zjawisko fenomenu UFO, od początku była zainteresowana tym przypadkiem. Udało im się zebrać relacje od paru naocznych świadków, w tym takie, które mogłyby wyjaśniać, co wtedy zaszło.
              Steffen Picholek z Greiswaldu pływał w tym czasie ze swoimi rodzicami jachtem w pobliżu zagadkowych świateł. Swoim aparatem fotograficznym usiłował je sfotografować, ale ze zdjęć nic nie wyszło. Jego rodzice komentowali między sobą, że to wojskowe światła, które mają uchodzić jako cel.
              Także pani Peitersen była tego zdania, co więcej, miała ona widzieć błyski pomiędzy kulami oraz trochę na lewo od nich. Dla niej była to eksplodująca amunicja.
              Pan Kollath jest szyprem kutra i owego wieczoru był na morzu. Płynął w kierunku Rygi, gdy w zenicie zobaczył coś, co mu było od dawna znane - świecące race na spadochronach "może szwedzkiej albo polskiej marynarki, takie coś mieliśmy tutaj już częściej, wiem że w gazetach piszą że to UFO, ale to bzdura, takie światła widziałem już kiedyś niedaleko Bronholmu".
              Dr. med. Lüder Stock był owego wieczoru także swoim jachtem w okolicy Greiswaldu. Miał on widzieć, jak z pokładu statku wojskowego armatami wystrzeliwano coś, co później zaświeciło się na niebie i na ogromnych spadochronach zawisło nad morzem.
              W następnym wywiadzie dla MUFON-u ów lekarz nie potwierdził, jaki statek widział, ale według niego jest to jedyne racjonalne wyjaśnienie. Dla CENAP-u sprawa była rozwiązana - nic innego jak flary były odpowiedzialne za rzekome UFO i na tym skończyły się ich poszukiwania.
              W poszukiwaniu takich pocisków oświetlających Ilobrand von Ludwiger zwrócił się do biura sił powietrznych w Kolonii z zapytaniem, kto posiada takie świecące kule na spadochronach. W odpowiedzi usłyszał, że Bundeswehra nie potrzebuje ani nie posiada takich pocisków. Inny członek MUFON-u wypytywał o to samo różnych kapitanów z grupy Ratowania Rozbitków. Kapitan Uwe Kröger po zobaczeniu materiałów powiedział, że nie są to flary, jakich używa wojsko niemieckie. Kapitan Schumacher stwierdził, że przy wojskowych flarach można bez problemu rozpoznać zawieszone nad nimi spadochrony.
              CENAP w swoim oświadczeniu wskazał firmę Silbermühle jako dostarczyciela takiej amunicji. Podczas rozmowy z MUFON przedstawiciel firmy wskazał na fakt, że ich produkty palą się 10 minut. Gdyby je wyposażyć w komponenty, które są w stanie utrzymać się świecąc przez 20 minut, cena tych kul (wszystkich kul na filmie) wzrosłaby z 8 000 na 50 000 marek niemieckich.
              Ilobrand von Ludwiger w czasie swojej pracy zawodowej miał okazję rozmawiać w Moskwie z komendantem łodzi podwodnej dr Władymirem Aszaszą, ten nie znał jednak flar, które palą się dłużej niż 10 minut. Według niego, nawet gdyby wojsko rosyjskie posiadało takie drogie pociski, to ze względu na wysokie koszty raczej nie odpalaliby 14-tu sztuk.
              Po nadaniu w telewizji programu, w którym omawiano przypadek z Greifswaldu, zgłosiło się małżeństwo, które 13 sierpnia 1994 r w Pissuri na Cyprze miało możliwość zobaczenia bardzo podobnych świateł jak te z Greifswaldu.

"Siedem świateł stało nieruchomo na niebie, gdy nagle jedna wystrzeliła z nich tak szybko, że można było zobaczyć pozostawioną białą linię na trasie jej lotu. Kula ta zatrzymała się na moment żeby powrócić z powrotem do formacji, inne kule robiły to samo, w lewo, w prawo w górę, odlatywały i wracały z powrotem".

               W 1998r. MUFON otrzymał nagranie małżeństwa, które 5 lat wcześniej na wyspie Uznam spędzało urlop. Z hotelowego balkonu udało im się nagrać dwie formacje, które wyglądały tak samo jak te z Greifswaldu. Tym razem obie grupy kul znajdowały się co najmniej godzinę na niebie, może nawet 90 minut, także tym razem mniejsze obiekty oddalały się od formacji by za chwilę powrócić. Szkoda tylko, że owe małżeństwo pozostawiło na taśmie tylko minutę nagrania tych kul, a resztę skasowało.
UFO
Zdjęcie z wyspy Uznam z 1993 r
              Podobne zjawisko zauważono miesiąc później, 22 czerwca, pomiędzy 22:30 a 22:45 nad Mrzeżynem koło Kołobrzegu. Pan J. Ksrodski sfilmował to zjawisko z balkonu swojego mieszkania. Niestety, świadek nie użył statywu i 5-cio minutowy film nie pokazuje w pełnej świetności tego zjawiska. Badania MUFON-u potwierdziły, że jeden z mniejszych obiektów oddzielił się od większego. Świadek obserwował, jak 10 do 12-tu większych obiektów były okrążane przez trzy mniejsze.
UFO
Zdjęcie z Mrzeżyna

              W późniejszym okresie doszły nowe, podobne obserwacje. 14 czerwca 1994 r w pobliżu Sassnitz obserwowano świetliste kule, które leciały w kierunku horyzontu. W pobliżu nie zauważono statków.
              Teoria o flarach, które wykorzystuje marynarka czy to polska, niemiecka czy rosyjska, na wodach Bałtyku, miała swoich wyznawców od samego początku zdarzeń nad Greifswaldem. Dokładnie dziewięć lat później, 24 sierpnia 1999 r, nad Szwajcarią sfotografowano podobne światła. Świadkowie obserwowali na wysokości 2500-35000 m formację o wyglądzie kiści winogron. Obserwacja miała miejsce o 19:00 i trwała 41 minut.
UFO
Zdjęcie ze Szwajcarii
W grudniu 1995 r przekazano materiały instytutowi Max-Plancka, który zajmuje się aeronomią w Lindau, z prośbą o możliwe wyjaśnienie. Do dzisiaj nie udało im się rozwiązać tej zagadki.

Opracował: Arek
Na podstawie:
http://www.mufon-ces.org/text/deutsch/greifswald.htm
http://cenap.alien.de/greifswald/greifswald2.htm

"Zagadkowe światła nad Greifswaldem w Niemczech w sierpniu 1990 roku" na Paranormalium